Выбрать главу

– Wystarczy. – Debren usiadł ostrożnie, przytrzymując zsuwający się bukiecik. – Masz rację, Def Groot, zawędrujesz na pomniki. Co to za zielsko?

– To? Niezapominajki depholskie. Ta niewiasta ci je położyła, jak się dowiedziała, żeś lek za sześćset talarów w błoto cisnął. Myślała pewnie, że już się nie zbudzisz. Kipancho tak cię trzasnął, że kij złamał. Mówi, że coś mu w głowie zakręciło i na chwilę koordynację ruchów utracił.

Debren patrzył na jasnowłosą kobietę, która po chwili wahania dźwignęła się z łóżka i ruszyła w jego stronę. Chciał wstać, ale za bardzo wirowało mu w głowie, a w nogach czuł nie mięśnie, lecz bezsilną, rozlaną papkę.

Kiedy podeszła, zdążył zauważyć znajomy woreczek w jej dłoni. Z zabraniem własnej dłoni się spóźnił. Zanim pomyślał o schowaniu jej za plecy, kobieta przyssała się do niej suchymi ustami. Za to oczy i nos miała mokre.

– Nie wie, jak ci dziękować – przetłumaczył Def Groot, gdy w końcu Debrenowi delikatną szarpaniną i rozpaczliwym pochrząkiwaniem udało się skłonić jasnowłosą do ustąpienia o dwa kroki. – Ot i masz chłopski rozum, wdzięczność ludu prostego. Wyjaśnić jej, jak szybko, tanio i nie bez przyjemności może ci się za życie córki odwdzięczyć?

– A chcesz swego powstania dożyć? – warknął Debren. Duszystą skłonił się błazeńsko na znak, że zrozumiał. – Skąd ona wzięła…?

– Kipancho kazał jej dać lek i powiedzieć, że to od ciebie. Od niego, jak uważał, mogła nie wziąć. Widać, że zna się na instynkcie rodzicielskim jak ja na astronomii, ale dobrze jest, jak jest. Głupio by wyglądało, gdyby Potwór z Lamanxeny ni z tego, ni z owego dzieci depholskie ratować zaczął. I to ryzykując własnym życiem.

– Dużo jej dał?

– Całość. Nalegałem, by podzielił porcję tak, jak mówiłeś, albo choć po połowie, ale wiesz, że to kretyn. Jak się uprze… – Kobieta przerwała mu nieśmiało. – Ona pyta, jak podawać lek.

Debren objaśnił sposób dawkowania, a potem popatrzył z lekkim żalem, jak odchodzi. Była wysoka, pięknie zbudowana. Miała wszelkie warunki, by spłacić mężczyźnie zaciągnięty dług. A co najważniejsze, wystarczyło…

– Wystarczy gwizdnąć – stwierdził z lekkim uśmiechem Def Groot, – Może i nie przybiegnie w radosnych podskokach, ale przyjdzie na pewno. Ocaliłeś jej jedyne dziecko i próbowałeś ocalić dorobek życia rodziny. Jest ci tak wdzięczna, że aż prawie zastąpi wam to miłość. I jest też zrozpaczona, samotna, zagubiona. Szuka odrobiny bezpieczeństwa w męskich ramionach. Nie myśl tyle, tylko bierz babę na mój wóz. Nie będziesz żałował.

Debren, zły na samego siebie, wyładował się na jakimś wyrośniętym komarze, który przysiadł obok na stole. Celnym prztyknięciem zmiażdżył owadowi głowę. Siedział z bukiecikiem na kolanach i patrzył na podrygujące w agonii skrzydełka. Wszystkie cztery lśniły odblaskiem pożerających wiatrak płomieni. Ze zgniecionego ciała wysączyła się na deski spora plama krwi. Obrzydlistwo zginęło za późno, krzywda zdążyła się dokonać, ktoś będzie się drapał i może nawet…

– O Machrusie – westchnął.

– Modlitwą nie wyleczysz tego bólu – ciągnął swój wywód Def Groot. – Jak ci podrzucałem kartkę z czarną ręką, obejrzałem twoje rzeczy. Zastanowiła mnie ta poduszka, bo całkiem nie pasuje do obrazu wędrownego maguna gołodupca. Dziura w niej jest, pewnie nie zauważyłeś. No więc pakuję wścibski paluch w tę dziurę, bo my, konspiratorzy, wszędzie tajne skrytki widzimy i takie tam… No i co znajduję? Oprócz pierza, ma się rozumieć?

– Def Groot, zawołaj go. Zawołaj Kipancha.

– Spokojnie, nie pali się. No, z paleniem przesadziłem – zerknął na wiatrak, – Ale spieszyć się już do niczego nie musisz. Tu w każdym razie. Natomiast zaryzykowałbym twierdzenie, że być może powinieneś wrócić szybko tam, skąd przybyłeś.

Debren zsunął się ze stołu. I od razu usiadł. Na trawie.

– Przedobrzyliśmy z czarami, co? No, nie dziwię się. Szkoda, żeś się nie mógł z boku oglądać. Skakałeś tak, że tutejsze zające królem by cię jednogłośnie obwołały, gdyby ich Kipancho w ramach swej kołomyi nie potopił. Teraz za to płacisz. Nic za darmo, jak mawiają niewiasty.

– Zamknij się. I bukłak też lepiej zamknij. – Debren oparł się o stołową nogę, zaczął rozcierać własną. – Dżuma i syfilis. Powinienem wcześniej… Że też mnie podkusiło na tego gangarina.

– Bredzisz – postawił diagnozę Def Groot. – Widać i rozum mocno w walce angażowałeś. Co tylko dowodzi tezy, że rozum rzecz dobra, ale siła jeszcze lepsza. No, nic. O czym to ja… Aha. – Łyknął wina. – O poduszce. Nie zgadniesz, kto ci ją pod łeb podłożył. Pewnie myślisz, że ta baba, co wybawcy zamiast pary ponętnych cycków niezapominajki na sercu kładzie? Otóż nie. Mnie wygodę zawdzięczasz. I sny miłe.

– Sny? – jęknął Debren. Rozmasowywana noga bolała.

– Co, nie pamiętasz? A może się wstydzisz gadać? Nie musisz. Ja duszysta jestem, a duszysta o takich sprawach wie, od których stara akuszerka albo zamtuzmama rumieńcem by się zalały. I milczy, bo tajemnica zawodowa to w naszym fachu rzecz pierwsza.

– Upiłeś się i bredzisz – odwzajemnił się diagnozą za diagnozę Debren.

– Z zawodowej ciekawości pytam: zawsze takie myśli cię nawiedzają, jak na tej poduszce sypiasz?

– Nie wiem, o czym gadasz – mruknął. Prawie szczerze. Właściwie nawet całkiem szczerze. Tylko przekonania trochę mu brakowało. Bo chociaż nie wiedział, to gdzieś w głębi, bardzo głęboko…

– Nie trzeba duszysty, by sny odgadnąć, jak ktoś za obcisłe portki nosi.

– Def Groot, uważaj, co…

– Zastanawiam się, czy jedna i ta sama dała ci tę kulkę srebrną, co ją na sercu nosisz, i poduszkę. Hę, Debren? Jedna? – Debren nie odpowiedział, ale coś w jego twarzy czy oczach zrobiło to za niego. – Tak myślałem. Na czarach się nie znam, więc nie wiem, ile z tego, co o nich gadają, to prawda, ale co gadają, to akurat wiem. A ty wiesz?

– Co miałbym wiedzieć? – wymruczał, unikając wzroku rudzielca.

– Że wśród bab przesąd krąży, jakoby pukiel włosów, podarowany miłemu, w wierności go podtrzymuje i zapomnieć nie daje. Gdzie tenże pukiel trzymać powinien, tego dokładnie nie wiadomo. Większość zgadza się z opinią, że jak najbliżej ośrodka kochania, ale tu ciężki problem wynika, i to dwojakiej natury. Teoretyczny, bo nikt nie dowiódł dotąd, że to ta, a nie inna konkretnie część ciała. I praktyczny: jak pukiel, możliwie obfity, blisko owej części ulokować. Znałem jedną, co mężowi w zupę drobno cięte kudły sypała, bo serce, tłumaczyła, od żołądka ledwie co oddalone. Nabawił się biedaczysko…

– Po co mi głowę tymi bzdurami zawracasz?

– Bo cię lubię, choć horyzonty masz ciasne. Bo jak nieprzytomny leżałeś, to z gotówki cię oczyszczając, zerknąłem raz jeszcze na tę kulkę srebrną, żeby sprawdzić, czy wzrok mnie nie omylił i do gotówki się owo srebro nie zalicza.

– Okradłeś mnie?!

– Nie okradłem, tylko należność za drugi zakład brałem. I tak stratny jestem, boś z wziętego dukata część na ten pokazywacz malaryczny wydał. Ale mniejsza z pieniędzmi. Zaniepokoił mnie znak na kulce odciśnięty.