Выбрать главу

Rycerz też pomyślał trochę, nim przemówił.

– Jak ruszałem na południe, Dulnessa miała dwanaście lat. Według naszych kryteriów, jak słusznie zauważyłeś, była już właściwie dorosła. Mogła iść za mąż, choć kochający rodzice nie puszczają z domu córki, co jeszcze rosnąć nie skończyła. Teraz zacznij rachować. Trzy lata wojny. Jak miecz z młotem Maga z Saddamanki skrzyżowałem, dziewczyna piętnaste urodziny obchodziła. Po czternastych konterfekt mi przysłała. Mały obrazek był, alem wtedy wzrok miał lepszy i dostrzegłem, że chudzina, co mnie żegnała, cycasta i biodrzasta już jest. W piętnastym roku panna z dobrego domu wyprawę kończy wyszywać i kufry pakuje, bo czas to na zamążpójście najlepszy. Ale ona narzeczonego miała, więc nie rwała się przed ołtarz. A potem wieść przyszła, że narzeczony z całą chorągwią w piaskach Yougonii zaginął. Więc czekała. Rok, drugi… Rodzice sarkali. Bo panna, jak przed osiemnastym rokiem wianka nie zrzuci, do klasztoru zwykle idzie. Ludzie zaczynają taką z daleka omijać. Mówi się: z posagiem coś pewnie nie tak albo chora jest, albo wredna z charakteru, albo nawet babofilka, tfu. No bo jakiś defekt musi przecie mieć, skoro w staropanieństwie usycha. No więc przyszedł ten osiemnasty rok. Moja Dulnessa żałobę po mnie zdjęła. Jeszcze u wróżbitów za ciężkie dublony ratunku szukała, jeszcze co dzień do kościoła biegała, po trzy klepsydry na dobę się modląc, ale w końcu na duchu upadła. Mówi się, że na wieżę się pięła, by skoczyć i umrzeć jak jej ukochany… w tej księdze o mnie tak jest napisane… ale ją na schodach wojak jeden, rezerwista z cechu złotników, zdybał, co z innymi cechowymi coroczne szkolenie zaliczał. No i, słowo po słowie, zgadali się, potem polubili, a na koniec do ołtarza poszli. Jak wróciłem, to już z brzuchem chodziła. Chciałem złotniczego synalka z miejsca ubić, bo mi się kurwim widział, ale szlachcicem nie był, więc nim moi juryści umyślili, jak ów problem obejść, bo pojedynek w grę nie wchodził, trochę mi wściekłość przeszła. I na Dulnessę, i na niego. Bo przecie życie jej ocalił na tej wieży. A jest mocno w rycerskiej tradycji zakorzenione, że panna za bohatera za mąż idzie, jak ją od śmierci wybawi. Honoru by nie miała, jakby nie poszła. A ja tę dziewuszkę i za to kocham, że nie tylko lico, ale i duszę ma piękną.

Debren żałował, że pytał. Dałby wiele za zaklęcie odwracające bieg czasu. Ale takiego, mimo wielowiekowych wysiłków licznych kapłanów i magów, nikt dotąd nie zdołał opracować. Błędy pozostawały błędami jak w pradawnych czasach opisanych w Księdze Świętej, gdy ludzie byli jaroszami, żyli w raju i nie potrafili wyczarować nawet królika z czapki.

– Nic nie dało się zrobić? – bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Tylko czekać i modlić się. O to, by w sercu Dulnessy nie wypaliło się dawne uczucie. I o zwyżkę cen złota.

– To bardzo szlachetne, żeś jej dobrobytu życzył, choć przy boku innego żyła.

– No… tak po prawdzie… Widzisz, u nas, jak Coloman Vensuelli dla Korony Nowy Świat odkrył i kruszców drogich przybyło, to się i napady na składy złotnicze modne i popłatne zrobiły. Ponoć na stu jubilerów i stu rycerzy tych pierwszych więcej dzisiaj od miecza, bełtu czy maczugi ginie. A im mocniej złoto drożeje, tym niebezpieczniejsza staje się ta profesja. Boga o krzywdę, choćby i dla wroga, prosić nie wypada, ale o wzrost notowań kruszców na giełdzie w Tamburku czy Żuli to już chyba wolno, nie sądzisz? Ostatecznie potęga mojej ojczyzny na tym się głównie opiera. Na drogim złocie i srebrze.

– Hmm… No cóż.

– Pogan też bijałem, by zasług sobie w niebie narobić. Potem tani w ubijaniu poganie się skończyli. Ci, co jeszcze na południu Irbii się trzymają, po twierdzach siedzą; bez wielkich nakładów na oblężenie ani ich ruszysz. A za Międzymorze, czy to do Wezyratu, czy do sułtanatów północnej Yougonii, nikt dziś pływać nie chce. Raz, że linie żeglugowe na ocean się przerzuciły, bo to tam teraz duże pieniądze są, a dwa, że kołomyje przeżytkiem ogłoszono. Nikt już grobu machrusowego nie chce z rąk temmozan odbijać, w Jondzie koni poić. Sam bym musiał chyba statek czarterować, a na to błędnego rycerza nie stać, nawet takiego, co by chciał na boku dorabiać, po gościńcach łupiąc. Więc się na potwory, czarownice i smoki przerzuciłem. Żeby z wprawy nie wyjść, sławę podtrzymać, a przez to i pamięć mojej lubej, no i jakoś na życie zarobić.

– W książce o tobie nic o smokach i wiedźmach nie pisali.

– Bo i wielkiej kariery jako ich ubijacz nie zrobiłem. Czarownice chytre są; wytropić taką to ho, ho… Doświadczonego draba śledczego do tego trzeba albo funkcjonariusza UOT-u, uotra znaczy. A jak już w końcu babę taką dopadłem, to nie dość, że iluzją do Dulnessy Romez się upodobniła, miecz mi z ręki tym sposobem wytrącając, ale jeszcze kumom swoim patent ów sprzedała. A co do smoków, to ci rzeknę, że tylko najpodlejsze spośród nich przechery i kombinatory okres heroiczny przeżyły, kiedy to nikt rycerskiego pasa nie dostawał, jeśli w polowaniu na gadzinę nie uczestniczył i, choćby zbiorowo, paru zębów, łusek i pazurów nie zdobył. To jak z wojną, Debren. Z każdej armii, jak żółtodziobów wybiją w pierwszych bitwach, to jądro zahartowane zostaje, wiara bliznami pokryta, którą niełatwo już zatłuc. Dziś smok albo w puszczy się chowa, albo opancerzony chodzi jak wieża oblężnicza, albo ogniem strzyka dalej i celniej niż Bobin Czapa strzałę posyła, albo wreszcie, jak go dopadniesz, pazurem tabliczki pokazuje wokół jaskini ustawione, na których jakieś lokalne książątko pisze, że bestia prawnie chroniona jest i naskoczyć jej można. Nie, Debren. Na łowiectwie smoczym kariery dzisiaj zrobić się nie da, a i doczekanie się wdowieństwa Dulnessy wielce jest wątpliwe.

– Więc zabijasz wiatraki.

– Ano zabijam. I coraz silniej utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze robię. Na początku, w Irbii, gdzie mało ich jest i zboże głównie mielą, miewałem poważne wątpliwości. Bo też Czwororęki mocny był wtedy i bliżej miał z domu, a ponoć siła czaru w proporcji do odległości pozostaje. Mnóstwo ludzi otumanił. Cech młynarzy wojnę mi nawet wypowiedział, najpierw handlową, a potem prawdziwą. Gubernatorzy królewscy pachołków za mną słali, nawet z Inkwizycji przyszło wezwanie, bym się na przesłuchanie stawił. Z workiem małym na zęby, palce i insze części w śledztwie odjęte i dużym, na ciało, gdyby kat robotę spaprał. Ale w końcu ludzie przejrzeli na oczy. Sekretarz Rady Królewskiej do Spraw Rolnictwa wstawił się za mną, ten sam, co rzekę Gat regulować zaczął i wodne młynarstwo silnie lansował. Musiałeś słyszeć o owej inwestycji, wielkie to dzieło było.

– A, tak. Splajtowało ponoć.

– Bo wiatraki wodę z Półwyspu Irbijskiego wyssały i w rzekach jej teraz brakuje. Nieważne. W każdym razie infamię ze mnie zdjęto, w kronikach opisywano jako gromiciela wstecznictwa i światłego wizjonera. Słyszałeś o sławnej Zelgan Lelicji? To ze mną pierwszy wywiad przeprowadziła, ja ją na szczyty relacjonatorstwa pchnąłem. A potem ów poemat prozą powstał, Pan Kipancho, co go ponoć lekturą obowiązkową chcą uczynić w szkołach rycerskich i, nie wiedzieć czemu, medycznych. Jak do Depholu przyjechałem, to nawet zarabiać po raz pierwszy na swej profesji zacząłem. Sponsorzy się znaleźli. Porządni, anonimowi, nie żadni szalbierze, co na wamsie i kropierzu herby swoje każą rycerzowi malować, by część chwały na nich spłynęła.

– Kipancho, anonimowi sponsorzy zazwyczaj nie przez skromność kryją swe twarze. Nader często paskudne intencje im przyświecają.

– Nie tym. A gdyby nawet, to cóż z tego? Diabelskie intencje Bóg w dobro obraca. Ja Bogu służę i Machrusowi. I patrząc wstecz, widzę, że powierzyli mi tę misję, że dlatego przeżyłem. Z dala od Dulnessy – dodał ciszej.