– Łajno mnie to obchodzi. Postaw tę torbę na pryczy. No już, bo pchnę. I odsuń się tam, pod komin. Sprawdzimy, czy naprawdę czarodziej jesteś, czy tylko nam tu czarujesz, by się od słusznej kary wykręcić. Miazga, miej na niego baczenie.
Debren posłusznie wycofał się w kąt za piecem. Patrzył, jak wysypuje się jego dobytek, jak Gep rozgarnia po okrywającej legowisko derce zmianę bielizny, księgi, zeszytnice z notatkami, pęk piór, woreczki z ziołami, nożyki, szczypce i igły, onuce czyste i onuce mocno poczerniałe, upchane w dziurawą skarpetę. Nie podobało mu się, że równie często jak lewą dłonią chłopak posługuje się w tym celu końcem trzymanego w prawej miecza, ale starał się nie okazywać braku zachwytu.
– A cóż to za frymuśna poduszeczka? – Ostrze nacisnęło na aksamit. Trochę zbyt mocno jak na tak starannie wyostrzony miecz i tkaninę, która opłynęła cały kontynent, moknąc często i przesiąkając solą. Powłoczka pękła. – Ty co, chłopofil jesteś?
– Zniszczyłeś mi poduszkę. – Stojący między nimi Miazga trafnie ocenił wyraz twarzy Debrena i cofnął się pospiesznie o całe dwa kroki.
– Jak chłopofil jesteś, co na niewieścią modłę rzyci nadstawia, to pewnie i igłą zręcznie umiesz machać – wyszczerzył zęby Gep. – Zaszyjesz sobie.
– Uważaj – powiedział cicho Debren. – Uważaj, bo pedofilem nie jestem. Nie dość, że z szyciem kiepsko mi idzie, to i nie mam sentymentu do takich jak ty. Do przemądrzałych gówniarzy, niszczących cudzą własność. Takich mogę skrzywdzić.
Pucołowaty usunął się szybko z drogi.
– Ależ się przeraziłem – zaszydził Gep. – Zaraz w pieluchę popuszczę. – Zręcznie przerzucił miecz z prawej ręki do lewej, zamłynkował, przerzucił z powrotem i wywinął ostrzem ósemkę, aż zagwizdało. – Widzisz? Ręce mi się trzęsą. Broni utrzymać nie mogę.
– Nie rób tak nigdy więcej – uśmiechnął się lekko Debren. – Bo jak trafisz na kogoś, kto telekinezą włada, własny miecz cię po łbie zdzieli.
– Chędożę twoje dobre rady. To – miecz trącił rozsypane po posłaniu przedmioty – nie jest bagaż kogoś, kto miałby prawo mnie pouczać. Jesteś tylko zakichanym wędrownym zaklinaczem. Sądząc po tych prymitywnych narzędziach: cyrulikiem i trochę zielarzem. Kiepskim chyba, skoro z byle stłuczeniem ręki pognałeś prosto do aptekarza.
Miazga skrzywił się, syknął ostrzegawczo. Niepotrzebnie. Debren już od jakiegoś czasu wiedział, skąd zna tę pucołowatą twarz.
– Chylę czoła przed przenikliwością. I zastanawiam się, czegóż to wielki i sławny komendant Gep może chcieć od marnego zaklinacza.
– No właśnie – poparł go nieoczekiwanie Miazga. – Kończmy to szybciej. Czarni latają po mieście jak wściekli. Jeszcze tu wpadną i…
– Nie strasz naszego gościa – błysnął zębami Gep. – Gotów pomyśleć, że te irbijskie małpy to Bóg wie co. Podczas gdy to głupcy i tchórze, którym słońce Południa rozum i odwagę wypaliło. Posłuchaj, Debrenie z zadupia – podkreślił polecenie ruchem klingi. – Jeśli jeszcze nie dotarło do ciebie, to informuję, że jestem komendantem partii tutejszych gerylasów. Partii licznej, dobrze zorganizowanej i jeszcze lepiej zorientowanej, co w trawie piszczy. Znamy każdy twój krok i znać będziemy każdy następny. Możesz wyprowadzić w pole Irbijczyków, ale nie nas. Wiemy, że czekasz na statek.
– Na barkę.
– Milcz, kiedy mówię. Powiedziałem: „statek”? Oczywiście miałem na myśli statek rzeczny, czyli barkę.
– To nie to sa… – Miazga ugryzł się w język, widząc spojrzenie dowódcy.
– Wiemy też – warknął Gep – że przygarnął cię ten obłąkany zbrodniarz wojenny i zboczeniec Kipancho z Lamanxeny. Za samo to powinieneś dać gardło z ręki ludu. I dasz, jeśli nie zmyjesz swych grzechów.
– Handlujecie odpustami? – zapytał zimno Debren. – Ile mam zapłacić za prawo kontynuowania tego, co wy nazywacie grzechem, a ludzie rozsądni rzemiosłem?
– Służba u tego potwora to nie rzemiosło – powiedział z przekonaniem pucołowaty. – Nie wiecie, co mówicie.
– Kipancho nie jest potworem. On z potworami… Chciałem rzec: on wierzy, że walczy z potworami. To chory człowiek.
– Chory – zgodził się Gep. – A my go, z twoją pomocą, wyleczymy. Raz na zawsze.
– Nie jestem medykiem.
– I dobrze. Nie potrzebujemy medyka. Miazga, daj mu sakiewkę.
Pucołowaty wyjął zza pazuchy mały woreczek z szarego płótna, bardzo podobny do porozrzucanych po posłaniu woreczków, w których Debren trzymał zioła, i rzucił go magunowi.
– To nie brzęczy – stwierdził z wyrzutem czarodziej. I wepchnął sakiewkę za kaftan.
– Wolne żarty, panie cyrulik. Nawet nie myślcie o trzosach srebrem czy choćby miedziakami wypchanych. Z waszego powodu doszło do masakry w domu powroźnika, a jego piętnastoletnia córka, pobita i splugawiona, do fosy się z murów rzuciła. Czy przeżyje, to się jeszcze okaże, ale nawet jak przeżyje, opluwana w mieście będzie i nie za tego oto Miazgę rodzina ją wyda, a za jakiegoś chłopa co najwyżej, który wiadrami bagno osusza. Dodaj do tego półtora tuzina usieczonych i tych, co ich czarni z zemsty zabiją. I zacznij całować mnie po butach za to, że po tym wszystkim jeszcze szansę ci daję. Powinienem na pal cię nawlec, jak nawlekać będziemy te irbijskie kundle, co Marielę zgwałciły.
Debren przyglądał się przez chwilę pucołowatemu.
– Kochasz ją? – Chłopak posłał mu zdziwione spojrzenie, a potem z wysiłkiem przełknął ślinę. – Jak kochasz, to odnieś ten tłuczek ojcu, bo apteka bez sprawnego moździerza to jak kuchnia bez patelni. A potem idź do dziewki, usiądź przy łożu i wal w pysk każdego, kto przyjdzie na nią pluć.
– Co ty bredzisz?! – wykrzywił się Gep. – Usiądź?! W pysk wal?! Ty co, spowiednik jesteś? Pokutę zadajesz?
– A pal zostawcie w spokoju – dokończył Debren. – Byłem tam i wiem, że żaden Irbijczyk nikogo nie zdążył zgwałcić. Wasi spokojni, bezbronni rodacy za szybko ich pozabijali. Co znaczy…
– Nie mów ani słowa więcej – wycedził Gep – bo klnę się na Machrusa, że odżałuję akcji i poszukam innego zielarza. A ciebie, zasrany oszczerco…
– Wystarczy – przerwał mu Debren. – Obaj nie musimy kończyć, by zostać doskonale zrozumianymi. Przestań wymachiwać tym mieczem. Usiądźmy i porozmawiajmy jak poważni ludzie.
Dał dobry przykład, siadając na pryczy obok przekłutej poduszki. Gep zawahał się, w końcu jednak wskazał kompanowi drzwi do pilnowania, a sam usiadł okrakiem na taborecie. Miecza nie schował.
– Skoro wiesz, że ten gamoń – wskazał pucołowatego Gep – jest synem naszego pigularza, toś go musiał przyuważyć, kiedy waszą rozmowę podsłuchiwał, niby to zaplecze w aptece zamiatając. I pewnie się domyślasz, że niejedno podsłuchał.
– Co na przykład?
– Choćby to, że mocno o swe stare życie tyłkiem trzęsiesz. I grosza na pokazywacz zimniczny, testem malarycznym uczenie zwany, nie żałujesz. Mimo że każdy smarkaty Depholec, co ledwie pierwsze słowa składa, wyjaśni ci, że to pokazywacz głupoty i naiwności, a nie choroby. Bo kosztuje sporo, a korzyści nijakiej nie daje.
– Wyjaśnij kompanowi, Miazga, że niesłusznie cech aptekarski obraża. Specyfik oszukańczy nie jest. Czasem tylko niewłaściwie go reklamują, czego jednak twój szanowny rodzic nie czynił. Uczciwie wyjaśnił, że pokazywacz tym jest, co nazwa sugeruje. Nie leczy zimnicy, trzęsionki czy jak tam ją zwał, a jedynie wykrywa chorobę we wczesnym stadium.
– Dzięki czemu człek dłużej się zamartwia – podsumował Gep. – Może nie słyszałeś jako zielarz z odległego Zachodu, gdzie cegły gwoździami łączą, więc cię informuję: leków na trzęsionkę bagienną jest parę setek, a wszystkie jednako łajno warte. I dobrze, powiadam. Bo nas, tutejszych, choróbsko to zabija ledwie w jednym albo dwóch przypadkach na dziesięć, a obcych nawet pięciu-siedmiu, jak rok gorący się zdarzy. Co obcej kolonizacji zapobiega, a nam planowanie zrywów narodowowyzwoleńczych ułatwia. Wystarczy przepowiadaczy pogody o prognozy zapytać i wiadomo z góry, kiedy za broń chwytać. A ten rok, zdradzę ci w sekrecie, ma być ciepły. Połowa irbijskich załóg od zimnicy legnie, a z resztą sobie poradzimy.