– Mówiąc inaczej: zatkałeś rurę przy jej ujściu do rzeki.
– Zgadza się.
Debren, nie robiąc sobie większych nadziei, spojrzał na Kipancha. Miał rację, nie podsycając złudzeń.
– Człowieka dobija się mizerykordią – oświadczył rycerz. – Potwora można i tak. Nie cierpiał długo. Odgłosy funkcji życiowych ustały od razu.
– Jak wyjmę tę szmatę, czy co tam Def Groot wepchnął, to zaraz powrócą.
– Tak – zgodził się gładko Kipancho. – Potwory, raz ubite, ożywione być mogą. Mój wróg, Czteroręki Mag z Saddamanki, potrafi tego dokonać. Dlatego właśnie Sansa spali ciało już teraz, nie czekając na Vanringera.
– Nie spali – powiedział cicho Debren.
– Założysz się? – zapytał bez uśmiechu Def Groot.
– Założę się. O całą zapłatę, którą mi winni jesteście. – Debren przesunął się za skrzydło wiatraka, wyszarpnął różdżkę. – Przykro mi, Kipancho. Nie pozwolę puścić z dymem tego wiatraka. Choćby dlatego, że za jednym zamachem dom spalicie. A bez dachu nad głową mała nie przeżyje.
– Chcesz ze mną walczyć? – zdziwił się rycerz. – Zgłupiałeś?
– Z nami – sprostował Def Groot. – To podobno czarodziej. Na magika uderza się kupą, tu honorowe zasady nie obowiązują. Kto wie, może ten patyk, co nim Debren wywija, nie tylko do zadawania szyku i podbijania stawek służy? We trzech skoczymy. Bez zabijania, ale kupą.
– Dlaczego – Kipancho patrzył z wyrzutem spod okapu kapalina. – Dlaczego, Debren?
– Bo uważam, że nie masz racji. Że źle interpretujesz przepowiednie Damstruny. I mapy świata. Że nie pustynia ciągnie za temmozanami, tylko oni za pustynią, bo w przeciwieństwie do nas z nią żyć chcą i umieją i silni są wśród piasków. Bo nie wierzę w totalne wysuszenie Viplanu za pomocą wiatraków. Ani w bezinteresownych sponsorów twej kołomyi, co ją przeciw depholskim pompiarzom prowadzisz. Bo Def Groot nazwał przywódcę gerylasów Gepardem, choć ja w swej opowieści Gep o nim mówiłem. Bom zauważył, jaką goryczą napawa pana duszystę bierna postawa tutejszych chłopów, co zamiast za broń chwycić i niepodległość dla swoich klas wyższych wywalczyć, drugiego policzka po machrusańsku Irbii nadstawiają. Bo wiem, że jedną kartkę miałem, z lewą dłonią odbitą i wiem, że nie przypadkiem na tej drugiej prawą odciśnięto. Stara prawda głosi, że nie wie prawica, co czyni lewica. A lewica tutejszego ruchu oporu, żółtodzioby zapalczywe i pozbawione wyobraźni, dość mają przyglądania się, jak ludowi plony się zatapia i w nędzę spycha. Więc szantażuje bezmyślna lewica zielarza cudzoziemca co się w łaski pana Kipancho wkręcił, i każe mu rycerza jak smoka, smoczą trutką uraczyć. W naiwnym przekonaniu, że się od tego los mas ludowych polepszy, a masy z wdzięczności i w poczuciu siły za widły i grabie chwycą. Nie pojmują młokosy bez wyobraźni, że naród za broń chwyta jednomyślnie dopiero wtedy, gdy go do ostateczności doprowadzić. Jak połowa zboża na polach wygnije, a połowa dzieci i starców z głodu pozdycha. Nie mieści się w ciasnych, zasmarkanych łbach ta oczywista prawda. Że czasem, jak chcesz okupantowi i ciemięzcy w rzyć nakopać, to najpierw musisz parę razy boleśniej swoim przyłożyć. Nogą okupanta, ma się rozumieć. Gniew we właściwą stronę kierując.
Przyglądali mu się z trzech stron. Nie umiał odgadnąć ich myśli.
Bardzo długo nikt się nie odzywał.
– To twoja interpretacja – powiedział w końcu Kipancho. – Moja jest inna. Czy to powód, byśmy się bili?
– Większość wojen wybucha z powodu odmiennej interpretacji. Czy to linii granicznej, czy pojęcia Boga, czy słowa „sprawiedliwość”. Wszyscy ludzie na całym świecie uważają się za dobrych, moralnych i postępujących właściwie. I mordują. Z winy różnic interpretacyjnych.
Kipancho nie sięgnął po miecz. Debren stał z opuszczoną różdżką i próbował zrozumieć, co go powstrzymuje przed jej użyciem. Gdyby powalił rycerza rzuconym z zaskoczenia zaklęciem, zapewne poradziłby sobie z pozostałą dwójką.
– Któryś z nas ma rację – mruknął Kipancho. – Pozostaje pytanie, który.
– Znakomicie ujęty problem – pochwalił Def Groot. Nie wyglądał na głęboko wstrząśniętego, choć przynajmniej jedna z wersji mocno go pogrążała. Może nawet obie. W świecie Czwororękiego Maga z Saddamanki i podstępnych wiatraków, przerabiających Viplan na Północny Suchar, było mimo wszystko dość miejsca dla depholskich patriotów pragmatyków z opcji prawicowej. A Kipancho, pomijając ewidentny obłęd, zadziwiał logiką i umiejętnością poprawnego wnioskowania. To Def Groot powinien się bać, przynajmniej dymisji. Ale wyglądał bardziej na kogoś, kto właśnie opuścił konfesjonał, zwaliwszy z sumienia gniotący je ciężar. – Proponuję rzut monetą.
– Nie – pokręcił głową rycerz. – Jest lepszy sposób dochodzenia prawdy. Panie Debren, pozywam was na sąd boży.
Debren przełknął ślinę. Czegoś takiego nie oczekiwał. Poczuł, że tonie.
– Nie jestem pasowany…
– W takich sprawach to bez znaczenia. W oczach Stwórcy równi jesteśmy.
– Pozwany ma prawo wyboru broni – pochwalił się znajomością ceremoniału Sansa.
– Różdżki – zażartował ze smętnym uśmiechem Debren.
– Zgadzam się na każdy oręż, jaki wskażesz – oznajmił z powagą Kipancho. – Ale pamiętaj, że nie walczymy po to, by zaspokoić swą próżność czy żądzę krwi. Mamy ustalić, który z nas ma rację. Wierzę w Boga i wierzę, którą to wiarę nie wszyscy podzielają, że i magia jego jest dziełem. Sądzę, że racja po mej stronie stoi, a więc i łaska Stwórcy. Mogę bić się i z użyciem czarów. Tylko… bardzo proszę, nie bierz tego za sarkazm: skąd weźmiemy drugą różdżkę?
Sansa zarechotał ukradkiem. On jeden nie zastosował się do prośby i uznał słowa swego pana za dowcipny wybieg.
– No to chyba miecze – rozejrzał się bezradnie Debren, chowając różdżkę. – Bo kopią to, zdaje się, trzeba z konia?
– Mogę coś zasugerować? – zapytał Kipancho. Magun skinął głową. – Miecz Sansy jest krótszy i lżejszy od mojego, a ty swój, jak widzę, straciłeś…
– Ja… ja nie używam miecza. Nigdy nie miałem… A, nieważne. Na taki jak ten twój i tak nie miałbym siły w ręce. Niech będzie ten od Sansy.
– Nigdy nie miałeś miecza? – Kipancho zmarszczył brwi. – To i o szermierce pewnie pojęcie masz blade?
– Wspomogę się magią – wzruszył ramionami Debren. – Oczywiście wymierzoną do wewnątrz. Kondycjonującą, nie agresywną.
– Wiesz co? Wspomagaj się, jaką chcesz, ale bez różdżki. A ja za to będę walczył w zbroi. – Debren zawahał się, bo propozycja miała i plusy, i minusy. – No i najważniejsza sprawa. Byłbym wdzięczny, gdybyś jako oręż wybrał kije. Te tam trzonki od grabi i miotły będą w sam raz. Sansa, przytnij je, tak na trzy łokcie każdy. I zapłać gospodyni po dwadzieścia denarów od sztuki. Tu drewno jest drogie.
– Kije? – rzucił mu zaskoczone spojrzenie Def Groot. – Ty, rycerz światowej sławy, chcesz się zniżać do bijatyki na kije od mioteł?
– Nie podzielam opinii mistrza Debrena, ale rozumiem jego motywację. I szanuję. Nie ma powodu zabijać kogoś, kogo się szanuje, nie uważasz?
Debren skłonił się. Trochę sztywno.
– Dzięki. Ale jeśli kijami walczyć będziemy…
– Do pierwszego trafienia w korpus lub głowę – pospieszył z wyjaśnieniami Kipancho. – Uderzenie w kończynę… No, jak się trafi, to przerwiemy i powiem ci, na ile by to groźne było.
– Aha – Debren chrząknął. – Ale twoja zbroja… W takiej walce będzie ci tylko przeszkadzać.
– Mogę ją zdjąć. Ale wolałbym walczyć w zbroi. Ty też masz swoją magię do pomocy.
– Kipancho, ta zbroja nie daje żadnego zabezpieczenia przeciw czarom. Jest balastem, niczym więcej, jeśli kijami się bić.