– Podobno w Irbii z wodą i zielenią krucho bywa.
– Prawda to. I może dlatego to mnie właśnie Bóg wybrał, bym niósł ludziom prawdę. Bo to w mojej ojczyźnie, jak nigdzie indziej w machrusańskim świecie, widać, jak brak wody ziemię piękną i urodzajną w pustynię zmienia. Ani w Illenie, ani w Bootalyi tego nie zobaczysz, co u nas przy lecie cieplejszym. Jaja się smażą, nim je kura złożyć zdąży, a rzeki nawet ćwierci wody normalnej nie toczą. Istna Yougonia.
– Hmm, no tak… Ale co ma do tego Mag z Saddamanki?
– Jeszcze nie rozumiesz? To powiedz, z czym ci się kojarzy Temmo i jego psia religia? Nie myśl, mów. Szybko.
– No… wielbłąd, szabla… harem… słońce na sztandarach i wieżach świątyń… upał, piaski, pustynie…
– Właśnie, Debren. Pustynie. Od nich należało zacząć. Temmozanie to dzieci pustyń. Z nich czerpią swą siłę, swą wściekłą nienawiść do jedynej prawdziwej wiary, swą pogardę śmierci, która tak strasznymi w boju ich czyni. Nigdy nie wygraliśmy z nimi wojny wśród piasków. Nigdy. Zwyciężaliśmy w bitwach i kampaniach, ale w końcu oni zawsze byli górą.
– Rycerze kołowi przez kilka wieków w Ziemi Pańskiej się trzymali. Jeszcze dzisiaj pojedyncze twierdze…
– Bo grób Machrusa tam jest, a Pazrel i przymorska część Bliskiego Zachodu to mimo wszystko nie pustynia. I kupa luda zawsze chadzała, by koło w świętej rzece Jond obmyć. Ale to już historia. Dziś nikt do wyprawy kołomyjnej nawet nie nawołuje.
– Może i lepiej, że nie. Jak sam zauważyłeś, w rzyć zawsze nasi brali, ledwie z lasów i łąk zielonych między piaski wyszli. Czytałem, że i ty…
– To, co czytałeś, to bajania poety, co z grodu nosa nie wytknął i nie ma pojęcia, jak wojna z poganami wygląda. Ja się z tymi psami trzy lata biłem. A potem w łeb od Czterorękiego dostałem i przez następne cztery lata w niewoli kołowrót przy studni obracałem. W oazie, w północnej Yougonii. Ci, co ze mną kręcili, w większości powymierali. Mnie się udało. A studnia, wystaw to sobie, wyschła. I to mi dało do myślenia.
– Znaleźliście analogię między północnoyougońską studnią a depholskim wiatrakiem?
– Łatwo ją znaleźć. Jedno i drugie urządzenie wodę czerpie, jedno i drugie czworo ramion posiada. Pogańscy dozorcy mówili, że w takich skrzyżowanych belkach duch starożytnego czarodzieja ichniego siedzi, wielce potężnego, co dawno temu, jeszcze nim Temmo swą naukę głosić zaczął, obiecał całą wodę ziemi wyrwać. Choćby kryła się milę pod piachem i skałą. A Czwororęki Mag z Saddamanki kontynuuje dzieło tego zbrodniczego czarnoksiężnika. Wodę ziemi chce zabierać. Naszej ziemi. By w pustynię ją obrócić i temmozanom oddać.
– Dlatego wiatraki niszczysz?
– Wiem, co powiesz – uśmiechnął się ze smutkiem Kipancho. – Że tu Dephol jest, kraina, która płacze nie od braku, a od nadmiaru wody. Prawda. Ale jak w końcu z owej oazy uciekliśmy, tośmy się przez parę niedziel wielbłądami przez najstraszliwszą pustynię świata wlekli. Suchar się nazywa i ogromna jest, od całego Viplanu rozleglejsza, chyba że Sovro doliczyć. I pośrodku tej pustyni wiesz, co widziałem? – Debren potrząsnął przecząco głową. – Muszle, mistrzu. Wielgachne, w skałach odciśnięte. I rybie ości, też w kamień obrócone. Z dużych ryb. Morskich, nie żadnych tam rzecznych czy jeziornych. A wiesz, co to znaczy?
– Domyślam się – mruknął czarodziej. Machnął dłonią, odganiając komara znad pokrytego śladami ukłuć czoła dziewczynki.
– I dobrze się domyślasz. Morze tam było. Wielkie, bo i doliny wielkich rzek wśród skał i wydm po dziś dzień widać, co do morza uchodziły. Piękny kraj to był. Na skałach widziałem starożytne malunki sprzed wieków, może tysiącleci nawet. Drzewa na nich były, myśliwych tłumy i zwierzęta. Zdziwiłbyś się, jakie bogactwo zwierząt. Niektóre takie, jakie w Viplanie żyją, ale też inne, dziwaczne. A na żadnym malunku nie było ani wielbłąda, ani tych pogańskich psów z zakrzywionymi mieczami i w zawojach na łbach. Wniosek prosty jest, Debren. Świat lasów i łąk daleko, daleko na południe sięgał. Aż przyszli temmozanie, bożka Hala wyznawcy, i znikły lasy, znikły łąki. Morze znikło. Słyszysz, Debren? Morze!
– Słyszę. Ale…
– Nie ma żadnego „ale”, Debren. Widziałeś kiedyś atlas, zbiór map świata? Kształcony jesteś, toś pewnie widział. Przypomnij sobie więc, jak wygląda. Pośrodku Viplan leży, zielony, piękny. Na zachodzie Zapadnika. Górą gdzie Sovro się ciągnie, szarawo jest, sinawo, ale też zielono. To puszcza śniegowa, tajgą zwana. Paskudny, zimny las, ale przecież las. A w tym lesie Sovrojcy, dzikusy i grubianie, lecz Machrusa sławiący, choć znak koła w lewo czyniący. A teraz na południe Zapadniki spójrz. Brązowo od gór, trochę zieleni i żółć piasku. Środkowy Zachód. I Daleki. Kraje dziwnych ludów, co oczy mają krzywe i skórę żółtą. Z nich się Kummonowie wywodzą, co rok w rok Lelonię, Sovro i Żmutawil łupią i do słońca się modlą. Ale najpaskudniej wygląda w dole mapy, za Międzymorzem. Yougonia i Bliski Zachód. Piasek, piasek, po trzykroć piasek. I hordy żądnych krwi temmozan. Byli już w Irbii, doszli aż do południowego Marimalu. Całe pokolenia wypierały ich, krok po kroku, ku cieśninie Kariatydy i Yougonii. Prawie skończyliśmy oczyszczanie ojczyzny. No to wleźli na ziemię Bikopuliss, od zachodu na kontynent się wlali. Ośmiogród zagrożony, Smoyeed do obrony się szykuje, nawet w Lelonii na południe się oglądają i psioczą na władze, że smoka, co grodu stołecznego strzegł, do zguby przywiodły. A teraz by się przydał na pogan. Nie, Debren, nie ku dobremu świat zmierza. Grozi nam zagłada. Całej cywilizacji wschodniej.
– Z powodu wiatraków?
– One wodę wysysają, moczary suszą. I morze w ląd zamieniają. Wiem, że powoli. Nie jestem dureń, rachować trochę potrafię, i to nawet bez palców. Zdaję sobie sprawę, że za mego, a i tej dziewki życia nie zmieni się Viplan w pustynię do Suchara podobną. Alem widział w Irbii wsie wyludnione nie przez wojnę czy zarazę, a przez pola wyschnięte. Chude bydło widziałem, pszenicę, co na łokieć jeno wyrosła. A bez ludzi i plonów nie ma złota na wojsko. Kraj idzie w ruinę, a potem w obcą niewolę. Pomyśclass="underline" już teraz trudno nam Viplanu bronić. Co będzie, jak choć o jedną ćwierć produkcja rolna spadnie? A to nic wszystko jeszcze. Suchy Dephol wyssie wodę skąd? Z Nirhy. A Nirha to królowa rzek Wehrlenu. Więc w Rzeszy Wehrleńskiej susza nastanie i kryzys gospodarczy. A wiesz, jacy są Wehrleńczycy i jak swoje kryzysy rozwiązują. Machiny zamiast masła i przeć, przeć po trupach sąsiadów. Jak się nie da na zachód i południe, to choćby na wschód. Już to przerabialiśmy.
– Kipancho, to, co mówisz, cholernie logiczne jest do pewnego momentu. Ale założenia, z jakich wychodzisz…
– Widziałem muszle i ryby pośrodku pustyni. Bóg mnie przez Suchar przeprowadził, mnie jednego. I chyba nie po to Dulnessę odebrał, by zakpić, prawda? Chyba miał jakiś plan, kiedy nas rozdzielał? Czemuś to przecież służyło, do cholery!
– Ciszej, bo małą obudzisz. Kipancho, jeśli o Boga chodzi… Lepiej nie dyskutujmy o Bogu.
Rycerz wpatrywał się w ścianę z surowych desek. Próbował milczeć. Ale nie mógł.
– Debren, ja mam prawie pięćdziesiąt lat. Kopii krótszych używam, bo w tych pełnowymiarowych grot mi się z proporcem mylił. Jak sikać w krzaki idę, to konia uwiązuję, żeby się nie znudził i nie poszedł, bo tak długo to trwa. Ale jej twarz ciągle widzę, wystarczy powieki opuścić. I zbroja za ciasna się na mnie robi. Wiesz, co mam na myśli.
– Chyba wiem. – Debren zastanawiał się dość długo, jak i czy w ogóle zadać to pytanie. Nie był duszystą, nie potrafił przewidywać ludzkich reakcji. – Kipancho, dlaczego ty i ona… dlaczego nie jesteście razem?