Выбрать главу

– To cię cieszy? – Chłopak bez namysłu kiwnął głową. – Dziwne. Bo garnizonów król Belfons trzyma u was góra z dziesięć tysięcy chłopa, i to z flotą licząc. A was, Depholców rodowitych, jest ponoć milion i ćwierć ze sporym naddatkiem. To znaczy, że jak wielki pomór przyjdzie, to pięć tysięcy Irbijczyków do piachu trafi, a Depholców, w tym dzieci i kobiet, ze dwieście tysięcy nawet.

Gep przyglądał mu się tępo przez dłuższą chwilę. Miazga odłożył dyskretnie tłuczek na parapet i po cichu rachował na palcach.

– Co ty nam tu… – Jasnowłosy ochłonął pierwszy, jak przystało na dowódcę. – Zaraza, nie cierpię takiego krętackiego gadania. Ludzi tylko nam ogłupiacie, dziady zgrzybiałe. Dobrze powiadają, by nie słuchać nikogo, kto więcej jak ćwierć wieku przeżył. Bo łgarze to są, o sklerozie nie wspominając.

– Z wiekiem nie tylko skleroza przychodzi. Do pewnego momentu człek zbiera doświadczenia i coraz mądrzejszy się staje.

– To akurat wiem. I wiem, gdzie owa granica magiczna się znajduje. To właśnie dwudziesty rok. Środek żywota, średnio biorąc.

– Teraz ludzie dłużej ponoć żyją – bąknął Miazga.

– Cicho, szczylu. Pilnuj lepiej tłuczka, bo jak go zapomnisz, to ci stary zioła w zębach kruszyć każe. A ty, Debren, od tematu nie uciekaj i na zwłokę nie graj. Bo zwłoki wygrasz. Swoje. – Gep splunął dla podkreślenia swej powagi, a ponieważ był Depholcem, czystość podłóg szanującym, wcelował w kosz z opałem. – Zadania inne na nas czekają, więc krótko rzecz wyłożę. Masz podać rzeźnikowi z Lamanxeny to, cośmy ci do woreczka nasypali.

Debren sięgnął pod zielony, srebrem obszyty kaftan. Wyjął maleńką sakiewkę, prawie całkowicie kryjącą się w dłoni. Bardzo lekką i nie pobrzękującą.

– To? Mam to zawieźć do Lamanxeny i oddać…

– To ostatnia kpina, na którą ci pozwoliłem – powiedział na pozór spokojnie Gep. – Po następnej zabiję.

Przez chwilę słychać było tylko brzęczenie komarów, wielkich depholskich krwiopijców, rozmiarami i dodatkową parą skrzydeł bardziej przypominających ważki niż przyzwoitego viplańskiego komara. Debren wiedział, że te latające pijawki są takie, jakie są, bo ktoś kiedyś rozsypał parę niepozornych sakiewek niepozornego proszku na brzegu stawu, w którym lęgli się ich pradziadowie. Ten ktoś też był depholskim patriotą i też chciał uwolnić swój kraj od jednej z dręczących go zmór. Był też magunem, a jego imię inni magunowie obłożyli klątwą milczenia, więc mimo cisnących się na język porównań i proszących się o wyciągnięcie wniosków, Debren siedział i milczał.

– W sakiewce jest proszek. Możesz go wsypać do wina temu krwawemu zbrodniarzowi Kipancho. Możesz przekonać bydlaka, że to lek na potencję, porost włosów czy cokolwiek innego. Zielarz wydrwigrosz jesteś, to wiesz, jak naiwnym starte ze słomą kurze łajno jako cudowny balsam za srebro sprzedawać. Metodę tobie pozostawiam. Ale masz doprowadzić do tego, by ów proszek trafił do Kipanchowego brzucha. Obiecaj… nie, czekaj. – Gep wyciągnął zza koszuli medalik koła popłatnego. – Na ten znak męki pańskiej przysięgnij. Klnij się na duszę własną i wszystko, co najświętsze dla ciebie jest, że uczynisz, co w twojej mocy, by rycerz Kipancho zeżarł to, co jest w tym worku.

Debren uniósł dłoń. Patrzył na wystającą spod palców odrobinę płótna, na rzemyk, którym związano trzosik.

– To ryzykowne – powiedział cicho. – Mogę… mogę nie przeżyć.

– Możesz. Dobrze powiedziane. Możesz. – Gep obejrzał pod światło klingę miecza. – Ale jeśli nie przysięgniesz, tu i teraz, to nie przeżyjesz na pewno. Bez żadnego „może”.

– Rozumiem. – Debren dotknął medalionu końcami palców. – Przysięgam.

Chłopak bez pośpiechu schował koło pod ubranie. Jego twarz rozluźniła się wyraźnie. Miazga pozwolił sobie na szeroki, pełen ulgi uśmiech.

– No to możemy się zbierać. – Wetknął tłuczek za pasek. – Załatwione.

– Czekaj – wstrzymał go gestem jasnowłosy. – Daj papier.

– A… racja. – Miazga podszedł, wręczył Debrenowi złożony w czworo nieduży arkusik. – Klejem specjalnym powleczony jest. Poliżecie po odwrocie, to się trzymał będzie. Obojętne: czy do ściany przylepicie, czy do… eee… no, trupa. To dobry klej. Po pół talara za flakon.

Magun ostrożnie rozłożył kartkę. Była ciut większa od dłoni. Nieprzypadkowo chyba, bo właśnie ludzką dłoń, umoczoną w czarnej farbie, do niej przyłożono.

– Co to jest? – zapytał.

– Nasz znak rozpoznawczy – powiedział ze słabo skrywaną dumą Gep, dźwigając się z taboretu. – Niewidzialna ręka ludowej sprawiedliwości. Ta, co zmiecie tyrana z depholskiego tronu. Zostaw ją gdzieś obok, jak Kipancho już… no wiesz. Idziemy, Miazga.

– Jeszcze jedno pytanie – uniósł głowę Debren. – Dlaczego w ten sposób?

Tym razem nikt nie kwapił się z odpowiedzią. A zwłaszcza Gep. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość: ani nie wyszedł, udając głuchego, ani nie zgromił wzrokiem Miazgi, kiedy ten w końcu przemówił.

– Bo nam tu kusz posiadać nie wolno, a i łuk jeno za specjalnym pozwoleniem i jeno szlachta, do polowań. Nawet z mieczem niebezpiecznie jest się pokazywać, jak kto wytłumaczenia dobrego nie ma. A Kipancho zbroi prawie nie ściąga i rycerz wielce sprawny jest, chociaż wariat i okrutnik. Nie dalibyśmy mu rady. Nie na taką broń – przeciągnął palcami po tłuczku. – Potem, jak się zacznie… Potem będziemy stawać honorowo, twarzą w twarz. W blachach, z puklerzami, machinami miotającymi. Ale teraz…

– Chodź już – powiedział cicho Gep. – Przed kim ty się tłumaczysz? On chce wyjść z tego żywy dziesięć razy bardziej niż my. Choćby dlatego, że to nie jego wojna. Aha, Debren. W stajni twój muł czeka. I lina, coś o nią pytał. Wracaj do rycerza i rób, coś obiecał. Do jutra masz czas. Bo my, widzisz, z domowej roboty łuku zbroi nie przestrzelimy, ale zdrajcy, co obietnicy nie dotrzymał, to chyba damy radę.

* * *

Ściemniało się powoli, ale dach wiatraka widział aż za dobrze na tle zachodzącego słońca. Dużo za dobrze.

Dach był pusty.

Zwolnił. Jechał teraz stępa przez sięgające wysoko nad kopyta kałuże, ubłocony, obolały i nagle wyzbyty sił. Nad przydrożnymi wierzbami krążyły wrzaskliwe wrony, a on wlókł się środkiem zatopionych pól i próbował znaleźć jakieś inne wytłumaczenie. Nie znajdował. Był czarodziejem, nie wierzył w bajkowe zakończenia. Jeszcze dwieście kroków. Za tymi zaroślami jest zakręt, potem drugi, a potem już staw i nowiutkie, jeszcze pachnące lasem obejście, w którym wszystko powinno być świeże i radosne, przesycone głupią może i naiwną, ale przecież nadzieją.

Powinno. Ale nie będzie. Bo świat nie jest tym, który opisują w bajkach dla dzieci.

Zatrzymał muła. Drapał w zadumie spocony kark zwierzęcia i zastanawiał się. Długo. Potem sięgnął pod kaftan, po lekką, nie pobrzękującą sakiewkę. Trudno powiedzieć, po co. Bo chyba nie po to, by trafić palcami na spłaszczoną bryłkę metalu, zawieszoną na rzemyku oplatającym szyję. Cóż mogła mieć wspólnego zdeformowana srebrna kula ze śmiercią małej Depholki, która zginęła spadając z dachu?