Выбрать главу

— Niezwykłe. Wewnętrzne pęcherze płucne, które pozwalają im latać, utrzymują je też, jak sądzę, na powierzchni wody, a ponieważ ten osobnik wykluł się na morzu, nie boi się tego żywiołu.

Wzmianka o pęcherzach płucnych stanowiła nową informację dla Laurence’a, który jednak powstrzymał się od dalszych pytań, widząc nadchodzącego smoka.

— Temeraire, to jest sir Edward Howe — powiedział Laurence.

— Witam — odparł Temeraire, spoglądając w dół z takim samym zainteresowaniem, z jakim obserwował go uczony. — Miło mi pana poznać. Czy może mi pan powiedzieć, do jakiej rasy należę?

Sir Edward ani trochę się nie speszył tym bezpośrednim pytaniem i skłonił się.

— Mam nadzieję, że będę w stanie udzielić ci informacji. Czy byłbyś tak dobry i odsunął się na pewną odległość, może do tego drzewa, które tam widzisz, i rozłożył skrzydła, byśmy mogli lepiej ocenić twoją budowę?

Temeraire oddalił się, a sir Edward obserwował jego ruchy.

— Hm, bardzo dziwne, nietypowe, szczególnie to, w jaki sposób unosi ogon. Laurence, mówi pan, że jajo znaleziono w Brazylii?

— Niestety, nie mogę stwierdzić tego z całą pewnością — odparł Laurence, przyglądając się ogonowi Temeraire’a. Nie dostrzegł w nim niczego niezwykłego, ale w końcu nie miał żadnego porównania. Temeraire unosił ogon nad ziemią, kołysząc nim lekko podczas marszu. — Przejęliśmy go z francuskiego pryzu, który musiał płynąć z Rio, bo na to wskazywały oznaczenia na beczułkach z wodą, ale nic więcej nie potrafię powiedzieć. W chwili zdobycia okrętu Francuzi wyrzucili dziennik okrętowy, a kapitan oczywiście nie chciał wyjaśnić, skąd pochodzi jajo. Ale sądzę, że nie wchodzi w grę jakieś dalsze miejsce, ze względu na długość kursu.

— Och, to akurat nie jest takie pewne — odparł sir Edward. — Niektóre podgatunki dojrzewają w jaju nawet do dziesięciu lat, a dwadzieścia miesięcy to przeciętny okres. Dobry Boże.

Temeraire właśnie rozłożył skrzydła, wciąż ociekające wodą.

— Tak? — zapytał Laurence z nadzieją w głosie.

— Laurence, mój Boże, te skrzydła — zawołał sir Edward i popędził brzegiem do Temeraire’a.

Laurence zamrugał i pobiegł za nim, ale dogonił go dopiero przy smoku. Sir Edward dotykał jednego z sześciu palców, które dzieliły skrzydło na części, i przyglądał mu się z ogromnym zainteresowaniem. Temeraire stał spokojnie, spoglądając do tyłu, i najwyraźniej nie miał nic przeciwko takiemu badaniu.

— Czy zatem rozpoznaje go pan? — zapytał ostrożnie Laurence. Sir Edward był dość przejęty.

— Czy rozpoznaję? Nie w tym sensie, że widziałem już podobny okaz wcześniej, bo w całej Europie żyją może trzy osoby, które oglądały podobnego smoka, lecz to jedno spotkanie dało mi dość materiału na wykład w Towarzystwie Królewskim — odpowiedział sir Edward. — Te skrzydła mówią same za siebie, a także liczba szponów: to Cesarski z Chin, choć nie potrafię określić z której linii. Och, Laurence, co za skarb!

Laurence wpatrywał się zdumiony w skrzydła smoka; nie przyszło mu do głowy, że ich budowa, przypominająca wachlarz, jest niezwykła, podobnie jak pięć szponów, którymi były zakończone łapy Temeraire’a.

— Cesarski? — powiedział i uśmiechnął się niepewnie. Przez chwilę myślał, że może sir Edward żartuje sobie z niego. Chińczycy hodowali smoki tysiące lat przed tym, zanim Rzymianie udomowili dzikie rasy w Europie, i pilnie strzegli swoich osiągnięć, rzadko kiedy pozwalając nawet dorosłym osobnikom pomniejszych ras na opuszczanie granic kraju. Niedorzeczny wydawał się pomysł, by Francuzi wieźli przez Atlantyk jajo Cesarskiego na pokładzie trzydziestosześciodziałowej fregaty.

— Czy to dobra rasa? — zapytał Temeraire. — Czy będę potrafił zionąć ogniem?

— Mój drogi smoku, jesteś przedstawicielem najlepszej z możliwych ras, a cenniejsi i rzadsi są tylko Niebiańscy. Gdybyś był jednym z nich, to Chińczycy pewnie rozpętaliby wojnę, dowiedziawszy się, że cię zaprzęgliśmy, więc należy się cieszyć, że tak nie jest — rzekł sir Edward. — A co do ziania ogniem, to choć nie mogę tego całkiem wykluczyć, wydaje mi się to mało prawdopodobne. Hodując smoki, Chińczycy skupiają się przede wszystkim na ich inteligencji i wdzięku; tak bardzo dominują w powietrzu, że nie muszą się już troszczyć o wprowadzanie takich agresywnych cech w poszczególnych liniach. Pośród ras orientalnych można by się ich raczej spodziewać u smoków japońskich.

— Aha — mruknął Temeraire nieco zasmucony.

— Temeraire, daj spokój, to najbardziej fantastyczne wieści, jakich można by się spodziewać — rzekł Laurence przekonany wreszcie, że to nie żart. Mimo to nie potrafił powstrzymać kolejnego pytania: — Sir, czy jest pan pewien?

— Och, tak — powiedział sir Edward, ponownie przypatrując się skrzydłu. — Proszę tylko spojrzeć na tę delikatną błonę, jednolitość umaszczenia na całym ciele i harmonię barwy oczu i plam na skórze. Od razu powinienem był zauważyć, że należy do chińskiej rasy, bo przecież nie może być dzikim okazem, a żaden europejski czy inkaski hodowca nie potrafiłby osiągnąć takiego efektu. To by też tłumaczyło, dlaczego potrafi pływać: o ile dobrze pamiętam, chińskie smoki często gustują w wodzie.

— Cesarski — mruknął Laurence, gładząc ze zdumieniem bok Temeraire’a. — Niewiarygodne. Powinni byli wysłać go pod eskortą połowy floty albo też posłać do niego opiekuna.

— Może nie wiedzieli, co mają — powiedział sir Edward. — Trudno jest rozpoznać chińską rasę po wyglądzie samego jaja, bo jego jedyną charakterystyczną cechą jest faktura podobna do najlepszej porcelany. A skoro już o tym mówimy, to pewnie nie ma pan okruchów skorupy? — zapytał z nadzieją w głosie.

— Nie, ale być może zachowali je marynarze — odparł Laurence. — Chętnie popytam. Jestem panu ogromnie wdzięczny.

— Ależ nie ma o czym mówić. To ja powinienem podziękować. Pomyśleć tylko, że miałem okazję zobaczyć Cesarskiego — i z nim porozmawiać! — Skłonił głowę przed Temeraire’em. — Być może jestem jedynym Anglikiem, którego spotkał ten zaszczyt, choć hrabia de la Perouse napisał w swoich dziennikach, że rozmawiał z takim smokiem w Korei, na dworze tamtejszego króla.

— Chętnie o tym przeczytam — rzekł Temeraire. — Laurence, zdobędziesz dla mnie egzemplarz tych dzienników?

— Na pewno spróbuję — odparł Laurence. — Byłbym też wdzięczny, sir, gdyby polecił mi pan inne lektury. Pragnąłbym poznać zwyczaje i zachowanie tej rasy.

— No cóż, obawiam się, że nie ma zbyt wielu cennych źródeł. Ale pan niedługo będzie wiedział na ten temat więcej niż najlepsi europejscy eksperci — powiedział sir Edward. — Oczywiście dostarczę panu listę książek, sam też posiadam teksty, które chętnie panu pożyczę, między innymi dzienniki de la Perouse’a. Jeśli Temeraire zechciałby tutaj zaczekać, moglibyśmy udać się po nie do mojego hotelu już teraz. Obawiam się, że jego obecność w wiosce nie byłaby pożądana.

— Oczywiście, że poczekam. Pójdę jeszcze popływać — rzekł Temeraire.

Wypiwszy herbatę w towarzystwie sir Edwarda i zabrawszy od niego kilka książek, Laurence znalazł pasterza gotowego przyjąć jego pieniądze, tak więc mógł nakarmić Temeraire’a, zanim wyruszyli w drogę powrotną. Jednakże sam musiał zaciągnąć na plażę owcę, która wyrywała się wściekle i beczała żałośnie jeszcze na długo przed zbliżeniem się do smoka. W końcu Laurence zarzucił ją sobie na plecy, a przestraszone zwierzę w akcie zemsty wypróżniło się na niego, zanim zrzucił je przed głodnym Temeraire’em.

Podczas gdy smok się pożywiał, on rozebrał się do naga i w miarę możliwości oczyścił ubranie w wodzie, a potem rozłożył mokre rzeczy na ciepłych skałach i obaj skoczyli do wody. Laurence nie był najlepszym pływakiem, ale uczepiony Temeraire’a odważył się zapuścić na głębszą wodę, gdzie smok mógł swobodnie pływać. Pogodny nastrój Temeraire’a był zaraźliwy i wkrótce także Laurence poddał się wesołości, zaczął ochlapywać wodą smoka i nurkować pod nim.