Выбрать главу

Woda była przyjemnie ciepła i w wielu miejscach wystawały z niej skały na tyle duże, by mogli wdrapać się na nie i odpocząć, często razem na jednej wysepce. Minęło kilka godzin i słońce zachodziło szybko, kiedy wreszcie wyprowadził Temeraire’a na brzeg. Był nieco zakłopotany, choć zadowolony z tego, że inni plażowicze oddalili się na bezpieczną odległość, bo z pewnością by się zawstydził, gdyby inni zobaczyli, że dokazuje w wodzie niczym chłopiec.

Słońce grzało im przyjemnie plecy, kiedy lecieli z powrotem nad wyspą do Funchalu, ogromnie zadowoleni, z cennymi książkami zawiniętymi w nieprzemakalny materiał i przywiązanymi do uprzęży.

— Poczytam ci wieczorem dzienniki — powiedział Laurence, W tej samej chwili gdzieś przed nimi rozległ się głośny dźwięk podobny do sygnału trąbki.

Zaskoczony Temeraire zawisł w powietrzu, a potem odpowiedział rykiem, trochę niepewnie, i pomknął przed siebie. Laurence dostrzegł źródło dźwięku; był to bladoszary smok z białymi plamami na brzuchu i białymi prążkami na skrzydłach, lecący wysoko nad nimi i niemal niewidoczny na tle chmur.

Obcy smok szybko opadł i leciał równolegle z nimi. Był mniejszy niż Temeraire, który przecież jeszcze rósł, za to potrafił szybować na jednym uderzeniu skrzydeł o wiele dłużej. Dosiadał go jeździec w ubraniu z szarej skóry, dopasowanej do umaszczenia smoka, z ciężkim kapturem. Mężczyzna rozpiął kilka sprzączek i zsunął kaptur na plecy.

— Kapitan James na Volatilusie, służba kurierska — oznajmił, przyglądając się Laurence’owi z wyraźnym zaciekawieniem.

Laurence zawahał się, bo choć domyślał się, że należało odpowiedzieć, to nie miał pewności, jak ma siebie określić, jako że oficjalnie nie został jeszcze zwolniony ze służby w marynarce ani też wcielony do Korpusu.

— Kapitan Laurence z Marynarki Wojennej Jego Królewskiej Mości — przedstawił się w końcu. — Na Temerairze. Chwilowo bez przydziału. Udaje się pan do Funchalu?

— Marynarki Wojennej…? Tak, i sądzę, że pan też powinien to zrobić, po tym, co usłyszałem — odparł James. Miał pogodną pociągłą twarz, która jednak się zachmurzyła, gdy usłyszał odpowiedź Laurence’a. — Jaki jest wiek tego smoka i skąd go pan ma?

— Wyklułem się trzy tygodnie i pięć dni temu, a Laurence zdobył mnie w bitwie — oświadczył Temeraire, zanim Laurence zdążył cokolwiek powiedzieć. — A ty jak poznałeś Jamesa? — zwrócił się do smoka.

Volatilus zamrugał ogromnymi mlecznoniebieskimi oczami i odparł radośnie:

— Wyklułem się! Z jaja!

— Och? — westchnął Temeraire niepewnie i spojrzał ze zdziwieniem na Laurence’a.

Laurence potrząsnął szybko głową, nakazując mu milczenie.

— Sir, jeśli ma pan jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem na nie na ziemi — powiedział chłodno do Jamesa; w głosie tamtego pobrzmiewał apodyktyczny ton, który wcale mu się nie spodobał. — Obaj z Temeraire’em kwaterujemy na peryferiach miasta. Będziecie nam towarzyszyć czy też mamy polecieć za wami na wasze lądowisko?

James, który wciąż wpatrywał się zaskoczony w Temeraire’a, odpowiedział nieco cieplejszym tonem:

— Och, polećmy do was, bo gdy tylko wyląduję oficjalnie, natychmiast obiegną mnie ludzie, którzy czekają na wysłanie swoich przesyłek, i nie będziemy mogli porozmawiać.

— Dobrze, nasze pole znajduje się na południowy zachód od miasta — powiedział Laurence. — Poprowadź, proszę, Temeraire.

Szary smok z łatwością nadążał za nimi, chociaż Laurence podejrzewał, że Temeraire dyskretnie próbował zostawić go z tyłu. Jednak nie było wątpliwości co do tego, że specjalnością Volatilusa jest prędkość. Angielscy hodowcy, którzy mieli do dyspozycji ograniczoną liczbę osobników, potrafili osiągnąć bardzo specyficzne wyniki, lecz w przypadku tego osobnika z pewnością nie była to inteligencja.

Wylądowali razem, witani rykiem zaniepokojonego bydła Przeznaczonego na kolację dla Temeraire’a.

— Temeraire, bądź dla niego miły — rzucił cicho Laurence. — Niektóre smoki nie grzeszą bystrością umysłu, podobnie jak niektórzy ludzie. Pamiętasz Billa Swallowa z Relianta?

— Och, tak — odpowiedział Temeraire, równie cicho. — Rozumiem, co masz na myśli. Będę ostrożny. Myślisz, że miałby ochotę na jedną z moich krów?

— Czy twój smok zjadłby coś? — zapytał Laurence Jamesa, kiedy obaj znaleźli się na ziemi. — Temeraire jadł już po południu, więc może poczęstować go krową.

— No cóż, to bardzo miło z waszej strony — odparł James wyraźnie zadowolony. — Z pewnością miałby na to ochotę, prawda, ty nienażarta bestio? — dodał czułym tonem i poklepał Volatilusa po szyi.

— Krowy! — powiedział Volatilus, gapiąc się na bydło.

— Chodź i posil się ze mną, możemy zjeść tam — powiedział Temeraire do mniejszego szarego smoka, po czym przysiadł na zadnich łapach i pochylił się nad ogrodzeniem wybiegu, by chwycić dwie krowy. Położył je w miejscu porośniętym czystą, niewydeptaną trawą i skinął na Volatilusa, który natychmiast do niego przytruchtał.

— Okazujecie niespotykaną wspaniałomyślność — powiedział James do Laurence’a, kiedy ten prowadził go do swojego domku. — Nigdy dotąd nie widziałem, żeby któryś z tych większych chciał się podzielić jedzeniem. Co to za rasa?

— Nie jestem ekspertem, a smok dostał się w nasze ręce bez podanego pochodzenia, lecz sir Edward Howe dopiero co go oglądał i uznał, że należy do Cesarskich — wyjaśnił Laurence, nieco zakłopotany. Nie chciał, by wyglądało, że się popisuje, ale przecież była to prawda i nie mógł inaczej mówić o tym ludziom.

James potknął się z wrażenia o próg i omal nie wpadł na Fernao.

— Czy ty… Boże, nie, ty nie żartujesz — powiedział już bardziej opanowany i oddał służącemu swój skórzany płaszcz. — Jak go znalazłeś i w jaki sposób udało ci się nałożyć mu uprząż?

Laurence nigdy by nie śmiał wypytywać swego gospodarza w tak bezpośredni sposób, lecz pominął milczeniem maniery Jamesa, uznając, że okoliczności pozwalają na pewną swobodę w zachowaniu.

— Chętnie ci opowiem — powiedział, prowadząc gościa do bawialni. — Szczerze mówiąc, liczę na twoją radę co do dalszego postępowania. Napijesz się herbaty?

— Tak, chociaż wolałbym kawę, jeśli masz — powiedział James, przysuwając sobie krzesło do kominka. Rozsiadł się na nim wygodnie z nogą przerzuconą przez poręcz. — Piekielnie dobrze jest móc usiąść na chwilę; byliśmy w powietrzu przez siedem godzin.

— Siedem godzin? To pewnie jesteś wykończony — rzucił ze zdumieniem Laurence. — Nie wiedziałem, że potrafią latać tak długo.

— Długo? Zaliczałem już czternastogodzinne loty — odparł James. — Ale z twoim smokiem bym tego nie próbował. Volly przy dobrej pogodzie potrafi szybować, uderzając skrzydłami raz na godzinę. — Ziewnął szeroko. — Mimo wszystko to nie takie proste, szczególnie przy prądach powietrznych nad oceanem.

Fernao przyniósł kawę i herbatę, a gdy ich obsłużył, Laurence opowiedział pokrótce, w jaki sposób zdobył Temeraire’a i jak nałożył mu uprząż, James zaś słuchał zdumiony, wypił pięć filiżanek kawy i zjadł dwa talerze kanapek.