Выбрать главу

— Niemniej jednak dość dziwnie to załatwili — zauważył Wells trochę później, wysłuchawszy krótkiego sprawozdania Laurence’a ze spotkania. — Niemalże obrazili pana, sir, i flotę. Jakby oficer marynarki nie był dla nich dość dobry.

— Nie, nie — zaprzeczył Laurence, choć w duchu wcale nie był przekonany, czy ma rację. — Jestem pewien, że mają na względzie przede wszystkim dobro Temeraire’a, i słusznie, a także dobro Korpusu. Nie ma co się dziwić, że się nie ucieszyli, kiedy dowiedzieli się, że tak cennego smoka dosiadł ktoś niewyszkolony, podobnie jak nam by się nie spodobało, gdyby dowództwo nad okrętem liniowym oddano oficerowi wojsk lądowych.

Tak powiedział i naprawdę tak myślał, lecz nie przyniosło mu to wielkiej ulgi. W miarę upływu wieczoru coraz bardziej odczuwał żal z powodu rozstania, pomimo dobrego towarzystwa i dobrego jedzenia. Ta nagła zmiana była bardzo bolesna, bo już się przyzwyczaił do wieczorów spędzanych w towarzystwie Temeraire’a, któremu czytał, z którym rozmawiał, u którego boku spał. Wiedział, że nieudolnie ukrywa swoje uczucia, bo Riley i Wells spoglądali na niego z niepokojem, wypełniając jego milczenie rozmową, ale nie potrafił udać radości, która by dodała im otuchy.

Podano właśnie pudding, którego zamierzał spróbować, gdy do sali wbiegł chłopiec z wiadomością: kapitan Portland wzywał go pilnie do wiejskiego domu. Laurence wstał natychmiast od stołu, udzielając towarzyszom krótkiego wyjaśnienia, i wybiegł na ulicę bez płaszcza. Nie przeszkadzało mu to, bo noc była ciepła, a on szedł szybko; kiedy dotarł do wiejskiego domu, żałował, że nie może zdjąć chusty z szyi.

W środku paliło się światło; ponieważ dom był położony blisko pola, oddał go do dyspozycji kapitana Portlanda. Kiedy Fernao otworzył drzwi, Laurence wszedł i zobaczył, że Dayes siedzi przy stole z głową w dłoniach, w towarzystwie kilku innych młodzieńców w mundurach Korpusu, Portland zaś stoi przy kominku, wpatrując się w ogień z nasrożoną miną.

— Czy coś się stało? — zapytał Laurence. — Temeraire jest chory?

— Nie — odparł krótko Portland — nie chce zaakceptować zmiany.

Dayes zerwał się nagle ze swojego miejsca i zrobił krok w stronę Laurence’a.

— Tak nie może być! Cesarski w rękach jakiegoś niewyszkolonego durnia z floty… — zawołał. Jego przyjaciele powstrzymali go, zanim powiedział coś więcej, lecz wyraz jego twarzy pozostał bardzo agresywny, tak więc Laurence od razu chwycił za rękojeść szpady.

— Musisz pan za to odpowiedzieć — warknął gniewnie — tego już za wiele.

— Przestańcie, nie pojedynkujemy się w Korpusie — rzekł Portland. — Andrews, na miłość boską, zapakuj go do łóżka i daj mu laudanum.

Młody mężczyzna, który trzymał Dayesa za lewe ramię, skinął głową i z pomocą trzech kolegów wyciągnął z pokoju szarpiącego się porucznika. Laurence i Portland zostali w pokoju sami, jeśli nie liczyć Fernao, który stał w kącie z kamienną twarzą, trzymając tacę z karafką porto.

Laurence obrócił się na pięcie do Portlanda.

— Dżentelmenowi nie wolno tolerować podobnych uwag.

— Zycie awiatora nie należy tylko do niego i nie wolno mu go narażać bezcelowo — odparł Portland beznamiętnym tonem. — Nie pojedynkujemy się w Korpusie.

Powtórzone oświadczenie miało wagę prawnego nakazu więc Laurence musiał być posłuszny. Rozluźnił dłoń, lecz na jego twarzy pozostał gniewny rumieniec.

— W takim razie musi przeprosić, sir, mnie i Marynarkę Wojenną, bo była to haniebna uwaga.

— A pan nigdy pewnie nie wygłaszał czy choćby nie słyszał równie haniebnych uwag o awiatorach albo Korpusie?

Laurence zamilkł w obliczu tak jawnej cierpkości Portlanda. Wcześniej nie przyszło mu do głowy, że sami awiatorzy z pewnością słyszeli takie uwagi i oburzali się na nie; teraz zrozumiał, jak to odbierali, skoro nawet nie mogli zareagować z powodu kodeksu Korpusu.

— Panie kapitanie — odezwał się wreszcie, już bardziej spokojnie — gdyby kiedykolwiek wygłoszono podobną uwagę w mojej obecności, bo sam nigdy tego nie zrobiłem, to z pewnością bym się temu przeciwstawił w miarę możliwości. Nigdy nie miałem ochoty wysłuchiwać obraźliwych słów skierowanych przeciw któremukolwiek rodzajowi sił zbrojnych Jego Królewskiej Mości, i tak już pozostanie.

Teraz zamilkł Portland i dopiero po chwili przemówił, choć wciąż z niechęcią w głosie.

— Niesłusznie pana oskarżyłem, za co przepraszam. Mam nadzieję, że Dayes też to uczyni, gdy się opanuje. Przeżył gorzkie rozczarowanie, stąd te słowa.

— Z tego, co pan powiedział, wnioskuję, że istniało pewne ryzyko — rzekł Laurence. — Nie powinien był robić sobie tak wielkich nadziei, ale z pewnością zdoła osiągnąć cel ze świeżo wyklutym smokiem.

— Podjął ryzyko — powiedział Portland. — Stracił prawo do awansu. Nie dostanie pozwolenia na kolejną próbę, chyba że wywalczy je w ogniu, co wydaje się mało prawdopodobne.

A zatem Dayes był w takiej samej sytuacji jak Riley przed ich ostatnim rejsem, tyle że miał jeszcze mniejsze szanse, bo przecież smoki były rzadkością w Anglii. Laurence wciąż czuł się urażony, ale teraz lepiej rozumiał uczucia tamtego. Mimo woli zrobiło mu się żal Dayesa, który przecież był tylko chłopcem.

— Rozumiem i jestem gotów przyjąć przeprosiny — powiedział; na nic więcej nie było go stać.

Portland odetchnął z ulgą.

— Miło mi to słyszeć — rzekł. — A teraz najlepiej będzie, jak pójdzie pan porozmawiać z Temeraire’em. Stęsknił się za panem i bynajmniej się nie ucieszył, kiedy go poproszono o przyjęcie nowego opiekuna. Sądzę, że spotkamy się jutro, by znowu porozmawiać. Pańska sypialnia pozostała nietknięta, więc nie musi się pan przeprowadzać.

Laurence nie potrzebował specjalnej zachęty i kilka chwil później już zmierzał dużymi krokami w kierunku pola. Gdy się zbliżył, dostrzegł wreszcie zarys postaci Temeraire’a w blasku półksiężyca; smok leżał zwinięty w kłębek niemal nieruchomo, dotykając pazurami złotego łańcucha, który trzymał w łapach.

— Temeraire — odezwał się Laurence, przechodząc przez furtkę; majestatyczna głowa od razu się uniosła.

— Laurence? — spytał smok; przykro było słyszeć niepewność w jego głosie.

— Tak, to ja — odparł Laurence i podbiegł do smoka. Temeraire dotknął go ostrożnie pyskiem i otoczył przednimi łapami i skrzydłami, wydając ciche, gardłowe pomruki, a Laurence pogłaskał jego gładki nos.

— Powiedział, że nie lubisz smoków i chcesz wrócić na swój okręt — rzekł Temeraire bardzo zasmucony. — Powiedział, że latałeś ze mną tylko z obowiązku.

Laurence zapłonął gniewem. Gdyby w tej chwili ujrzał Dayesa, rzuciłby się na niego i porządnie go obił.

— Kłamał, Temeraire — powiedział z trudem, bo wściekłość pozbawiła go tchu.

— Tak też myślałem — odparł Temeraire. — Ale nie było miło to usłyszeć. Do tego próbował zabrać mi łańcuch. Bardzo mnie tym rozgniewał. I nie chciał odejść, dopóki go nie przepędziłem, a potem ty wciąż nie wracałeś. Pomyślałem, że może nie pozwolił ci do mnie przychodzić, a nie wiedziałem, gdzie cię szukać.

Laurence pochylił się i przytulił policzek do miękkiej i ciepłej skóry.

— Bardzo mi przykro — powiedział. — Przekonali mnie, że lepiej będzie dla ciebie, jeśli ustąpię i pozwolę mu spróbować, ale powinienem był się domyślić, co to za jeden.