Rycerz posłał mu szeroki uśmiech.
– Zaraz – poruszył się niespokojnie Def Groot. – To sąd boży, tu forów dawać nie wolno. Może jeszcze rękę sobie każesz pałą obić i w szmaty zawinąć, hę?
– Nie, ale za pas wetknę. A co do zbroi, to walczę w niej nie z litości dla Debrena, a dlatego, że przywykłem. Niedobrze przed walką wieloletnie nawyki na siłę zmieniać.
– To oszustwo – parsknął duszysta.
– Nie, to uczciwa walka. Bóg ma o prawdzie rozstrzygnąć, a nie to, że większy jestem, silniejszy i trzydzieści lat machanie bronią ćwiczę, zaś Debren wcale. I dlatego do prawej rękawicy Sansa mi worek z tamtym oto kamieniem uwiąże, bym za szybko kijem nie machał.
– Tamten? – Giermek przestał rąbać miotłę. – Zgłupieliście, wielmożny panie?! Toż się podźwignę!
– Przesadzasz, Kipancho – mruknął Debren. – Jest większy od mojej głowy. Jeśli już musisz… – rozejrzał się. – O, tam leży mniejszy. Jak półgłówek.
– Czyli jak znalazł – splunął Def Groot. – Kompatybilny z użytkownikiem. Przeciągasz strunę, Kipancho. Uważaj, bo pęknie i w łeb cię trzaśnie.
– Boisz się o powodzenie swej misji? – uśmiechnął się dziwnie rycerz. Rudzielec cofnął się o krok, nagle przestraszony. – Spokojnie, mistrzu. Przecież szalony jestem. Puknięcie oberżniętym trzonkiem miotły w korpus, a choćby i w głowę, to żaden lek na obłęd. Powinniście o tym wiedzieć, duszysta przecie z was nie byle jaki. Każdy spec od dusz chorych wam powie, że na ciężką obsesję nie pomoże przegrana bijatyka na kije z czarokrążcą. Więc skąd ten lęk? Założę się, że przed południem wiatrak dopalał się będzie, a my spakujemy wóz i pojedziemy szukać następnych przeciwników. Dalej będziesz mnie leczył, łagodził tęsknotę do Dulnessy, podsycał we mnie wiarę, że słusznie postępuję. Nie zwolnię cię, bo jakkolwiek prawda o owych kartkach lewo i praworęcznych wygląda, duszysta z ciebie dobry. Lżej mi żyć, odkąd cię spotkałem. Nie lekko, ale lżej. Więc stań sobie z boku i nie przeszkadzaj.
Sansa skończył z kijami, zabrał się za dopasowywanie worka do kamienia, a potem przywiązywanie całości do przedramienia prawej ręki rycerza.
– Pozostaje ustalenie, co dany rezultat znaczy – oświadczył Debren. – Jeśli wygram, wiatrak cały zostanie, a ty do Irbii wrócisz.
– Zgoda. Ustalmy może po prostu, że zwycięzca dyktuje warunki.
– Niech będzie. – Debren oddychał powoli, głęboko, poprawiał krążenie i dozowanie adrenaliny. Stał blisko wbitej w ziemię pochodni, więc czerpał z płomienia, ile się da, nie dbając nawet zbytnio o dyskrecję, a jedynie o to, by nie zadławić ognia. Budował blokadę na nerwach lewej dłoni i pompował tlen do krwi. – Jeszcze jedna sprawa, Kipancho.
– Nie spiesz się, zaczniemy, jak uznasz, że jesteś gotowy. – Rycerz machnął ręką w jedną i drugą stronę, skrzywił się. – Przywiąż to lepiej, Sansa. Ten kamień waży ze dwadzieścia funtów. Jak się urwie, to jeszcze komuś krzywdę uczyni. Co to za sprawa, Debren?
– Dziewczynka jest ciężko chora, test aż granatowy się zrobił. Jest młodsza, ma silniejszy organizm i wrodzoną odporność po przodkach. Ty masz z kolei nie lada krzepę i mniej jadu we krwi.
– Jadu?
– Tego, co komary roznoszą. Bagiennych duszków, jak je Def Groot nazywa.
– Def Groot głupoty prawi – uciął rycerz. – Komar to robal jest i swędzenie powoduje. Ale roznoszenie choroby, co zabić może? Bzdura.
– Bzdura czy nie, chcę, byście się z małą lekiem podzielili. Jedna trzecia dla niej, dwie trzecie dla ciebie. To da wam z grubsza podobne szansę przeżycia.
– Szansę? – zaniepokoił się giermek.
– Pewnością dwojga nie obdzielę. Istnieje ryzyko…
– W walce, choćby i na kije, zwycięzca bierze dobro pokonanego – zaprotestował Sansa. – Łup mu przypada. Ta święte prawo wojny. Więc jak pan mój wygra, to te sześćset talarów w proszku przeciw zimnicy jego będzie.
– On ma rację – mruknął Def Groot. – Wojownik z wojowania coś musi mieć. Inaczej chętnych do dźwigania miecza zabraknie i barbarzyńcy naszą cywilizację w proch zetrą.
– Kipancho…
– Dość, Debren. Ustaliliśmy: zwycięzca dyktuje warunki. A to sąd boży będzie. Cokolwiek się stanie, za jego wolą się stanie.
Na jednej szali był Bóg, przyszłość cywilizacji Wschodu i mięśnie aż tryskające energią. Poczucie siły, szybkości i słuszności sprawy, o którą walczy. Na drugiej szali trochę większe szanse przeżycia depholskiej dziewczynki, której koloru oczu nie umiał nawet nazwać.
Łatwa decyzja. No… prawie łatwa.
Zasalutował rycerzowi kijem.
Kipancho skończył bezgłośną modlitwę, potem oddał salut. Z chrzęstem blach, ale lekko, bez widocznego wysiłku, mimo dwudziestu funtów przypasanych między łokciem a nadgarstkiem.
Debren sprawdził, czy da radę złożyć palce lewej dłoni do gangarina. Nie dał. No i dobrze. To by nie było uczciwe. Co innego szprycowanie się magią kondycjonującą. Gdyby nie ten kamulec pod przedramieniem rycerza, mógłby zagrać nieelegancko, przerzucić kij do lewej i trzasnąć w przeciwnika zaklęciem. Ale tylko ostatni cham postąpiłby tak po tym, jak Kipancho zrobił wszystko, co mógł, by wyrównać szanse.
Zdecydował, że ten atut pozostawi sobie w rękawie na czarną godzinę. Zerknął pod nogi, sprawdził, gdzie błoto grozi wywrotką, i zaatakował. Szybko. Z furią i zręcznością, która jego samego zaskoczyła.
Kipancho, odbiwszy tuzin sypiących się jak grad ciosów, cofnął się o dwa kroki. Potem pchnął. Trochę za mocno, ze zbyt dużego zamachu. Debren bez trudu wykonał unik w lewą i dźgnął z lewej w prawą, w locie, za łokieć. Nie mógł nie trafić. Ale nie trafił.
Zarzuciło nim za plecy rycerza. Kipancho skoczył, by wyjść spod ciosu, choć bezstronny sędzia nie zaliczyłby magunowi niczego poza lekką obcierką. Tylko dlatego nie trafił Debrena.
Następne dwa cięcia Debren wziął na zastawę, siłowo. Trzeciego nie próbował. Napakowane energią mięśnie nie mieściły mu się pod skórą; miał wrażenie, że zdołałby zatrzymać w miejscu rzucony z wieży wór ziarna. Ale Kipancho miał w ramieniu dwa wory. Cios, który mu dobrze wyjdzie, może i nie przełamie zastawy, za to palce powybija ze stawów na pewno. Więc nic na siłę.
Na szczęście był dużo lżejszy, I zwinny. I mocniejszy w nogach, biodrach, mięśniach potrzebnych do tego, by ciało umykało w bok, gdy kij, unikając czysto siłowego starcia, zbija broń Kipancha w przeciwnym kierunku.
Jakoś szło. Obskakiwał rycerza jak kundel dzika, parował ciosy i próbował znaleźć kawałek wolnego miejsca. Mały. Na mgnienie oka. Nie potrzebował więcej.
Cięcie, odskok. Cios z dołu, unik, parada, cięcie, odskok.
Walka przedłużała się. Zaczynał rozumieć, że nie oberwał po łbie tylko dlatego, że Kipancho był starym rutyniarzem i nie potrafił wyzbyć się trzydziestoletnich nawyków. Rycerze walczyli konno, w ciężkich zbrojach, często aplikowanych magią. Wszystkie szczeliny, gdzie stawy i przeguby osłaniała mniej odporna kolczuga czy skórzane ochraniacze, starano się zabezpieczyć czarem magnetyzującym mknącą ku nim klingę czy grot, zepchnąć zabójcze ostrze o pół cala. To wystarczyło. Broń trafiała w blachy, pogrubione na styku, grzęzła. Więc ci, którzy walczyli z równymi sobie, ze szlachtą dostatecznie zasobną, by sprawić sobie najlepszy ekwipunek, uderzali mocno albo wcale, nie bawiąc się w finezyjną szermierkę. Było to racjonalne. I skuteczne, mimo wszystko. Debren przejmował na kij może ćwierć walącej weń siły, reszta ześlizgiwała się, mijała odskakujące ciało. Ale i od tej ćwiartki mdlały palce, wiotczał nadgarstek. Gdyby zamiast kamienia nad rękawicą Kipancho miał w ręku prawdziwy miecz lub, nie daj Boże, topór, dawno połamałby przeciwnikowi broń i rękę.