– To znak manufaktury – wzruszył ramionami Debren. – Grot stylizowany, marnie wytłoczony. Kulka do kuszy była. Widocznie firma, co ją odlała, stara jest i od sprzętu łuczniczego zaczynała, stąd herb staroświecki. Dziś grotów listkowych już nikt nie używa, chyba że na zwierzynę. Konwencja w Gadze spisana zabrania kucia takich ostrzy. Łamią się w ciele, niehumanitarne są. A, co ważniejsze, nawet lekuchnej zbroi nie przebiją i celność mają do rzyci.
– Do rzyci to ty oczy masz. I nie z tej co trzeba strony patrzysz, jak to na wisior. To nie żaden grot listkowy jest, ślepaku, jeno serce rozszczepione.
– Serce całkiem inaczej… – nie dokończył, uświadomiwszy sobie, że dla większości ludzi rzeczywisty kształt serca na zawsze pozostanie tajemnicą. I że na dziecięcych malunkach i w sztuce tak właśnie, piernikowe i głupawo, ten najważniejszy z mięśni wygląda. – No dobrze, pewnie masz rację. Pewnie odlewnik chciał w ten sposób przekonać kupującego, że całe serce w robotę włożył.
– Oj, Debren, uwodziciel Cassamnoga to ty nie jesteś; aż dziw, że babę od bociana odróżniasz. Nie chwytasz symboliki? To żaden pocisk do kuszy, chyba że do takiej, co to z niej ten mały goły anioł, Amok czy jak mu tam, w ludzi celuje. On ma, ten pocisk tak zwany, rozszczepić serce chłopu upatrzonemu na męża. A włosy ranie się goić nie pozwalają. Ha, iście zabójcza kompozycja.
– Co za włosy znowu?
– Te, co je twoja czarnowłosa księżniczka w poduszkę upchała.
Debren wstał. Pewnie w rezultacie uprzednio dokonywanych zabiegów i pomagania magią systemowi krwionośnemu. Ale teraz zatracił jakąkolwiek kontrolę nad swym systemem krążenia. Było mu zimno i gorąco równocześnie. Bladł i czerwieniał, też równocześnie.
– Coś powiedział? – Z trudem przepchnął pytanie przez zaciśniętą krtań.
Def Groot nie zdążył odpowiedzieć. Zza wiatraka i domu, który buchał kłębami pary, ale wciąż nie płonął, dobiegł bojowy okrzyk. Przeciągłe „Uuuaaa!” z kilku przynajmniej gardeł.
– O Boże… – Duszysta zbladł w mgnieniu oka. – Kipancho… Moje plany…
Ogień to moc, a ognia było mnóstwo w pobliżu. Debren zaczerpnął, ile się dało i, już biegnąc, formułą Stachanusa zaczął wzmacniać kolejne partie mięśni, od dołu zaczynając. Wiedział, jak ryzykuje, robiąc to na chybcika i korzystając z takiego źródła mocy. Wiedział, że długotrwałego kaca mięśni i kręgów nie ryzykuje – ból był pewny jak zachód słońca. Nic za darmo, jak ponoć mawiają niewiasty. Nienawidził tego robić. Ale teraz musiał.
Północny narożnik chatki mijał już z szybkością cwałującego konia. Nie miał czasu myśleć o szybkości, ale skojarzenie błysnęło samo, gdy kątem oka dostrzegł pędzący przez zarośla czerwono-żółty kropierz, ciągnący się za siwą grzywą. W powietrzu wibrował krzyk i dźwięk rogu, trzeszczały i furczały grabie oraz cepy, rozrzucane po całym warzywniku.
Kipancho wirował pośrodku gromady bosonogich wieśniaków, obskakujących go z trzech stron. Z czwartej był płonący wiatrak i zlana wodą, parująca niczym łaźnia ścianka przybudówki mieszkalnej. I Sansa. Z rycerskim rogiem przy ustach, kapalinem w lewej ręce i strzałą w łydce. Strzała musiała być dostosowana do konwencji spisanej w mieście Gaga, z nowoczesnym grotem stożkowym, więc przebiła nogę i ugrzęzła głęboko w deskach ściany, unieruchamiając giermka. Kilka innych chybiło o parę lub paręnaście stóp, wbijając się w chatkę i wiatrak na całej ich szerokości i wysokości, co wystawiało łucznikom jak najgorsze świadectwo. Biorąc pod uwagę, że strzelali z korony wału, oddalonej o rzut kamieniem, wynik był żałosny.
Dopiero po chwili Debren zdał sobie sprawę, że czterej mężczyźni i chłopcy, na wyścigi napinający łuki, nie byli aż tak kiepscy, jak sugerował rozrzut strzał i fakt, że Sansa wciąż żył. Po prostu początkowo polowali na rycerza. Dwaj, młodsi i głupsi albo może ambitniejsi, nadal próbowali szczęścia.
Szaro opierzona strzała pomknęła w lukę między cepiarzami, skręciła najpierw łagodnym, a potem wyraźnie zakrzywionym w górę łukiem i wpadła przez okno do wiatraka na wysokości dwóch sążni. Druga, nie zdążywszy wejść w pole działania zamocowanych do zbroi magicznych rozet, trafiła w kark któregoś z chłopów. Chłop padł na twarz, kopiąc w agonii nogami. Łucznik, piętnastoletni najwyżej, zwalił się na kolana i złapał za głowę, porażony rozmiarem swej zbrodni.
Trzeci łucznik, najbardziej przytomny, posłał strzałę Debrenowi. Dobrze posłał. Gdyby magun nie podbudował sił formułą Stachanusa i nie uważał, wbiegłby prosto na grot. Ale uważał. I był w stanie uskoczyć.
Któryś z wieśniaków, trzymający się z tyłu, zamierzył się na niego grabiami. Debren rąbnął go między oczy błyskawicą; drugą, mocniejszą, strącił czwartego łucznika z wału do rzeki.
Kipancho, z wiadrami w obu rękach, wytrącił następną kosę i powalił nie dość szybko uskakującego Depholca. Czterech już leżało między grządkami, paru innych albo dźwigało się z wysiłkiem, trzymając za kontuzjowaną kończynę czy zakrwawioną głowę, albo zbierało wytrąconą potężnym ciosem broń. Ale pozostałych, próbujących sięgnąć za zasłonę z wirujących wiader i zachęcających się okrzykami, było jeszcze z tuzin.
Któryś cisnął siekierką w Sansę. Giermek osłonił się trzymanym za wyściółkę hełmem pana, odbił ostrze. Raz jeszcze zadął w róg, po czym zastawił się nim przed pchnięciem widłami. Niepotrzebnie. Debren uderzył gangarinem. Też niepotrzebnie, bo Kipancho walił wiadrami tylko dlatego, że wyciągając miecz straciłby chwilę i tym samym odsłonił giermka. Wszystko, co robił, robił z myślą o trzymaniu tłumu z daleka od Sansy, więc nie przegapił tego z widłami i grzmotnął go w kark, nim czar zadziałał.
Coś zalśniło, zadudniło o naramiennik zbroi, o cale minęło się z głową rycerza. Tuczek od aptecznego moździerza.
– Won stąd, Miazga! – wrzasnął Debren, waląc w tłum jeden gangarin za drugim. – Do domu, gówniarze!
Łucznik, ten, co nie trafił Debrena, strzelił do Sansy. I trafił. Ze strzałą w obojczyku giermek zwalił się na ziemię, znieruchomiał.
– Zdrajca! – krzyknął Gep, przepychając się z mieczem przez mocno zdezorientowanych Depholców. – A my cię mścić przyszliśmy! Zabić go! Kupą!
Ruszyli. Na szczęście nie kupą. Debren trzasnął dwóch pierwszych gangarinem, obaj zaplątali się we własnych nogach, runęli. Dwaj inni poprzewracali się o leżących. Jednego magun uderzył błyskawicą w pierś, przypalił koszulę, sypnął iskrami, oparzył i oszołomił. Innego trzepnął wiadrem Kipancho, nim troje wideł, kosa i grabie zepchnęły go dalej w stronę wiatraka. Gep i wielkie chłopisko z cepem przebili się, skoczyli na boki, by uderzyć z obu stron równocześnie.
Debren wycelował różdżką w chłopaka, posłał gangarina… a raczej próbował posłać.
Zza wychodka ktoś wykrzyczał końcówkę zaklęcia neutralizującego. Magun nigdy nie dowiedział się, kto. Chyba ten sam, który podglądał, gdy Def Groot oskarżył go o trucicielstwo, lecz kim był ten człowiek, trudno powiedzieć. Bez wątpienia dyletantem i bez wątpienia patriotą, skoro dał się wciągnąć w akcję gerylasów. Proporcje mogły być różne, na pewno jednak odwagi i gotowości ryzykowania głową miał ten ktoś więcej niż wiedzy i praktyki. Miał też wysoki WZ.
Sięgnął po ogień jak Debren. Zdążył uformować i przekształcić w zaklęcie początek strumienia energii. Ale zapomniał, a może nawet nie wiedział, że przy tak potężnych przepływach mocy trzeba myśleć przede wszystkim o tym, jak proces wyhamować. Nie wyhamował i głowa rozbryznęła się szeroko po ogrodzie, a reszta stanęła w białym ogniu, który zwęglił górną część ciała, nim padło na ziemię.