– Czary! – wrzasnął dziesiętnik. – Ratuj się, kto może!
Debren prawie od razu stracił z oczu i jego, i tunel bramy, w który wlewała się ludzka rzeka, pryskająca śliną, krwią i drzazgami sękatych lag. Obrona chwiała się. Wirujący w locie kobierzec wpadł wprost w przejście pod kamienicą, wychłostał zaskoczonych żołnierzy ozdobnymi frędzlami, zbił kogoś z nóg, uwięził w grubych splotach miecz kogoś innego. Kiedy opadł na karki walczących – głównie Irbijczyków, bo stali bliżej – pękła względna równowaga sił. Trzeci i czwarty szereg atakujących wdarł się na przywalone tkaniną plecy, biodra i głowy poprzewracanych ludzi, stratował pół tuzina swoich, ale i drugie tyle wojaków. Dla broniących się mieczami halabardników oznaczało to utratę połowy stanu. Utrzymaliby mimo wszystko bramę, bo w ciasnocie przejścia sztychy mieczami zdecydowanie górowały nad pchnięciami tępych kijów i zbyt krótkich sztyletów, a jakie takie wyszkolenie nad całkowitą amatorszczyzną, ale kiedy tuż za dywanem nadleciała ogromna chmura kurzu, pyłu i drobnego piasku, uzupełniona pierzem, kurzym łajnem i jakąś przerażoną kokoszką, zagarniętą przez główny strumień czaru, większość walczących oślepła, a niemal wszystkich ogarnęła panika.
Każdy próbował uciec, a ponieważ trafiał nieuchronnie na kogoś, kto usiłował zrobić to samo lub przynajmniej dźwignąć się z ziemi – kopał, kłuł, walił pałą, siekł mieczem, gryzł, wrzeszczał i zabijał. Każdego. Bo w tym piekle oślepionych pyłem nieszczęśników każdy był wrogiem, niezależnie od tego, w jakim języku krzyczał ze strachu, czyj herb nosił na kaftanie i z jakiej barwy włosami przyszedł na świat.
Otumaniony wypływem mocy Debren zatoczył się na ścianę. Niewiele widział. Ale i tak za dużo. Krew sikającą niczym wino z beczki, wielkie z przerażenia oczy służebnej, trupią bladość jej twarzy. Błyski noży w bramie. Brunatne błoto rozlewające się coraz szerzej tam, w dole, gdzie tuman nie był tak gęsty i gdzie od czasu do czasu dało się dostrzec czyjąś nieruchomą twarz czy wierzgającą w agonii nogę.
Za dużo widział. I wiedział za dobrze, czym skończy się to, czego z powodu kurzawy nie potrafił dostrzec. Może dlatego nie użył różdżki przeciw żołnierzowi, który próbował go zarąbać, a teraz usiłował wstać, podpierając się na mieczu. Noga mogła nie być złamana, żołnierz mógł mieć wystarczająco dużo sil, przytomności umysłu i szczęścia, by ciąć mieczem przebiegającego obok Debrena. Ale tego magun nie brał pod uwagę.
Po prostu pobiegł. Ku ułożonym w pryzmę klockom na opał i dachom przybudówek. Ku życiu i wyrzutom sumienia.
– Wejdź – powiedział siedzący na brudnym od mąki stole blondasek z rzadką irbijską bródką. Miał za mało lat na porządny, gęsty zarost. Na miecz – nie. Zwłaszcza na taki jak ten, którym się bawił, wspierając czubek o taboret i pchnięciami palca w jelec kręcąc bronią jak bączkiem. Miecz był krótki, dobry do noszenia przez takich, co jeszcze nie skończyli rosnąć, a już chcieli uchodzić za dorosłych. Albo potrzebowali broni nie rzucającej się w oczy, dyskretnej.
Debren zawahał się, ale przekroczył próg. Z tyłu, na końcu korytarzyka oddzielającego kuchnię od izby jadalnej, pociemniało. Ktoś stanął tam, odciął odwrót. Ktoś, kto nie próbował atakować, lecz pewnie nalegałby mocno na przyjęcie zaproszenia jasnobrodego.
– Nie bój się. Nie przyszliśmy cię aresztować – starał się być miły jeszcze młodszy pyzaty chłopak pilnujący drzwi na podwórze. Debren gdzieś go już widział, ale to nic nie znaczyło. Po dwóch dniach spędzonych w takiej małej mieścinie człowiek miał za sobą przelotne spotkania z połową mieszkańców.
– To dobrze. Nie mam czasu na zabawy w drabów i złodziei.
Pyzaty zarumienił się, omal nie schował za plecy czegoś, co Debren wziął w pierwszej chwili za żelazną buławę, a co było chyba tłuczkiem od dużego moździerza. W przeciwieństwie do kompana nie miał jeszcze czego golić i zapewne bardzo niedawno wyrósł z zabawy, na którą magun nie miał czasu.
– Ktoś ci przetrącił łapę – powiedział niby od niechcenia ten drugi, prawie białowłosy. – Pewnie za wykonywanie nieuprzejmych gestów. Dziwne, że tak uczony mąż nie wyciąga wniosków z własnych błędów. I nie zadaje sobie pytania, co też mu przetrącą za nieuprzejme słowa.
– Wybaczcie, młodzieńcy. – Trzymając zdrową rękę z dala od pochwy z różdżką, minął piec i podszedł do swego posłania. – Nie chciałem być nieuprzejmy. Chciałem być rzeczowy. Ponoć ludzie w waszym wieku nudzą się zbyt długimi mowami podstarzałych mędrków. Świat zmienia się zbyt szybko. Kto traci czas na słuchanie, zostaje w tyle.
– Patrzcie go, mędrka. – Jasnowłosy miękko zeskoczył ze stołu. – Tyle wie o współczesnej młodzieży, a nie wie, że agresywna jest, pobudliwa i skora do krzywdzenia takich, co się z niej podśmiewają. Uważajcie, panie Debren z jakiegoś zadupia, którego nazwy nie pomnę. Mam dla was robotę, ale nie jest to robota wymagająca wielkiej tężyzny fizycznej. Więc możecie oberwać bez znaczącej szkody dla waszej misji, za to z dużą szkodą dla was samych. Dobrze mówię, Miazga?
Pucołowaty poruszył się niepewnie, chrząknął cieniutko. Debren pomyślał ze znużeniem, że z jego strony żadne duże szkody mu raczej nie grożą. W związku z czym on, Debren, po raz drugi w ciągu tej samej klepsydry będzie musiał podjąć kolejną decyzję z gatunku tych, których szanujący się magun w ogóle nie powinien podejmować. Rozważyć użycie siły.
– Wyjeżdżam z miasta – oznajmił cicho, stojąc plecami do uzbrojonego w miecz młokosa i sięgając po swą podróżną sakwę. – Jak słusznie zauważyłeś, pochodzę z odległego zadupia i mam zamiar tam wrócić. To daleka droga, więc muszę szybko iść i zarobić parę groszy. Żegnam waćpanów.
Odwrócił się i bez zdziwienia popatrzył na miecz. Zaledwie pół stopy dzieliło jego czubek od gardła Debrena.
– Pożegnanie ze mną bywa jednoznaczne z pożegnaniem się z życiem doczesnym – poinformował maguna jasnowłosy. – Nazywają mnie Gep. To od geparda. Jak zapewne wiesz, jest to zwierzę, przed którym mało komu udaje się uciec.
– Nie uciekam – wzruszył ramionami Debren. – Nie mam powodu.
– O, powodów by się znalazło… Ile, Miazga? – Pucołowaty uśmiechnął się z zakłopotaniem. – No, będzie z półtora tuzina. W tym trzy baby i dzieciak. Lżej poturbowanych nie liczę. Ani irbijskiej padliny, ma się rozumieć.
– Nie wiem, o czym mówisz – skłamał.
– Nie? Patrzcie, a ja myślałem, że czarokrążcy z owego tajemniczego Zachodu bez trudu w ludzkim rozumie czytają… O pomordowanych mówię, łajdaku. O spokojnych, bezbronnych ludziach, co przez ciebie zginęli, okaleczeni zostali lub na szafot z lochu trafią.
– Masz na myśli uczestników tej bijatyki pod domem powroźnika – stwierdził Debren, patrząc w brązowe oczy jasnowłosego – których kiedyś wasi historycy nazwą pierwszymi ofiarami powstania majowego… Maj jeszcze mamy, chyba się nie mylę?
– Myślisz, że żartuję? – potrząsnął mieczem Gep. – Miazga, powiedz mu!
– Komendant nie żartuje – zapewnił pucołowaty.
– To dobrze, bo ja też nie – oświadczył Debren. – Choć mimowolnie, też stałem się ofiarą powstania majowego. Ta ręka – ostrożnie uniósł lewą dłoń, pokrytą balsamami i bandażem – czyni ze mnie kombatanta waszej wojny wyzwoleńczej. Zgaduję, że jeszcze długo nie wypłacicie swoim kombatantom ani grosza za połamane kości i utracone zarobki, więc wcale mi nie do śmiechu. Niedawno poparzyło mi ciężko prawą rękę, wciąż nie jest w pełni sprawna; teraz nie mogę ruszyć palcami lewej. Wiesz, co to znaczy dla czarownika? Bezrobocie, biedę i głód.