Выбрать главу

— Jeśli z całej tej sprawy wynikło coś dobrego, Tom, to chyba to, że nie muszę już się przejmować, czy ktoś ma wpływy czy nie, bo niewiele to znaczy dla awiatora — odpowiedział. — Nie przejmuj się mną. Możemy się trochę pospieszyć? On chyba skończył jeść.

Latanie jeszcze bardziej go uspokoiło, bo nie sposób było się złościć, kiedy się miało pod sobą całą Maderę i czuło wiatr we włosach. Temeraire z podnieceniem wskazywał różne nowe ciekawostki, zwierzęta, domy, powozy, drzewa, skały, wszystko, co zwróciło jego uwagę. Niedawno nauczył się latać z głową odwróconą częściowo do tyłu, tak że mógł rozmawiać z Laurence’em podczas lotu. Po pewnym czasie, za obopólną zgodą, wylądował na pustej drodze, która biegła skrajem głębokiej doliny. Temeraire obserwował zafascynowany wal gęstych chmur, które płynęły przedziwnie nisko, zsuwając się po południowych zielonych zboczach.

Laurence zszedł na ziemię; jeszcze nie całkiem przywykł do latania, dlatego chętnie rozprostował nogi po spędzeniu godziny w powietrzu. Pospacerował trochę, delektując się widokami, i pomyślał, że następnym razem zabierze ze sobą jakiś prowiant, bo teraz miał ochotę przegryźć kanapkę i wypić kieliszek wina.

— Zjadłbym jeszcze takie jagnię — powiedział Temeraire, jakby czytał w jego myślach. — Były bardzo dobre. Mogę zjeść któreś z tamtych? Te chyba są jeszcze większe.

Na przeciwległym zboczu doliny pasło się całkiem duże stado owiec, których białe grzbiety odcinały się wyraźnie od zielonego stoku.

— Nie, Temeraire. To są dorosłe owce — rzekł Laurence. — Baranina nie jest już tak smaczna, a poza tym te owce są czyjąś własnością, więc nie możemy ich tak po prostu porwać. Ale może da się załatwić z pasterzem, żeby przeznaczył jedną dla ciebie, gdybyś chciał wrócić tu jutro.

— To bardzo dziwne, że w oceanie jest pełno zwierząt, które można zjeść w każdej chwili, a na lądzie o wszystko trzeba prosić — rzucił Temeraire rozczarowany. — To nie jest w porządku. Przecież on sam ich teraz nie je, a ja jestem głodny.

— Jak tak dalej pójdzie, to aresztują mnie za podsuwanie buntowniczych myśli smokowi — powiedział rozbawiony Laurence. — Rozsiewasz bardzo wywrotowe idee. Pomyśl tylko, być może właścicielem tych owiec jest ten sam człowiek, którego poprosimy wieczorem o smakowite jagnię dla ciebie na kolację. Jeśli zaczniemy kraść mu owce, nie będzie mógł tego zrobić.

— Zjadłbym chętnie jagnię teraz — mruknął Temeraire, lecz nie rzucił się na żadną z owiec, tylko powrócił do kontemplacji chmur. — Czy możemy polecieć do tych chmur? Chciałbym zobaczyć, jak to się dzieje, że się tak poruszają.

Laurence spojrzał z powątpiewaniem na zakryte chmurami zbocze, ale zaraz pomyślał, że nie powinien bez potrzeby udzielać odpowiedzi odmownej; tak często musiał zakazywać mu robienia różnych rzeczy.

— Możemy spróbować, jeśli chcesz — powiedział — chociaż wydaje się to trochę ryzykowne, bo łatwo moglibyśmy znaleźć się od zawietrznej i wpaść na stok.

— Och, w takim razie wyląduję pod nimi i wejdziemy na górę — odparł Temeraire i przywarł do ziemi, wyciągając nisko szyję, żeby Laurence mógł się wspiąć na jego grzbiet. — Tak będzie jeszcze ciekawiej.

Laurence poczuł się trochę dziwnie, spacerując w towarzystwie smoka, a jeszcze dziwniej, kiedy go wyprzedził; wprawdzie jeden krok Temeraire’a wystarczał za dziesięć jego własnych, lecz smok stawiał kolejne kroki bardzo wolno, gdyż wciąż spoglądał w tył i w przód, by zobaczyć, jak gruba warstwa chmur przykrywa zbocze. Wreszcie Laurence ruszył zdecydowanie do przodu i usiadł na ziemi, by poczekać na smoka. Pomimo mgły nie było mu zimno, ponieważ miał na sobie ciepłe ubranie, a także płaszcz nieprzemakalny, który zawsze wkładał przed lotem.

Temeraire posuwał się wolno w górę zbocza i co jakiś czas przerywał kontemplację chmur, by przyjrzeć się jakiemuś kwiatkowi albo kamykowi. Laurence ze zdziwieniem zobaczył, jak w pewnym momencie smok zatrzymał się i wygrzebał z ziemi niewielki kamień, który z podnieceniem doturlał na górę, trącając go pazurem, ponieważ kamień był zbyt mały, by go chwycić w łapy.

Laurence podniósł kamień, niemal tak wielki jak jego pięść, i zobaczył, że jest to dość osobliwy piryt połączony z kwarcem i zwykłą skałą.

— Jak go wypatrzyłeś? — zapytał zaintrygowany, obracając kamień w dłoni i oczyszczając go z ziemi.

— Wystawał trochę z ziemi i błyszczał — wyjaśnił Temeraire. — Czy to złoto? Podoba mi się.

— Nie, to tylko piryt, ale bardzo ładny, prawda? Zdaje się, że należysz do tych stworzeń, które lubią gromadzić różne rzeczy — powiedział Laurence, spoglądając z czułością na Temeraire’a; wiedział, że wiele smoków z natury fascynuje się klejnotami i metalami szlachetnymi. — Obawiam się, że nie jestem dla ciebie wystarczająco bogatym partnerem. Nie będę mógł dać ci stosu złota, na którym byś mógł spać.

— Wolę ciebie od stosu złota, nawet gdyby spało się na nim bardzo wygodnie — odparł Temeraire. — Pokład mi wystarczy.

Powiedział to dość zdawkowym tonem, bynajmniej nie tak, jakby miał to być komplement, i zaraz powrócił do oglądania chmur. Laurence wpatrywał się w niego zaskoczony, ale i ogromnie zadowolony. Nigdy wcześniej nie doznał podobnego uczucia; wyobrażał sobie, że tak mógłby się poczuć tylko w sytuacji, gdyby za czasów jego dowództwa oświadczył, że cieszy się, iż Laurence jest kapitanem: uznanie i sympatia, pochodzące z najbardziej cenionego przez niego źródła, napełniły go pragnieniem udowodnienia, że jest wart tej pochwały.

— Niestety, nie potrafię panu pomóc, sir — rzekł staruszek i drapiąc się za uchem, wyprostował się nad grubą księgą. — Mam tu tuzin woluminów o smoczych rasach i w żadnej nie znalazłem nic na jego temat. Może zmieni ubarwienie, kiedy dorośnie?

Laurence zmarszczył brwi; od przybycia na Maderę przed tygodniem odwiedził już trzeciego naturalistę, lecz żaden z nich nie potrafił mu pomóc w określeniu rasy Temeraire’a.

— Ale — ciągnął księgarz — jest nadzieja. Sir Edward Howe, członek Towarzystwa Królewskiego, przyjechał do wód na naszą wyspę. Odwiedził mój sklep w zeszłym tygodniu. Mieszka, zdaje się, w Porto Moniz, w północno-zachodniej części wyspy, i z pewnością będzie potrafił określić rasę pańskiego smoka. Jest autorem kilku monografii na temat rzadkich ras obu Ameryk i Orientu.

— Bardzo dziękuję za tę wiadomość. Ogromnie mnie to ucieszyło — powiedział rozpogodzony Laurence. Nazwisko Howe’a nie było mu obce, nawet spotkał tego człowieka raz czy dwa w Londynie, więc nie będzie musiał się specjalnie przedstawiać.

Opuścił sklep w pogodnym nastroju, wyposażony w dobrą mapę wyspy i książkę o minerałach dla Temeraire’a. Dzień był wyjątkowo pogodny, a smok wygrzewał się w słońcu po sutym posiłku, wyciągnięty na polu, które przeznaczono dla niego.

Gubernator okazał się bardziej szczodry niż admirał Croft, być może ze względu na obawy mieszkańców zaniepokojonych obecnością głodnego smoka w porcie, sięgnął do publicznej kiesy i sfinansował dostawy bydła i owiec dla Temeraire’a. Temeraire wcale się nie przejął zmianą diety i dalej rósł; teraz już by się nie zmieścił na rufie okrętu, co więcej, zanosiło się, że niebawem będzie dłuższy niż Reliant. Laurence wynajął wiejski domek przy polu za bardzo skromną opłatą, jako że właściciel wyraził nagłą chęć tymczasowej przeprowadzki, tak więc obaj dobrze się mieli.

W wolnych chwilach żałował, że musiał porzucić życie na okręcie, lecz opieka nad Temeraire’em zajmowała mu większość czasu, a na obiad zawsze mógł pójść do miasta. Często spotykał się z Rileyem, innymi oficerami lub znajomymi z miasta, których poznał w czasie służby, tak więc rzadko spędzał wieczór samotnie. Noce też były przyjemne, choć z powodu odległości musiał wracać do domku dość wcześnie. Wśród lokalnych mieszkańców wypatrzył Fernao, milczącego mężczyznę o poważnej twarzy, który nie przestraszył się smoka i przygotowywał znośne śniadania i kolacje.