Выбрать главу

W dodatku pocił się i męczył znacznie wolniej od Debrena. Choć ten czarował, aż mu włosy sztywniały. Bez powodzenia. Mięśnie maguna drętwiały, blokady przeciwbólowe puszczały jedna po drugiej, serce waliło jak bębny na regatach pościgowych galer straży przybrzeżnej Bikopuliss.

Unik. Cięcie znad kolana, do góry. Parada. Uskok. Gwizd kija z lewej, podmuch powietrza, rozpaczliwy skręt ciała. Sztych. Pudło. Drugi. Odbicie. Odskok. Cholera. Cholerny Kipancho. Co robi Bóg? Przecież to nie zabawa.

Tylko niezamierzony poślizg wyniósł go spod płaskiego cięcia. Dźgnął żałośnie lekko. W prawdziwym boju nawet półnagi przeciwnik zaśmiałby mu się w twarz po takim ciosie. Zadrapanie, nic więcej. Zbroja cofnęła się. Zbyt wolno. Chyba ją musnął. Samym końcem kija. Z boku. Pod nakolannikiem. Chyba.

– Rana nogi! – ni to krzyknął, ni sapnął Kipancho. – Przerwa!

Debren, sapiąc jak zziajany szczeniak, podniósł się z wysiłkiem.

– W boju rozłupałbyś mi łeb.

– To sąd boży. Sansa, dawaj tu linkę. Podwiążesz mi nogę do pasa.

– No nie! – zaprotestował Def Groot. – To już przesada!

– Ruszaj się, Sansa. Debrenowi czary kondycjonujące się kończą. Zaraz mi tu padnie i dalej łajno będziemy wiedzieć.

Giermek, choć twarzą wyrażając protest, szybko i sprawnie zarzucił pętlę na stopę pana i zamocował koniec linki do rycerskiego pasa.

Giermek wycofał się. Debren, zbyt zmęczony, by odczuwać skrupuły, zaatakował. Mniejsza o realizm i zasady uczciwej walki. W sądzie bożym żadne zasady nie obowiązują. Chce się bić, podskakując na jednej nodze? Proszę bardzo. A więc giń, Kipancho, rycerzu obłędny.

Było ślisko. Już przedtem musieli uważać, brać poprawkę na konieczność utrzymania równowagi. Teraz, mając tylko jedną nogę sprawną, Kipancho był, zdaniem Debrena, bez szans. Wystarczy zakołować nim, obsypać pozornymi ciosami, krążąc wokół i zmuszając do obracania się. A potem, gdy wpadnie w rytm podskoków z lewa w prawo, samemu nagle zmienić kierunek, dać susa w prawo i trzasnąć rycerza w odsłonięte plecy.

Tak właśnie zrobił. Trzy obejścia wokół zbyt słabego w nodze, a więc skazanego na obronę Kipancha. I skok. Ryzykowny, przesadzony. Taki, co bardzo wysokie prawdopodobieństwo trafienia celu zmienia w pewność kosztem stworzenia przeciwnikowi maleńkiej szansy udanej riposty. Przy tak dalekim skoku dał Kipanchowi odrobinę więcej czasu. Trudno powiedzieć, czy był to błąd. Prawie nie czuł już ręki; było wielką zagadką, któremu z nich dalsze przeciąganie walki pomoże, a któremu zaszkodzi. Kipancho, grzechocząc blachami, wciąż ustawiał się w linii ciosu niczym kurek w linii wiatru i wydawało się, że tak już będzie zawsze. Więc Debren zaryzykował.

Już w locie zwinął się, ciął nisko, po nerkach. Sprzedał równowagę za szybkość tego ciosu. Musiał upaść fatalnie, z nogami daleko z tyłu za prawym barkiem, musiał poślizgnąć się i wyrżnąć tymże barkiem o błotnistą ziemię. Ale nie miało to znaczenia, bo jeszcze bardziej musiał trafić.

Trafił. W sam koniuszek kija. I – niewiarygodna sprawa – nie przełamał zastawy, choć jego kij zdawał się mknąć szybciej niż bełt ciężkiej kuszy, a efekt dźwigni był miażdżąco niekorzystny dla Kipancha.

Obaj runęli. On, przygniatając sobie tułowiem prawe ramię i wyciągając się jak długi, Kipancho – na tyłek.

Zobaczył podrywające się ramię, rozdęte do monstrualnych rozmiarów zbroją i podwieszonym pod łokciem kamieniem. Nie miał szans osłonić się kijem, nie mówiąc o skuteczności takiej osłony. Miał wolne palce prawej ręki, bo oprócz równowagi zgubił też kij. Więc złożył je i bez namysłu uderzył gangarinem. Kipancho nie skończył jeszcze zamachu. Czar został rzucony w porę i z wielką siłą. Powinien zadziałać i posłać rycerza na łopatki.

Debren zdążył się zdziwić, widząc mknący ku swej głowie trzonek grabi. Niczego więcej uczynić nie zdążył.

* * *

Ocknął się na stole, z głową trochę obolałą, lecz zaskakująco dobrze nadającą się do myślenia. Od razu zrozumiał, czym jest to miękkie pod karkiem i potylicą oraz co tak potrzaskuje. Leżał z głową na swej obszytej aksamitem poduszce i słyszał odgłos płonącego drewna.

Uniósł powieki. Pierwszym, co ujrzał i co go na moment sparaliżowało, był bukiecik drobnych kwiatów położony przez kogoś na jego piersi.

Wciąż nie umiał nazwać ich koloru. Słońce nadal świeciło na różowo, a palący się wiatrak atakował oczy migotliwą mozaiką pomarańczowych, żółtych i niebieskawych plam. Ogień pochłonął już poszycie skrzydeł i dach. Ściany rozpalały się dopiero, głównie na styku z dachem i obramowaniem okienek. Domek pompiarza jeszcze się nie palił.

– No proszę, obudziliśmy się – usłyszał nieco rozwlekły głos Def Groota. – A już myślałem, że nie zdążymy się pożegnać.

Debren ostrożnie spojrzał w bok. Kręciło mu się w głowie.

– Piłeś – stwierdził nie wiadomo po co.

– Jest u nas taka ludowa mądrość: „Piłeś – nie jedź”. – Duszysta pociągnął ze sporego i chyba już lekkiego bukłaka. – Więc moja sentymentalna podświadomość popchnęła mnie w stronę wozu i zapasów wina. Pewnie w nadziei, że jak sobie dobrze golnę, to poddam się nakazom ludowych mądrości i zostanę. Ale wiesz co? Chyba za małe mam te zapasy.

– Wierzysz… wierzysz w boże sądy?

– Od dzisiaj mocniej niż dotąd – Def Groot uśmiechnął się krzywo. – Ostatecznie Bóg opowiedział się po naszej stronie. Co, nie ukrywam, mocno mnie zaskoczyło. No cóż, to potwierdza tylko moją prywatną tezę, że na wyższych szczeblach władzy naturalne jest myślenie kategoriami strategicznymi, obracanie pojęciami wielkich mas ludzkich, procesów dziejowych i racji stanu. Zaprzątanie sobie głowy losami jednostek charakteryzuje osobników o ciasnych horyzontach.

Debren obrócił głowę, spojrzał w drugą stronę. Przed domkiem, w znacznej odległości, pozwalającej przetrwać pożar, stały łóżka, kufry, stołki i rozmaite drobne a liczne sprzęty, składające się na ruchomy dobytek gospodarczy. Na większym łożu, przytulone do siebie, siedziały matka i córka. Przyglądały się otępiałym z rozpaczy wzrokiem, jak ogień pochłania ich dobytek.

– Gdzie Kipancho i Sansa?

– Po tamtej stronie domu. Kipancho ubzdurał sobie, że polewanie dachu tej budy wodą z rzeki może ją ocalić, więc biegają z wiadrami i polewają.

– Ty nie biegasz.

– Pominąwszy fakt, że nie ma to najmniejszego sensu, a wiadra są tylko dwa, ja wyznaję obecnie pewną kontrowersyjną zasadę. Brzmi ona; „Im gorzej, tym lepiej”.

– Miałem rację z tą prawą ręką, hę?

– Pewnie, że miałeś. Mądry z ciebie człowiek, Debren. Horyzonty masz ciasne jak zamiatacz ulic, ale teoretycznie daleko mógłbyś zajść.

– Straszny z ciebie skurwysyn, wiesz?

– Wiem. I dlatego wdzięczni rodacy wystawią mi kiedyś szereg pomników. Leco Def Groot, czołowy organizator powstania kwietniowego.

– Kwiecień już minął.

– Mówię o przyszłym. Zaplanowaliśmy wszystko szczegółowo. Powódź, nieurodzaj, głód. Straszna zima z przypadkami kanibalizmu. Zdaniem wróżbitów pogodoznawców to będzie idealny rok. Wiosną dużo wody, latem upały, a więc malaria. Załogi irbijskie mnóstwo ludzi stracą. Ogólny kryzys uderzy w całe społeczeństwo. Wiosną wszyscy będą tak doprowadzeni do ostateczności, że wystarczy rzucić hasło i wskazać przywódców. Ja ich będę wskazywał. Między innymi, ma się rozumieć.

– Nie boisz się mówić mi tego? A jeżeli…

– Debren, ja gerylasem jestem z patriotyzmu i ambicji. Ale z wykształcenia naprawdę duszystą. Nie przechwalam się, mówiąc, że znam się na ludziach. I na takich jak ty, i na tych wszystkich, co w Depholu panowania irbijskiego bronią. Po pierwsze, nie będzie żadnego „jeżeli” i ty z donosem nie pobiegniesz. Po drugie, gdybyś jednak pobiegł, to nim się ze swymi rewelacjami do wicekróla przebijesz, albo sami Irbijczycy, albo nasi ludzie cię dziesięć razy uśmiercić zdążą. Po trzecie, wicekról to przeżarty sklerozą, skorumpowany idiota, który nie zrozumie, o czym w ogóle mówisz i dla świętego spokoju odeśle cię Inkwizycji. Po czwarte, ten złodziej siedzi u nas w kieszeni, a my mamy na niego i jego doradców cały plik teczek. Po piąte…