– Zamierzałeś słowa dotrzymać? – zapytał bez złości Kipancho. – Na wszystkie świętości przysięgałeś. Pod mieczem, ale jednak.
– Debren to człowiek honoru – rzucił szyderczo Def Groot. – Znam się na ludziach, z tego żyję. On słowa dotrzymuje.
– Z tymi pod przymusem danymi różnie może być – magun mówił trochę roztargnionym tonem, zajęty skanowaniem. – Ale owszem, zamierzałem dotrzymać słowa. Z ludźmi, którzy nie są jurystami, staram się postępować honorowo. A ci dwaj nie są. Nie potrafią ani sformułować umowy tak, by człeka w kozi róg zapędzić, ani nie patrzą na ręce jak każdy oszust, co w drugim też oszusta zawsze widzi.
– Przyznaję, że nie rozumiem – westchnął Kipancho. – To chcesz mnie ubić czy nie?
– Zabić legendę? Najbardziej błędnego z błędnych rycerzy? Chyba do reszty zgłupiałeś, Kipancho. – Debren sięgnął za pazuchę, wyjął pięść zaciśniętą na związanej rzemykiem sakiewce. Potem wziął woreczek z trucizną w drugą rękę. Ból i opatrunek nie pozwalały na skrycie go w dłoni tak dokładnie jak tego z zanadrza, ale przy odpowiednim ustawieniu palców wszystko poza przewiązaną rzemykiem czupryną sakiewki ginęło sprzed oczu patrzących. – Tę włożyłem, tę wyjąłem, gdy obiecywałem uczynić wszystko, co w mej mocy, byś zjadł zawartość. Już sama konstrukcja pozwala na duże krętactwo, bo co to znaczy: „Wszystko, co w mej mocy”? Mogę cię na przykład zaatakować z łyżeczką, jak niania dziecko, i z całych sił próbować nakarmić. Efekt takich zapasów łatwo przewidzieć. Ale mniejsza o wybiegi interpretacyjne. Brzydzę się wyprowadzaniem ludzi w pole. Uznałem, że najprościej będzie nakarmić cię zawartością tego woreczka. Jest mój, wiem, co zawiera.
– A co zawiera? – zainteresował się Sansa.
– Eksperymentalny lek przeciw malarii. Eksperymentalność nie polega na tym, że jest ryzykowny w stosowaniu i komukolwiek zaszkodził. Po prostu nie dopuszczono go do obrotu handlowego.
– Dlaczego?
– Ciekawość zabija, Sansa. – Debren zerknął na Def Groota. – Powiem ci tylko, że ten, co miksturę sporządził, był poddanym króla anvaskiego, Wonstona Szerokiego. Nadmienię, że Anvash ostro konkuruje z Irbią i depholskimi osadnikami w Nowym Świecie, jak dotąd bez wielkich sukcesów. Wszystkie krainy obfitujące w złoto, srebro i miedzianoskórych pogan, których można zapędzać do kopalń i na pola, leżą na południu, w irbijskiej strefie wpływów. Jest tam gorąco i wilgotno, roi się od komarów i raz po raz wybuchają epidemie malarii, Na tych ogólnie dostępnych informacjach może poprzestańmy. Idź lepiej i przynieś z wozu hełm swego pana. Nie podoba mi się ten podglądacz.
– Pójdziesz go poszukać? – domyślił się Def Groot. – I znikniesz?
– Nie. Mam tu jeszcze sporo do zrobienia. A w czasie skanowania zauważyłem, że te ozdobne rozety na naramiennikach zbroi naszego pracodawcy to nie sama tylko ozdoba. Odchylacze strzał, co, Kipancho?
– Nie lubię podróżować w hełmie – uśmiechnął się rycerz. – Ale na turniejach je odkręcam, nie myśl sobie. Specjalnie zamówiłem zdejmowane, chociaż płatnerz nosem kręcił, marudził, że jakieś tam pole mu śruby zakłócają.
– Zdarza się, rzadko, ale jednak, że zręczny czarodziej odchylacz zaklęciem i specjalną strzałą na przyciągacz przerobi, który byle jak wypuszczony pocisk prosto na rycerza skieruje. Więc lepiej nie odsyłaj hełmu do lamusa. Czary czarami, a blacha blachą.
Sansa wbił pochodnię w błoto, potruchtał w stronę wozu.
– Taki eksperymentalny lek prohibit musi być diabelnie drogi – zauważył od niechcenia Def Groot. – Ciekawe, że wolisz go zmarnować, zamiast ratować honor poprzez atakowanie Kipancha z łyżeczką na wzór niani. Zwłaszcza że groszem nie śmierdzisz. Za tę porcję leku, zakładając nawet ryzyko, że nie podziała, dostałbyś tu, w Depholu… no, przynajmniej z sześćset talarów.
– Ile?! – rycerzowi opadła szczęka. – Groszy, chciałeś chyba powiedzieć! Sześćset talarów to… Za to wieś można kupić!
– Są tacy, co wsi mają na pęczki – wzruszył ramionami rudzielec. – A życie tylko jedno. I żonę jedną. I syna pierworodnego. A tu, jak kto malarię złapie, to w jednym albo dwóch przypadkach na dziesięć więcej z łoża nie wstanie.
– Machrusie… – Kipancho spoglądał oszołomiony to na Debrena, to na niepozorny woreczek odłożony na stół. – Naprawdę chciałeś…? A mówią, że to mnie się we łbie poprzesta wiało. Za dwa dukaty się tu z nami męczysz. Widzę, że wbrew sobie, że nie podoba ci się ta robota. A tu sześćset talarów leży! I ty je chcesz w błoto… Żeby dwójki gówniarzy, szantażystów i terrorystów antykrólewskich jurystycznymi sztuczkami w pole nie wyprowadzać. Nie rozumiem cię.
– Ja też cię nie rozumiem, Kipancho. I też za mocno rąbniętego uważam. Co nie zmienia faktu, że szacunkiem cię darzę i ufam w twój honor rycerski.
Kipancho przyłożył dłoń do tego kawałka pancerza, który okrywał serce. Skłonił się, chrzęszcząc blachami. A potem popatrzył na pobladłą twarz maguna i uniósł pytająco brwi.
– Co?
– Twoja ręka – wykrztusił Debren.
Przez chwilę wpatrywali się wszyscy w niebieski strup w miejscu, gdzie sztylet naciął skórę. Pierwszy otrząsnął się Kipancho.
– No cóż, zawsze wiedziałem, że mam błękitną krew.
Coś pacnęło w błoto. Sansa wypuścił z wrażenia kapalin swego pana.
– Dżuma i syfilis… – zaklął Debren. – Cholera. To malaria. Nie ma dwóch zdań. A niech to…
– Co cię tak martwi? – rzucił z przekąsem Def Groot. Trochę jednak pobladł. – Przynajmniej nie wyrzucisz w błoto sześciuset talarów. Gepard i Miazga medalem cię uhonorują za słowa dotrzymanie, a król Belfons drugim, za to, żeś chlubę irbijskiego rycerstwa uratował.
Debren nie odpowiedział. Nie zdążył. Z chatki wypadła gospodyni, zawołała coś łamiącym się głosem.
– Chyba nie muszę tłumaczyć – powiedział powoli Def Groot. – Zdaje się, że już wiesz. Nieszczęścia chodzą parami.
Wyszedł z chatki i stał przez chwilę w progu, wciągając w płuca chłodne, wilgotne od mgieł powietrze poranka. Było cicho. Bryza utonęła gdzieś w spowijającym zatopione pola oparze, ani jeden podmuch nie zaszeleścił w listowiu bzu i kaliny, w porastających podnóże wału trzcinach. Rzeka toczyła swe wezbrane wody nienaturalnie cicho, może nasycona triumfem, dumna z rozlania się na całe mile od głównego koryta. Wychylające się zza odległego jak na morzu horyzontu, lecz wciąż jeszcze nie wychylone słońce zalewało świat miękkim, różowym światłem. Debren patrzył na przemieszane z łopianem i skrzypem polne kwiatki, takie jak te, które przed chwilą odsuwał z taboretu przy łożu dziewczynki. Próbował odgadnąć ich kolor. Były ni to błękitne, ni to różowe. Jak oczy małej.
Trochę potrwało, nim usłyszał. Trudno usłyszeć coś, co nie jest dźwiękiem, a jego brakiem. Chyba pomógł mu Sansa, podchodząc do stołu i wyciągając z ziemi wbitą w nią pochodnię.
Miał bliżej, zdążył przegrodzić giermkowi drogę do wiatraka.
– Nie.
Sansa zatrzymał się z niewyraźną miną. Popatrzył za plecy Debrena. W stronę warzywnika i wychodka. I wału przeciwpowodziowego, ku któremu prowadziła rura wypływowa.
– Odsuń się – powiedział łagodnie nadchodzący od strony rzeki Kipancho. Miał na głowie kapalin, pokiereszowany grotami strzał w czasach, gdy zbroi nie uzupełniono magicznymi rozetami na naramiennikach. Śladów miecza czy topora nie dało się zauważyć. Dobry rycerz zbroję nosi na wszelki wypadek, ale broni się klingą swego miecza i tarczą.
– Nie.
– Potwór wyzionął ducha. – W głosie Def Groota nie było satysfakcji. – Ustał dopływ życiodajnego płynu do organów wewnętrznych.