Выбрать главу

– Musimy pomówić – zwrócił się nie wiadomo do kogo Def Groot.

– Najpierw coś przetłumaczysz – powiedział chłodno Debren.

– Po co? – uśmiechnął się krzywo duszysta. – Żeby ta chłopka dłużej beczała? Po co stwierdzać, że to malaria, skoro nie da się wyleczyć malarii?

– Widzę, że już wiesz, co trzeba tłumaczyć. – Debren zerknął ku drzwiom. – Kto by pomyślał, że tak daleko głos niesie. To pewnie przez tę mgłę.

– Podsłuchiwałem – wyznał bez skrępowania duszysta.

– Sansa? – rycerz posłał giermkowi spojrzenie naznaczone bolesnym zdziwieniem.

– Ja tylko pomagałem podsłuchiwać – oświadczył z godnością Sansa. – A przedtem przeszukiwać sakwę mistrza Debrena.

– Co?!

– Spokojnie, panie Kipancho – rzucił przez zęby magun. – Odłóżmy to chwilowo. Def Groot, zanim zaczniesz się tłumaczyć z tych uotrowskich manier, zadbaj o okoliczności łagodzące i wyjaśnij swym rodaczkom, na czym polega zabieg. I dodaj, że jeśli to malaria, być może potrafię pomóc dziewczynce.

Def Groot, jak na przedstawiciela dziwacznej profesji przystało, zadziwił wszystkich, wygłaszając po depholsku dłuższy wywód dość obojętnym, ale raczej łagodnym tonem. Odpowiedział też, jeszcze uprzejmiej, na dwa nieśmiałe pytania gospodyni. Chyba nie przeinaczył treści, bo w jasnych oczach kobiety zalśniły iskierki nadziei. A dziewczynka, patrząc na Debrena, cofnęła się pod ścianę.

– Boi się – przetłumaczył wyjaśnienia matki Def Groot. – Pyta, czy Debren to wampir.

– Dobre pytanie – mruknął Sansa, przekładając pochodnię z ręki do ręki.

Targi między matką a córką trwały jakiś czas. Debren wiedział, że wielkich sukcesów nie przyniosą. Bały się obie. Gospodyni trochę mniej, ale strachu było w niej i tak więcej niż nadziei. Mała zaczęła płakać.

– Wystarczy kropla, tak? – zapytał nagle Kipancho. Sięgnął po sztylet i zanim ktokolwiek zareagował, ukłuł ostrzem wierzch dłoni. – Widzisz, maleńka? To nie boli. Debren, sypnij tym… no, tym do sypania.

Debren, zdziwiony, wyjął z kieszeni zawinięty w papierek pokazywacz zimniczny i igłę zabezpieczoną korkiem. Def Groot powiedział coś do dziewczynki.

– Daj igłę matce – zwrócił się do maguna. – I jak się chcesz tak cackać, najpierw sypnij Kipanchowi. To je przekona.

Proszku było sporo, a przeczucie mówiło Debrenowi, że oszczędzanie nie ma sensu. Gep i Def Groot w jednym mieli rację: bez leku test był tylko kosztownym środkiem do wcześniejszego zabijania nadziei.

Podzielił porcję na pół i wtarł proszek najpierw w plamkę krwi na wielkim łapsku rycerza, a następnie w nakłute przedramię dziewczynki. Dopiero teraz, przy otwartych drzwiach i czerwonym blasku wschodzącego słońca, miał okazję zajrzeć jej w oczy. Były błękitne z lekkim różowym nalotem, pewnie od tego dziwnego, rozmytego w mgiełce światła poranka.

Dokładnie takie same jak kwiatki w stojącym obok dzbanuszku.

– Powiedz matce, że trzeba poczekać parę pacierzy. Potem zobaczymy, czy plamka zmieni kolor. – Def Groot przełożył. – Wyjdźmy, panowie. Niech się pomodli w spokoju. Ma o co.

Na zewnątrz było zimno i mokro. Wiatrak stał na wzniesieniu, ale błoto wpełzło nawet tu. Siwek Kipancha skubał liście z drzewa. To, co jeszcze wczoraj służyło mu za pastwisko, dziś przypominało gęsto zarośnięty staw.

– Powinniśmy pogadać na osobności.

Def Groot nie zdążył odnieść się do propozycji. Kipancho był szybszy.

– Nie, Debren. Wszyscy bierzecie moje pieniądze. Mam prawo wiedzieć, co tu się dzieje. Kto nie czuje się na siłach mówić szczerze, niech ograniczy się do dwóch słów: „Żegnaj, Kipancho”. A teraz po kolei. Czego szukałeś w torbie Debrena? I jakim prawem?

Duszysta wahał się tylko chwilę.

– Nie pracuję dla Urzędu Ochrony Tronu, jeśli to chcecie wiedzieć. Formalnie prawa żadnego nie miałem. Za to przeczuć parę. Poprosiłem Sansę, by pomógł mi sprawdzić, co za czarodziej nam się do pomocy trafił. Pokaż, Sansa, cośmy znaleźli.

Stali obok stołu na słodycze, teraz pustego. Giermek bez słowa rzucił na blat mały woreczek z pieczątką apteki i złożony we czworo papier.

– Co to jest? – zapytał cicho Kipancho.

– Trucizna – wyjaśnił Def Groot. Po czym rozłożył kartkę. Na kartce widniał odcisk dłoni. – A to chyba znasz.

– Znak buntowników – mruknął rycerz. – Za takie coś… Debren, możesz to wytłumaczyć?

Magun nie spieszył się ze składaniem wyjaśnień. Patrzył na rozmazane mgłą kontury zagajnika.

– Ktoś nas obserwuje. Magią się wspomaga, bo mgła.

– Ależ żałosny wybieg – pokręcił głową Def Groot. – Myślałem, że stać cię na więcej.

– Ja też. Podrzucanie kartek do worków, które całą noc leżą z dala od właściciela, za to tuż obok posłania podrzucającego? Chyba naprawdę żaden z ciebie uotr.

– Powiedz jeszcze, żeś nigdy nie widział czegoś takiego.

Debren zaśmiał się i wyjął z zanadrza złożoną w ćwierć kartkę papieru. Rozprostował ją i położył na stole obok pergaminu rzuconego na blat przez Sansę.

– Mógłbym. Moja jest lewa. – Uśmiechnął się z przekąsem, widząc osłupienie rudzielca. – Skąd ta zdziwiona mina, mistrzu? Cóż nadzwyczajnego widzisz w fakcie, że zbrodniczy truciciel i buntownik przygotowany jest do więcej niż jednej dywersji?

– Skąd ją wziąłeś? – Def Groot, jak ktoś nie ufający własnym oczom, dotknął papieru z odbiciem lewej dłoni.

– Godne uwagi – powiedział Debren. – Twoją ciekawość budzi ta jedna kartka.

– Skąd ją wziąłeś? – powtórzył duszysta, czerwieniąc się mimowolnie. Zdawał sobie sprawę, że popełnił błąd.

– Lewą rękę i truciznę dali mi niejaki Gep i niejaki Miazga. – W kilku zdaniach magun streścił rozmowę przeprowadzoną „Pod Złotym Bażantem”. Po czym uśmiechnął się dość nieładnie. – Papier zachowałem na pamiątkę, a zawartości woreczka nie wysypałem do rowu z bardziej poważnego powodu. Otóż, w przeciwieństwie do mistrza duszysty, nie potrafię od jednego rzutu oka i jednego pociągnięcia nosem stwierdzić, co jest w tej sakiewce. Może tylko magiczny środek, po którego zażyciu krwiożerczy rębajło zamieni się w pacyfistę i samarytanina, ale może jakieś cholernie silne paskudztwo do trucia smoków. Kiedyś pod Starohuckiem, lelońskim grodem stołecznym, szewc jeden, bardziej ambitny niż mądry czy odważny, smoka tamtejszego Wawelkę taką bronią chemiczną chciał uśmiercić. Srebro na skóry przepił, jak to szewc, więc wydumał sobie, że ze smoczych buty szyć będzie. Zdobył gdzieś specyfik z opóźnieniem działający, owcę nim napoił i przy grocie w zaroślach nadrzecznych się zasadził. Ale smok był już stary, węchu dawnego nie miał, więc nim się go doczekali, owcę w brzuchu piec zaczęło. Wyrwała się, pognała pić do Stulwi i tak żłopała, że się utopiła i z wodą popłynęła. I wystawcie sobie, waćpanowie: rzekę, co z racji wielkości słusznie królową rzek lelońskich się mieni, na przestrzeni dwustu mil zatruła. Jeszcze za Lejczomierzem ryby brzuchami do góry wypływały albo ogłupiałe biły łbami w łodzie rybackie i na brzeg wypełzały. W epoce rozdrobnienia dzielnicowego rzecz się działa, więc incydent międzypaństwowy z tego wyniknął i półroczna wojna Starohucka z Lejczomierzem, Wniosek z tej historii płynie, by z nieznaną trutką ostrożnie sobie poczynać. Zwłaszcza jeśli pochodzi od gołowąsów, co głowy gorące mają i nieco puste.