Debren przywiązał uzdę do kraty w oknie, przecisnął się do powroźnika.
– Linka mi potrzebna – powiedział powoli, starannie wymawiając słowa. Dephol, choć formalnie własność królów Irbii, leżał daleko od metropolii i był prawdziwą potęgą gospodarczą, więc nawet z poważnymi kupcami trudno było niekiedy porozumieć się po irbijsku. A on, na dodatek, posługiwał się staromową.
– Ne ma linka – uśmiechnął się szeroko powroźnik. – Przedan systka.
– Nie potrzebuję dużo. Dwadzieścia pięć łokci tylko. Palcówki. Może być pośledniejszego gatunku. Nawet jednorazowa. Byle była.
– Jednorazna? – Wyplataczowi udało się poszerzyć uśmiech, który teraz sięgał aż za uszy. – Szubieniczna, tak? Ta zwłaszcza nie jest. Cały zapas na wojsko. Nawet ścinki brać. Duża zbyt.
– O ludzkie życie idzie. Dobrze zapłacę.
– Ludzkie, tak, tak, ja wiem. Wieszanie ludź za gardło. Rozumie twoja język. Szubieniczna lina szukasz. Przyjdź pojutro. Dwa dni. Dzisiaj nie jest.
– Potrójna stawka. Policzcie sobie jak za siedemdziesiąt pięć łokci.
Powroźnik zawahał się.
– Musiał ja bym od wojsko brać trochę. To niedobra. Ktoś może myśli: on Depholec, on na braci nie daje sznur, by nie wieszać za gardło, choć to buntowniki. Może on sam buntowniki? – Odhaczył następny zwój czteropalcówki. – Eee, lepiej nie. Chyba że… no… jak za sto łokci.
– Co to za jeden? – zainteresował się dziesiętnik doglądający załadunku. – Hej, ty! Liny chcesz kupować? Można wiedzieć, po co ci liny?
– Psa chcę uwiązać – mruknął Debren.
– Psa? – Żołdak podszedł bliżej, podciągając pas z krótkim mieczem. – Irbijskiego może, hę?
– A diabli go wiedzą, ja się tam na rasach nie znam. Ten irbijski jak wygląda?
– Królewski herb nosi – dziesiętnik postukał się po naszywce na żółtym kaftanie.
– Ten nie nosi. – Debren zerknął za siebie, na bramę i podwórko. Mur dzielący je od sąsiedniej posesji nie był wysoki, ale w przejściu kręcili się żołnierze dźwigający liny z ukrytego gdzieś w głębi warsztatu. Było też parę kur mogących zaplątać się między nogami, no i dziewka służebna trzepiąca kobierzec. Kawał baby z trzepaczką niewiele lżejszą od bojowego młota, którym oberwał po głowie Kipancho. Niedobrze.
– Wiecie co, panie powroźnik? – podrapał się po grdyce dziesiętnik. – Sprawdzimy chyba jakość waszego towaru. Hossę, chodź no tu ze sznurem.
– Jestem w służbie rycerza Kipancho y Kipancho – powiedział szybko Debren. – Z Lamanxeny.
– Tak? – uśmiechnął się krzywo dziesiętnik. – To ciekawe. A jam słyszał, że owego sławnego rycerza elementy wywrotowe właśnie zamordowały. I że, przed śmiercią, z góry trupów depholskich apel płomienny wygłosił, króla Belfonsa sławiąc i pomsty za swą krew wzywając. Już o tym najnowszą kronikę do druku składają. Z relacją sławnej Lelicji Zelgan. Wstrząsającą ponoć.
– Przejedźcie się ze mną trzy mile, to zobaczycie rycerza w pełni sił i zdrowia.
– Po pierwsze to halabardnik jestem, a nie jakiś zakichany kawalerzysta, więc jeździć nie mam na czym. A po wtóre, choćbym i miał, nie takim głupi, żebym się dał jakiejś łazędze, mowę moją kaleczącej, w pole wywieść. Słyszeli my o takich na szkoleniach, prawda, Hosse? Prowokatory zasrane. Tylko patrzą, jak tu samotnego wojaka, albo i oddział nieliczny, na jaką boczną groblę skierować, a potem opaść kupą i wytłuc. Przyznaj się od razu, żeś gerylas i że na irbijskie gardła te sznury kupujesz. Roboty mamy huk, to szczerość docenimy. Bez tortur nijakich się ciebie powiesi. Może nawet u kata się za tobą wstawię, to ci pętlę dobrą uszykuje, natłuszczoną. I kamieni w kieszenie nabrać pozwoli.
– Prawdę gada! – zawołał ktoś z gromadki dalekich krewnych i znajomych powroźnika czekających na darmowy napitek w karczmie. – Żyw Kipancho!
– Dziesiętnik drabów za mnie poświadczy – powiedział Debren, cofając się o krok.
– Drabów? – zarechotał reprezentant halabardników. – A to dobre! Toś jeszcze nie słyszał, żeśmy całą draberię grodzką internowali? Szeregowy z ciebie spiskowiec być musi. Niedoinformowany. Aż szkoda loch takim zaśmiecać.
– To co, urżnąć sznura? – zawahał się Hosse.
– Rżnij, ciamajdo. Nie pamiętasz, co instruktorzy z Urzędu Ochrony Tronu gadali? Bunt trza wypalić do samiuśkiego końca. Całą zdegenerowaną tkankę i jeszcze trochę zdrowej, tak na wszelki wypadek.
– Żyw Kipancho! – zawołał łamanym irbijskim jakiś inny głos. – Ale już niedługo! Ręce precz od naszych wiatraków!
– I bab! – podchwycił następny. Po depholsku, ale Debren zrozumiał. – Bruneci do domu! Precz z okupantem!
Powroźnik zgubił gdzieś uśmiech. Woźnica wozu taborowego pogroził tłumowi batem. Tłum cisnął w woźnicę świeżym łajnem jego własnej taborowej szkapy.
– Cisza, hołoto depholska! – huknął dziesiętnik. – Rozejść się!
Debren próbował skorzystać z okazji, ale dwaj cofający się w głąb bramy żołnierze, zaniepokojeni gniewnymi okrzykami tłumu, zablokowali mu nieświadomie drogę. Hosse sięgnął po nóż, zaczął rozwijać linkę, zerkając na maguna jak krawiec robiący pierwsze przymiarki. Nie wyglądało to dobrze. Debren zauważył, że przedmiotem oceny jest odległość od jego szyi do sterczącej nad bramą belki. Dźwigała znak cechowy, ale była dość solidna, by utrzymać wisielca.
– Za miecze! – krzyknął jakiś przyciskany do ściany wojak. – Lać tubylca!
– To prowokacja! – pisnął mocno zakapturzony osobnik, kręcący się to tu, to tam i nadstawiający ucha. – W imieniu Urzędu Ochrony…
Nie dokończył. W lewe ucho zdzielił go blondas w rzeźniczym fartuchu, w prawe oberwał od ciemnowłosego i smagłego Irbijczyka. Woźnica strzelił z bata, trafiając rzucającego nożem wyrostka. Doniczka, ciśnięta celnie i dyskretnie nie wiadomo skąd, roztrzaskała się na głowie speca od ekonomii konwojowania jeńców. Wojak, posłany po zaopatrzenie bez hełmu i halabardy, padł. Za to inni, nie bardzo pewni siebie bez swych blach, szturmaków i broni długiej, nie bawili się w standardowe rozpychanie tłumu. Krótkie miecze jeden po drugim wyskakiwały z pochew. Choć nie było specjalnie ciasno, ktoś oberwał po przedramieniu, a jakiś inny jasnowłosy cywil z niedowierzaniem plunął krwią i kawałkiem zęba.
– Mordują! – zawołał trzymający się ściany pijak. I runął, obalony siłą własnego okrzyku. Stojący obok żołnierz uskoczył, potrącając biodrem gapiącego się sześciolatka. Matka chłopca trzasnęła go bez namysłu koszem pełnym jaj. Ktoś chwycił ją za rękaw bufiastej bluzki, trzasnęły szwy, błysnęła biel kobiecej skóry.
– Gwałcą! – zawyła towarzyszka wojowniczej mamy.
– Machrusie, oczy mu wyciekły! – odskoczył od ociekającego żółtkami halabardnika któryś ze świeżo wcielonych żółtodziobów. – Oślepiła! Ludzie!
– Na wóz zbrodniarkę! – wywinął mieczem inny. – Przesłuchać!
– I przegwałcić!
– Niech żyje wolność!
– Niech żyje król!
– W mordę czarnego!
– Bić blondynów skurwysynów!
Poszybowały kamienie i noże. Zagwizdały miecze, ale tłum nie poszedł w rozsypkę. Zaułek był ciasny, wóz z koniem zajmowały zbyt wiele miejsca, a w powietrzu coś musiało wisieć od dawna i prawie każdy mężczyzna tubylec miał przy sobie jak nie długi sztylet, to tęgą lagę, która zupełnie nieźle radziła sobie przeciw lekkiemu mieczowi piechura.
Hosse podjął decyzję i zaczął szybko odwijać dłuższy kawałek liny. Debren też się zdecydował. Chwycił wiszący przy biodrze młodzika koniec zwoju, szarpnął w górę i zarzucił na łeb dziesiętnikowi.