Nic.
A ze mną?
Też nic? Naprawdę nic? To dlaczego aż tak…?
– Jakie to banalne – powiedział Def Groot, wysuwając się spomiędzy krzaków kaliny. – Stoi jeździec na dróg rozstaju i duma. W lewo jechać? Czy prosto? Więc po monetę sięga srebrną, by w orła i re… Och, wybacz. To nie moneta? Dobrze widziałem?
– Co tu robisz? – zapytał sucho Debren, wpychając za pazuchę i sakiewkę, i spłaszczoną kulkę.
– To co i ty. Dumam w samotności, z dala od ludzi. A mówiąc uczciwie, to liści miękkich szukam i miejsca ustronnego. Dalej nie objaśniam, bo widzę, żeś w nastroju całkiem takim dialogom nie sprzyjającym. Tobie serce w piersi gra, mnie kiszki w brzuchu. To było srebro, prawda?
– Nie twój interes.
– Może mój, może nie. Przypominam, żeś zakład przegrał. I marnymi denarami zapłacił. Nie chcę podważać twojej uczciwości, ale wiem, jak ludzki umysł w takich przypadkach działa. Zasiej w nim ziarno wątpliwości, zacznie je mleć na mąkę, rozgryzać i na końcu wielki chleb z owej mąki upiecze, dużo większy od ziarna. Może być tak, że upiję się kiedyś, moją podświadomość do głosu dopuszczę. A ta, wbrew mojej woli, obsmaruje cię przed ludźmi. Oszustwo zarzuci.
Debren westchnął, wyciągnął rzemień z kulką spod kaftana.
– Wystarczy? Czy może mam zdzielić cię tym po czaszce? Parę razy, bo nie udało się dotąd ustalić, gdzie owa podświadomość siedzi.
– Nie trzeba. – Def Groot nie próbował się cofać, choć ciekawość przywiodła go pod samo strzemię. – Dziwny jakiś amulet. Do sekty należysz?
– To nie… – Debren ugryzł się w język. – To nie twoja sprawa. I nie zaczynaj od początku tego kawałka z podświadomością.
– Nie zacznę – zgodził się rudzielec. – Ale głupio robisz. Być posądzonym o udane oszustwo to niewielka hańba, a w oczach niejednego nawet powód do dumy. A oskarżenie o przynależność do sekty… Uuu-uu. Tortury i stos.
– To nie amulet ani żaden znak sekciarski. Jeno pamiątka.
– Aha. Coś dobrego przypomina?
– Coś dziwnego – mruknął Debren po chwili zadumy.
– To samo co aromat mięty? – uśmiechnął się nieznacznie duszysta.
– Wybacz, że się powtarzam. Ale to nie…
– …mój interes – dokończył Def Groot. – Wybaczam. A ty z kolei wybacz, że twojej znękanej duszy ulżyć próbuję. Odruch zawodowy. Mogę ci udzielić bezpłatnej porady?
– Nn… nie.
– Aha, zawahałeś się. To dobry znak. Zdajesz sobie sprawę z istnienia problemu. No cóż, nie, to nie. Ale powiem ci, jak się skończy to duszenie pytań w sobie, wykrztusisz je kiedyś w jakiejś obskurnej gospodzie, przy trzecim garncu podłego piwa. A jakiś zapluty, śpiący z mordą w misce łapserdak, co z tobą chlać będzie, ocknie się na chwilę i powie: „Chędożyć je wszystkie, kurwy chędożone”, z której to rady być może skorzystasz. I nawet jak choroby żadnej marimalskiej nie podłapiesz, to do końca życia nic ci z tej srebrnej kuli nie przyjdzie, jeno gorycz i żal do siebie samego.
Debren trącił piętą bok muła. Zwierzę ruszyło wolno przed siebie, w stronę wiatraka. Def Groot zaczął iść obok, nie zważając na błoto do kostek.
– Czego ty właściwie chcesz?
– Pomóc. Bo ty potrzebujesz pomocy.
– Ja? – uśmiechnął się krzywo magun. – To dziecko potrzebowało.
Przez chwilę posuwali się w milczeniu.
– Jej pomóc nie mogłem – mruknął Def Groot. – Tobie mogę.
– Ja nie siedzę na krawędzi dachu, patrząc w przepaść przerażonymi oczyma.
– Ale kiedyś możesz usiąść.
– Bzdura.
– Jestem wybitnym duszysta, Debren. Wiem, co mówię.
Minęli zakręt, zbliżali się do drugiego. Debren patrzył do góry, na koniec wymierzonego w niebo skrzydła wiatraka. Siedział tam jakiś ptak. Nastroszony jak ta mała, której obraz nosił pod powiekami.
– Wiesz, co mówisz. I jesteś wybitny. Ale nie przyjmę od ciebie rady, bez wątpienia dobrej. Bo miałbym u ciebie dług wdzięczności. A nie chcę. Nie u ciebie. Bo nie umiem okazywać wdzięczności takim, co palcem nie kiwną, kiedy trzeba ratować dzieci. Nie mówię o narażaniu życia czy poświęcaniu majątku, nie zrozum mnie źle. Mówię o kiwaniu palcem. Jej krew jest między nami, Def Groot. Nie zmienisz tego.
Minęli zakręt. Za zakrętem wszystko było takie jak przedtem. Wóz, dwa ogniska, chmary komarów. Sansa, ukryty w chmurze dymu i zapatrzony w garnek z warzoną na wieczerzę zupą. I żona pompiarza, krzątająca się przy swoich garnkach z twarzą…
Debren zatrzymał się. Coś było nie tak z twarzą tej kobiety.
Zza wiatraka wyszedł Kipancho. Przechodząc obok nakrytego kocem stołu, zatrzymał się, schylił, podniósł coś małego, wsunął pod koc. Debren zsiadł; powoli, na trochę sztywnych nogach ruszył na spotkanie. Tego stołu nie było przedtem. Ale coś, co kryło się pod pasiastym kocem…
– Spóźniłeś się, mistrzu – posłał mu swój melancholijny uśmiech Kipancho. – Potwór, jak widzisz, nie ma już zakładniczki.
– Widzę. – Nie wiedział, co więcej mógłby powiedzieć.
– Z muła spadłeś? – rycerz zerknął na pokryty skrzepami łuk brwiowy, na obandażowaną dłoń. – Nie warto było tak gnać.
– Widzę – powtórzył. Przełknął ślinę. – Mała… gdzie jest?
– W owej budce, która tym nieszczęśnikom za dom służy. Matka jej kąpiel szykuje.
Debren popatrzył na kobietę. Miała pustkę w twarzy. Nie była ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa. Niektórzy ludzie tak reagowali. Gotowali wodę. Po prostu.
– Def Groot… Powinieneś z nią pomówić.
– Nie, Debren – powiedział spokojnie duszysta. Miał w oczach taki sam smutny uśmiech jak Kipancho. – Powinienem ci coś wyjaśnić, bo widzę…
– Bydlę jesteś.
– Nie unoście się, mistrzu – wtrącił się rycerz. – Def Groot wie, co czyni. Potwór wciąż odgłosy wydaje, czyli żyw. A póki żyje, ci ludzie pod czarem jego są jak kukły bezwolne. Znam to z doświadczenia.
– Panie Kipancho, co was się tyczy, to…
– Ona żyje – przerwał mu szybko Def Groot. – Nie spadła.
– Co?
– Zrzuciła tę linę.
– Co?
– Mój pan wdrapał się na samiuśki dach – oświadczył chełpliwie Sansa, który wyrósł obok jak spod ziemi. – Ja bym poszedł, ale to depholska lina, niepewna. Męża postury słusznej mogła nie utrzymać, zwłaszcza ze smarkulą na plecach. A pan Def Groot, choć lekki i z umaszczenia wielce do wiewiórki podobny, namówić się nie dał.
– Jest uczonym – stwierdził pobłażliwie Kipancho. – A to robota dla ludzi czynu była, takich jak my, Sansa.
– Zrzuciła linę? – wciąż nie wierzył Debren.
Def Groot, uśmiechnięty nie bardzo ładnie, ściągnął koc ze stołu. Debren zamrugał oczami, ale miraż nie zniknął. Cały blat zawalony był lizakami, pierniczkami w różnobarwnych polewach, sztabkami czekolad, cukrowymi groszkami, gwiazdkami, łódeczkami, wiatraczkami, gałganowymi lalkami i misiami z króliczego futra, suszonymi figami, rodzynkami i chyba wszystkim, co dobrze zaopatrzony jarmark mógł zaoferować spragnionej łakoci i zabawek dziatwie.
– Która dziesięciolatka by się oparła? Sam widok wystarczył. Kipancho nawet dużo gestykulować nie musiał.
– Musiał – rzucił mało przyjaźnie giermek. – Boście nie raczyli słów jego przetłumaczyć.
– Znam chłopów – powiedział Def Groot, patrząc nieruchomo w przestrzeń. – Łatwo było przewidzieć, że ktoś z ich krwi się wywodzący za parę błyskotek honor w kąt ciepnie i zrobi, co mu każą.
– Ale skąd to…? – Debren przesuwał palcami po słodyczach i figurkach.
– W tym kraju, gdzie czwororękich potworów tak wiele, dzieci często przestraszone są i smutne. Więc kupiłem tego trochę. Rozdajemy po wsiach.