Któryś z większych odłamków czaszki trafił dryblasa z cepem, rozszarpał mu gardło. Mężczyzna padł na kolana, zalał się krwią. Debren, nagle bezsilny jak noworodek, zwalił się na plecy. Czar neutralizujący wymiótł z niego wszystko ze skutecznością huraganu spadającego na stertę pierza.
– Giń! – wrzasnął Gep, przeskoczył nad drewnianymi taczkami i zamachnął się do cięcia. – Niech żyje wolny…
Krótki, lekki, ale i szybki bełt uderzył go w środek piersi, złamał mostek, zarzucił chłopakiem do tyłu. Zanim ugięły się pod nim nogi, popatrzył z niedowierzaniem na sterczący z ciała kijek, potem na rudowłosego mężczyznę z niedużą kuszą w ręku. Potem upadł.
– Dephol – dokończył Def Groot. – Żegnaj, głupi smarkaczu. Może i tobie postawią jakiś pomnik. Gdzieś w bocznej uliczce.
W gromadę otaczających rycerza Depholców wpadł okryty czerwono-żółtym kropierzem wierzchowiec. Ktoś trzasnął go z góry kosą, ale ostrze trafiło w siodło i pękło. Ktoś zamachnął się widłami i zginął od ciosu kopyta. Koń obalił pięciu ludzi, z których dwóch zaraz rozdeptał. Odciążył pana, dał mu tę upragnioną chwilę, której Kipancho nie zdołał sobie wywalczyć. Pan odwdzięczył się rumakowi, ciskając wiadrem w jakiegoś chłopa, mierzącego kosą w pęciny. Drugim wiadrem rycerz zasłonił się jak tarczą, wyszarpnął miecz, głownią trzasnął tego, co ciął wiadro toporem.
– Wystarczy! – Debren dźwignął się, stanął na czworakach. – Oni się poddadzą! Przestań, Kipancho! Def Groot, tłumacz!
Łucznicy z wału rzucili łuki, zbiegli na dół, wyciągając zza pasów kordelasy i maczugi.
– Nie! – Def Groot rzucił kuszę i trzymając ostrzegawczo dłoń na rękojeści zatkniętego za pas pałasza, zaczął się szybko cofać. – Niech się dopełni! To w końcu ludzie, nie te cholerne wiatraki!
– Def Groot!!!
Kipancho zamłynkował mieczem, cofnął się parę kroków. Chciał zyskać trochę przestrzeni, by popatrzeć, co z Sansą. Został źle zrozumiany. Nie można w nieskończoność opędzać się wiadrem przed tłumem zbrojnych, zwłaszcza mając na sobie ciężką zbroję. Rycerz był stary, chudy. Był też nie całkiem normalny, czyli – w prostodusznym chłopskim ujęciu – zwyczajnie głupi. Jeśli dodać do tego śmiertelne znużenie i fakt, że cofał się przed przeciwnikami, miał prawo sprawiać wrażenie łatwej ofiary. A choć wiadrami nikogo chyba nie zdążył zabić, Depholcy stracili paru swoich. Więc chcieli krwi i zemsty.
Debren zrozumiał, że duszysta ma dużo racji. Tamtych pozostało około dziesięciu. Doprowadzonych do nędzy przez powódź. Najodważniejszych spośród setek, jeśli nie tysięcy, u których Gep i frakcja lewej ręki szukali zapewne pomocy. Nie trzeba było być duszystą, by dojść do wniosku, że nie ustąpią ot tak, bo ktoś zaapeluje o to w ich ojczystym języku.
– Do mnie, Debren! – krzyknął zza rogu Def Groot. – Zostaw go! Poradzi sobie, a ty ranny jesteś!
Miał rację. Szok wywołany przez zaklęcie neutralizujące sprawił, że magun miał siłę stać, dość chwiejnie zresztą. O czarach nie było na razie mowy. A bez czarów jego kondycja fizyczna pozostawiała bardzo wiele do życzenia.
– Nie zabijaj ich! – zawołał.
Kipancho odbił cztery ostrza jednym machnięciem miecza, cep wiaderkiem, a cięcie siekierą puścił po nałokietniku. I pchnął, lekko. Ktoś padł z dziurą w brzuchu. Ktoś inny trzasnął maczugą w naplecznik. Rycerz oddał głowicą miecza, zmiażdżył nos i pół twarzy.
– „Zabije cię ten, co cztery skrzydła ma i postać wstrętną”! – krzyczał Debren. – Komar, Kipancho! Roznosiciel malarii!
Ktoś wypadł z gromadki walczących. Miazga. W rękach ściskał widły.
– Oszust! – zawołał płaczliwie. – Sprzedałeś nas!
Debren miał dość przytomności umysłu i refleksu, by poderwać z ziemi miecz Gepa.
– „Ogniem płonąć będziesz od ciosu, co nie widać go i nie słychać!” – Odbił mało wymyślne pchnięcie wideł. – Komar cię zakazi gorączką!
Kipancho wpadł między Depholców, rozbił szyk. Rozłupał czyjąś czaszkę, odrzucił wiadro, sztyletem odbił cep, ciął cepiarza przez gardło.
– Sansa umiera! – zahuczał basem. – Won!
To ostatnie było do konia. Rycerz nie potrzebował jego pomocy, za to potrzebował transportu – na później. Do polowań na wiatraki siwkowi nie zakładano ciężkiego, bojowego, opancerzonego rzędu. Oznaczało to, że teraz byle łachudra z widłami może zabić warte majątek zwierzę. Mądrego wierzchowca, który ostrzegał pana dyskretnym parskaniem, cwałował z odsieczą, gdy słyszał róg i cofał się posłusznie, kiedy Kipancho kazał mu iść won.
Ale jego posłuszeństwo miało swe granice. Pierwszego Depholca, który zdzielony wcześniej wiadrem, poderwał się teraz i uciekł na wał, rumak z miejsca zaatakował. Mężczyzna zeskoczył z wału o dwie stopy niżej, zakolebał się na sztywnych nogach, wyciągnął skądś wiosło. Debren zrozumiał, w jaki sposób Depholcy podeszli ich tak niezauważenie.
Siwek nie bawił się w stawanie dęba. Odważnie wziął cios na bok i uderzeniem piersi cisnął człowiekiem daleko za burtę. Po czym dowiódł inteligencji, podrywając kopyta i druzgocąc deski dna łodzi.
Debren cofał się i odbijał pchnięcia. Miazga posługiwał się widłami dokładnie z taką samą finezją jak tłuczkiem w ojcowej aptece. Celował w pępek przeciwnika z takim uporem, że dysponując kawałkiem blachy Debren mógłby zatknąć ją za pas, odłożyć miecz i po prostu czekać, aż chłopak padnie z wyczerpania. Gdyby nie przeciążył uprzednio mięśni, poradziłby sobie bez trudu z przyszłym aptekarzem. Teraz musiał wkładać wszystkie siły w obronę. Równie amatorską jak ataki.
– „Życie oddasz za tę, której oczu nie zapomnieć”! – wołał urywanym zadyszką głosem. – Za pannę z góry, co chama poślubi!
Kipancho odrąbał jakąś dłoń. Depholcy już nie atakowali. Bronili się.
– Ona ma oczy jak te kwiaty! Jak niezapominajki! I z dachu ją zdjąłeś!
Debren zastawił się przed widłami, pchnął, nie sięgnął, odskoczył. Kipancho odbił grabie, widły i topór, ciął, rozrąbał męską pierś, uskoczył w lewo, dziabnął sztyletem. Jego zbroja była pogięta, porysowana, ale większość spływającej po blachach krwi nie była jego.
– Ty nie o Dulnessę się bijesz! To tę małą Damstruna ci przepowiedziała!
– Nie!
Debren poczuł, że nie ma już sił walczyć i krzyczeć tak, by brzmiało to przekonująco. Odskoczył i opuścił miecz. Chłopak został trzy kroki dalej. Też chwiał się na nogach.
– Spieprzaj, Miazga – wydyszał magun. – Mężczyzna jesteś czy gówniarz? Bo jak mężczyzna, to nie baw się tu w wojenkę. Wracaj do swojej Merieli. Broń jej. Utrzymuj. Dawaj oparcie. Nie dawaj opluwać. Żyj dla niej.
– Zabiję cię – obiecał płaczliwie pucołowaty smarkacz.
– Spieprzaj!!! – ryknął Debren, wbijając miecz w ziemię. – Won! I nie mieszaj się nigdy więcej do polityki! Słyszysz?! – Miazga, już bez wideł, gnał przez warzywnik ku zaroślom bzu i kaliny. – Aptekarz jesteś! Aptekarz nie ma prawa rąk w gównie nurzać!
Odwrócił się. Dopiero teraz dostrzegł dwie bardzo blade, okolone jasnymi włosami twarze. Matka i córka przybiegły za dom. Patrzeć i zapamiętywać.
W którymś momencie kobieta krzyknęła. Krótko, rozpaczliwie. I poderwała dłonie do twarzy, zasłoniła oczy. Dziewczynka patrzyła. Na mężczyznę, z którego cięcie mieczem wypuściło strugę krwi, jelit i kału. Na człowieka wolno, z wnętrznościami w dłoniach, osuwającego się na kolana i po raz ostatni wznoszącego oczy ku płonącemu wiatrakowi. Na swego ojca.
Zostało czterech wieśniaków. Zanim Debren zdołał odzyskać głos, jednego Kipancho przeszył na wylot, a drugi, choć osłaniał się grabiami, legł pod końskimi kopytami już na skraju zarośli.