Выбрать главу

— Widzisz więc, że czuję się trochę zagubiony. Admirał Croft przygotował wiadomość dla Korpusu na Gibraltarze z prośbą o instrukcje, którą, jak sądzę, ty zabierzesz, ale szczerze mówiąc, byłbym wdzięczny za jakąś wskazówkę co do tego, czego mogę się spodziewać.

— Obawiam się, że zwróciłeś się do niewłaściwej osoby — rzucił James pogodnym tonem, wlewając w siebie szóstą filiżankę kawy. — Nigdy wcześniej nie spotkałem się z podobnym przypadkiem i nawet nie potrafię ci nic doradzić w kwestii szkolenia. Do służby kurierskiej zostałem odkomenderowany w wieku dwunastu lat, a gdy miałem czternaście, dosiadłem Volly’ego. Czeka cię niezła orka z twoją pięknością. Ale — dodał — oszczędzę ci czekania. Zajrzę na lądowisko, odbiorę pocztę i jeszcze dzisiejszego wieczoru wyruszę z wiadomością od twojego admirała. Nie zdziwiłbym się, gdyby jakiś starszy złożył ci jutro wizytę jeszcze przed obiadem.

— Starszy…? — powtórzył Laurence, nieco zagubiony. James zachowywał się coraz swobodniej, w miarę jak pochłaniał coraz więcej kawy.

— Kapitan — wyjaśnił James. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, zdejmując nogę z poręczy, a potem wstał i stanął na palcach, żeby się przeciągnąć. — Będzie z ciebie awiator; już prawie zapomniałem, że jeszcze nim nie jesteś.

— Dziękuję za komplement — rzekł Laurence, choć w głębi serca bardziej mu zależało na tym, żeby James nie zapomniał o jego sprawie. — Ale chyba nie będziesz leciał nocą?

— Oczywiście, że będę. Przy takiej pogodzie nie ma co się tu szwendać. Kawa postawiła mnie na nogi, a Volly po takiej wołowej uczcie mógłby polecieć do Chin i z powrotem — powiedział. — Poza tym na Gibraltarze mamy lepszą bazę. No to uciekam — rzucił, opuścił bawialnię, zabrał płaszcz i wyszedł na zewnątrz, pogwizdując. Laurence stał zaskoczony i dopiero po chwili ruszył za nim.

Volly natychmiast przybiegł do Jamesa w radosnych podskokach, paplając z przejęciem o krowach i „Temrerze”, bo tylko tak potrafił wymówić imię Temeraire’a. James poklepał go i wspiął się na jego grzbiet.

— Jeszcze raz dzięki. Na pewno się spotkamy, jeśli będziesz się szkolił na Gibraltarze — powiedział i machnął ręką na pożegnanie. Zatrzepotały szare skrzydła i niebawem jeździec i smok byli już tylko szybko kurczącym się punktem na ciemniejącym niebie.

— Bardzo się ucieszył z tej krowy — powiedział po chwili Temeraire, stojąc u boku Laurence’a i patrząc w dal.

Laurence roześmiał się, usłyszawszy tę nieśmiałą pochwałę, i podrapał delikatnie Temeraire’a po karku.

— Przykro mi, że twoje pierwsze spotkanie z innym smokiem nie wypadło zbyt pomyślnie — powiedział. — Ale obaj zabiorą na Gibraltar wiadomość od admirała Crofta, tak więc niebawem będziesz miał okazję poznać tęższe umysły.

James nie pomylił się w swoich przewidywaniach, tak więc kiedy Laurence wyruszył do miasta popołudniem następnego dnia, nad portem przesunął się ogromny cień. Spojrzawszy w górę, ujrzał ogromną rudozłotą bestię, która szybowała nad jego głową, zmierzając ku lądowisku wyznaczonemu na skraju miasta. Od razu skierował się ku HMS Commendable, spodziewając się stamtąd jakiejś wiadomości, i całkiem słusznie, bo w połowie drogi spotkał zdyszanego młodego midszypmena, który mu oznajmił, że ma się stawić u admirała Crofta.

W prywatnej kabinie Crofta czekało na niego dwóch awiatorów: kapitan Portland, wysoki, szczupły mężczyzna o surowych rysach i orlim nosie, który sam przypominał trochę smoka, i porucznik Dayes, ledwo dwudziestoletni młodzieniec z długim warkoczem spłowiałych rudych włosów, z którymi dobrze współgrały jasne brwi, i nieprzyjazną miną. Obaj byli wyniośli, co podobno mieli w zwyczaju wszyscy awiatorzy, i w przeciwieństwie do Jamesa najwyraźniej nie mieli ochoty zmieniać nastawienia do Laurence’a.

— No cóż, Laurence, szczęściarz z ciebie — zaczął Croft, gdy tylko Laurence przebrnął przez sztywną ceremonię prezentacji. — W końcu jednak wrócisz na Relianta.

Laurence natychmiast porzucił rozmyślania o awiatorach.

— Słucham? — zapytał.

Portland zerknął na Crofta z pogardą, sugerując, że uwaga o szczęściu była nietaktowna, jeśli nie obraźliwa.

— Bez wątpienia wyświadczył pan Korpusowi bardzo szczególną przysługę — powiedział zimno do Laurence’a — ale mam nadzieję, że nie będziemy musieli już dłużej pana trudzić. Porucznik Dayes zwolni pana z obowiązku.

Zdezorientowany Laurence popatrzył na Dayesa, który odpowiedział mu wojowniczym spojrzeniem.

— Sir — rzekł wolno, usiłując zebrać myśli — wydawało mi się, że nie zmienia się opiekuna smoka i że musi on być obecny przy jego wykluciu. Czyżbym się mylił?

— Rzeczywiście tak się dzieje w normalnych okolicznościach — odparł Portland. — Jednakże w ponad połowie przypadków utraty opiekuna, z powodu choroby lub ran, udaje się nam nakłonić smoka do zaakceptowania nowego awiatora. Spodziewam się, że obecny tu młodzieniec poradzi sobie z Temeraire’em — wypowiedział to imię przeciągle i z lekkim niesmakiem — a ten zgodzi się na zmianę.

— Rozumiem — odparł Laurence, bo tylko tyle zdołał z siebie wydusić. Trzy tygodnie temu ta wiadomość bardzo by go ucieszyła, lecz teraz wydała mu się dziwnie niewłaściwa.

— Oczywiście jesteśmy panu wdzięczni — ciągnął Portland, uznawszy być może, że powinien zdobyć się na trochę uprzejmości. — Lecz smok sprawi się o wiele lepiej w rękach wyszkolonego awiatora, ponadto jestem pewien, że Królewska Marynarka niechętnie poświęciłaby tak oddanego oficera.

— Jest pan bardzo uprzejmy, sir — odparł sztywno Laurence, skłaniając głowę. Komplement był wymuszony, ale reszta wypowiedzi zabrzmiała szczerze i sensownie. Z pewnością Temeraire spisze się lepiej w rękach wyszkolonego awiatora, który będzie nim należycie kierował, podobnie jak okręt powinien być dowodzony przez prawdziwego żeglarza. Temeraire dostał się pod jego opiekę zupełnie przypadkiem, tak więc teraz, kiedy poznał jego niezwykłą naturę, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że smok zasługuje na godnego siebie partnera. — To oczywiste, że wolicie kogoś wyszkolonego, jeśli to możliwe, cieszę się więc, jeśli mogłem jakoś pomóc. Czy od razu mam zaprowadzić pana Dayesa do Temeraire’a?

— Nie! — rzucił gwałtownie Dayes i zaraz urwał, zgromiony spojrzeniem Portlanda.

Kapitan odpowiedział bardziej uprzejmym tonem:

— Nie, dziękujemy, kapitanie. Wręcz przeciwnie, będziemy postępować tak, jakby opiekun smoka zmarł, zgodnie z przyjętymi procedurami, które mają doprowadzić do tego, żeby smok przyzwyczaił się do nowego opiekuna. Dlatego byłoby najlepiej, gdyby pan już więcej nie spotykał się ze smokiem.

To był cios. Laurence już chciał zaprotestować, lecz ostatecznie zacisnął tylko usta i skłonił głowę. Jeśli ma to pomóc, to wypełni swój obowiązek i będzie się trzymał z daleka.

Mimo to poczuł się bardzo nieprzyjemnie na myśl o tym, że już nigdy nie zobaczy Temeraire’a. Takie rozstanie bez miłego pożegnania przypominało dezercję. Opuszczał pokład Commendable’a przepełniony smutkiem i był w podłym nastroju do wieczora. Umówił się z Rileyem i Wellsem na kolację i kiedy wchodził do hotelowej sali, gdzie obaj już na niego czekali, z trudem zdobył się na uśmiech i powiedział:

— No cóż, panowie, wygląda na to, że jednak nie uda wam się mnie pozbyć.

Spojrzeli na niego zaskoczeni, lecz już niebawem gratulowali mu z entuzjazmem i wznosili toast za jego wolność.

— Nie słyszałem lepszych wieści od dwóch tygodni — rzekł Riley, wznosząc kieliszek. — Pańskie zdrowie, sir. — Jego słowa zabrzmiały szczerze, choć przecież miało go to kosztować awans więc bardzo to poruszyło Laurence’a. Świadomość, że ma przy sobie prawdziwych przyjaciół, nieco rozwiała jego smutek, zatem wzniósł kieliszek, będąc bliski swojego normalnego nastroju.