Выбрать главу

– Idź spać. Bo zaśpisz i rano nie zdążysz na barkę.

– Powiedziałeś jej, co się stanie, jak Kipancho stwierdzi zgon przeciwnika?

– Nie. Bo nie wiem, co się stanie. To zależy od ciebie.

– Kręcisz, Def Groot. Obaj dobrze wiemy, co będzie dalej. Przyjedzie Vanringer i urządzi pogrzeb. Spali wiatrak i domek pompiarza przy okazji. Ci ludzie staną się żebrakami. A jeżeli budowali z kredytów, to gospodarz trafi do lochu. Wiesz, ilu osadzonych wychodzi z lochu? Niewielu. A ilu żebraków zdycha w przydrożnym rowie? Cholernie wielu.

– Nie zmienimy porządku świata. Ale tych akurat ludzi możesz ocalić. Wystarczy, byś wytłumaczył panu Kipancho, że z tego akurat wiatraka udało ci się potwora czarami wygnać. Samego wiatraka nie zabijając. Żywego wiatraka Kipancho nie pozwoli spalić. On nie uznaje niepotrzebnego zadawania bólu komukolwiek.

– Kipancho to szaleniec. Nie mam zamiaru utwierdzać go w jego szaleństwie. Ktoś mu musi w końcu wyjaśnić, że wiatrak to tylko kupa zbitych przemyślnie desek.

– Leczenie choroby psychicznej metodą wyjaśnień? – zakpił Def Groot. – Interesujący pomysł. Proszę, próbuj. Rób, co chcesz, eksperymentuj, ostatecznie magun jesteś, nowych metod badacz i odkrywca. Tylko nie wbijaj klina między mnie a mojego pacjenta. I nie odzywaj się, kiedy będę go zapewniał w imieniu nas obu, że wiatrak nie żyje. Och, przepraszam… Czarownik. Potwór, co się wcielił w kupę zbitych przemyślnie desek. Stój cicho z boku, a potem bierz zapłatę i maszeruj na tę swoją barkę.

– Nie rozumiem, czego się boisz. Jeśli od umysłu tego nieszczęśnika logiczne wyjaśnienia odbijają się równie uparcie jak młoty bojowe, to cóż ci szkodzi moje gadanie? Powiem, co myślę, i wyjadę. Kipancho, możesz mi wierzyć, głupszy od tego nie będzie.

– Zakłócisz mi rytm kuracji – warknął Def Groot. – Dusza ludzka to delikatna materia.

– To odłóż ten młotek – poradził Debren. – Delikatnej materii nie naprawia się młotkiem. Nawet owiniętym w szmaty.

Duszysta nie odłożył młotka. Za to zrobił krok do przodu. Nie zbliżyli się zanadto, bo magun był czujny i prawie równocześnie odskoczył lekko ku drzwiom.

– Spokojnie – uśmiechnął się z przymusem Def Groot. – Coś taki nerwowy? Przecież nie będziemy się bić. Nie o jakieś… To śmieszne.

– Nie, nie będziemy. Mam dość na dzisiaj. Więc zrób jeszcze jeden gwałtowny ruch, tylko jeden, a tak ci przypieprzę, że do rana nie wstaniesz.

Rudzielec, cokolwiek by o nim nie mówić, w swoim fachu był dobry. Wiedział, kiedy i do jakiego stopnia ludzie mówią prawdę. Cofnął się więc powoli i odłożył młotek.

– Jak ją namówiłeś? – powtórzył pytanie Debren.

– A uwierzysz, jak powiem, że zaapelowałem do jej patriotyzmu?

– Nie.

– Obiecałem zbadać dziewczynkę – mruknął Def Groot. – Do pewnego stopnia jestem medykiem. A ona ma gorączkę. Pewnie dlatego dała się tak łatwo ściągnąć z dachu.

Debren bez słowa wyjął z uchwytu pochodnię, a potem skinął na stojącą z boku gospodynię.

* * *

– Myślałem, żeś uciekł.

Debren obrócił się na stołku, choć nie musiał. Tylko jedna osoba mogła przecisnąć się przez wąskie drzwi z takim chrzęstem.

– Dzień dobry, panie Kipancho – powiedział cicho. – Nie uciekłem. Nie było powodu.

– Znalazłby się – rycerz zniżył głos. – Niektórzy boją się przebywać w moim towarzystwie, bo uważają, że postradałem zmysły i zagrażam otoczeniu. Inni sądzą, że otoczenie zagraża mnie, a przy okazji i tym, co jadą obok i śpią za blisko. Trochę racji w tym jest. Bywało, że ostrzeliwano nas z daleka, a i napad na biwak się przydarzył. Parę postronnych osób ucierpiało, więc nie mam pretensji. Do niej przyszedłeś?

Debren zerknął na szerokie małżeńskie łoże przykryte przybrudzoną pierzyną. Noc była chłodna, a na domiar złego szalały komary. Pewnie dlatego spod pierzyny wystawał tylko czubek jasnej czupryny z jednej i przybrudzona bosa stopa z drugiej strony. Pokręcił głową nie bez pewnego żalu. Wiedział, że wyżej jest zgrabna noga, biodra, piersi i cała reszta, składająca się na młodą jeszcze, ponętną kobietę.

– Do tej – wskazał mniejsze łóżko.

Kipancho usiadł na brzegu okutej skrzyni, pewnie z bielizną. Siadając, starał się nie chrzęścić zbroją.

– To jeszcze dziecko – powiedział bardziej ze zdziwieniem niż z wyrzutem. – Chyba nie…

– Nie – uśmiechnął się Debren. – W większości cywilizowanych krajów za dorosłą uważa się pannę trzynastoletnią, a na Południu, gdzie wszystko szybciej dojrzewa, dwunastolatkę. Handlować ciałem mogą dziesięciolatki za zgodą opiekuna i przy pewnych ograniczeniach. W zamtuzach, na poły oficjalnie, bez robienia skandalu, oferuje się dziewczęta od ósmego roku życia. To karalne, ale niewysoko. Ja jednak, panie Kipancho, mam na te sprawy trochę wypaczony pogląd. Kobiety poniżej dwudziestki uważam za dziewczęta. A z dziewczętami do łóżka nie chodzę.

– Cóż, każdy z nas ułomny jest – stwierdził z powagą rycerz. – Każdy ma swoje słabostki i dziwactwa, osobliwie na tym polu. – Rozejrzał się po ciasnym, zagraconym wnętrzu. – Dzięki za zaufanie. Możesz być pewien, że cię przy winie obmawiał przed ludźmi nie będę.

– Wiem.

– A co do dziewki, to masz rację. – Obaj patrzyli przez chwilę na przykrytą po szyję, oddychającą trochę chrapliwie dziewczynkę, śpiącą na mniejszym łóżku. – Jak ją wczoraj znosiłem na plecach z dachu, to jednej miękkiej krągłości nie wyczułem. Dziecko to jeszcze. Widać, że na piękną niewiastę wyrośnie, ale póki co… Z myślą o przyszłości tu siedzisz?

– Hę?

– Ja moją Dulnessę też niewiele starszą po raz pierwszy ujrzałem. Też chude to było, kanciaste. Ale już wtedy ślub złożyłem, że tylko ją, do końca życia… Bo mi serce z wrażenia zamarło. A takie dziewczęta, na widok których serce człowiekowi w piersiach zamiera, zwykle szybko mężów znajdują. Więc, choć się kompani śmiali, smarkuli wierność i stałość uczuć obiecałem, by sobie kolejkę zaklepać. W rycerskim stanie jest to przyjęta metoda, choć dość rzadko stosowana. Bo wiesz, w młodym rycerzu i krew młoda, gorąca, a słowo to słowo, trzyma mocniej od łańcucha. Alem nie myślał, że wśród czarodziejów tak się żony zdobywa.

– Nie myślałem o żeniaczce.

– No tak, u was… hmm… swobodniejsze obyczaje. Rzec chciałem: kochanki.

– Kipancho, ona jest chora. Dlatego tu siedzę.

– Chora?

– Ma gorączkę, dreszcze. Czekam, aż się obudzi. Chciałbym coś sprawdzić.

Kipancho przyglądał się śpiącej, marszcząc brwi i wysokie czoło. Sposępniał.

– Myślisz, że to czary? – Debren zamrugał, posłał mu zdziwione spojrzenie. – On jest zdolny do każdej podłości.

– On?

– Czwororęki Mag z Saddamanki. Ten, który wiatraki w posłuszne sobie bestie zmienia, a na ludzi urok rzuca. Najgorszy wróg Wolnego Świata.

– Myślałem, że najgorszy jest sułtan Wezyratu – mruknął Debren. – A niektórzy mówią, że inflacja. Albo…

– Nie, mistrzu. Sułtan Oleyman IV i jego hordy to tylko zdolny wódz i sprawna, głodna sukcesu armia. Jeszcze jedna, która zwaliła się na nasz nieszczęsny kontynent ze stepów i gór Zapadniki. Już za Starego Cesarstwa, ba, dużo wcześniej, wypluwał ów ląd dziki i ogromny plemiona jeszcze dziksze, naszej krwi i złota żądne. Ale Viplan i zawsze potrafił się wybronić. I teraz też się wybroni, bo ci u nas nie brak ani dowódców łebskich, ani knechtów i jezdnych, gotowych choćby z diabłem się rąbać. A wiesz dlaczego? – Debren zaprzeczył gestem. – Bo żyjemy w raju. W pępku świata.

– My, to znaczy…?

– Ci wszyscy, co żyją wśród lasów, łąk zielonych. Co po wodę do własnej studni chodzą, a rzekę czy strumień przez okna widzą. Viplańczycy. Mieszkańcy kontynentu, na którym jest dużo wody i równie dużo życia.