— Tak, w hrabstwie Inverness. To jedna z naszych największych kryjówek, a z pewnością najlepsza, jeśli chodzi o intensywny trening — wyjaśnił Powys. — Porucznik Greene, który czeka na zewnątrz, wskaże panu drogę i wyznaczy kryjówkę, w której będzie się pan mógł zatrzymać na noc podczas podróży. Wierzę, że dotrze pan do celu bez kłopotów.
Zabrzmiało to jak rozkaz odmeldowania się i Laurence domyślił się, że nie zdoła dowiedzieć się niczego więcej. Tak czy owak, miał wielką prośbę.
— Porozmawiam z nim, sir — odpowiedział. — Jeśli jednak byłoby to możliwe, chciałbym zatrzymać się na noc w domu rodzinnym w Nottinghamshire; Temeraire miałby tam dość miejsca, a także jeleni, żeby się pożywić. — O tej porze roku jego rodzice będą w mieście, ale Galmanowie często pozostawali na wsi, więc miałby szansę zobaczyć się z Edith, choćby tylko na krótko.
— Ależ oczywiście — rzekł Powys. — Przykro mi, że nie mogę udzielić panu dłuższego urlopu, na który bez wątpienia pan zasłużył, ale zależy nam na czasie i nawet tydzień może mieć ogromne znaczenie.
— Dziękuję, sir, doskonale to rozumiem — powiedział Laurence, skłonił głowę i wyszedł.
Wyposażony przez porucznika Greene’a w doskonałą mapę z trasą przelotu, natychmiast rozpoczął przygotowania. Jeszcze w Dover nabył tuzin lekkich pudeł modniarskich, bo uznał, że dzięki cylindrycznemu kształtowi będą lepiej przylegać do ciała Temeraire’a, i teraz zapakował do nich swoje rzeczy. Wiedział, że wygląda dość dziwnie, znosząc do smoka pudła bardziej pasujące do damskich kapeluszy, lecz kiedy zawiesił je pod brzuchem Temeraire’a i zobaczył, jak nieznacznie zmieniają jego profil, uznał swój pomysł za udany.
— Są całkiem wygodne, w ogóle ich nie czuję — zapewni! go Temeraire, po czym wspiął się na tylne łapy i załopotał skrzydłami, żeby sprawdzić, czy bagaż dobrze się trzyma, tak jak to robiła Laetificat. — Nie możemy dostać takiego namiotu? Byłoby ci wygodniej, gdybyś mógł się schować przed wiatrem.
— I tak bym nie wiedział, jak go rozłożyć, mój drogi — odparł Laurence, wzruszony troskliwością smoka. — Dam sobie radę. W tym skórzanym płaszczu, który mi dali, będzie mi całkiem ciepło.
— Z namiotem trzeba zaczekać, aż będziesz miał odpowiednią uprząż, ponieważ trzeba go zapiąć karabińczykami. To co, Laurence, jesteś gotowy? — Bowden pojawił się niespodziewanie i wtrącił do ich rozmowy. Stanął przy Laurensie i pochylił się nieco, by lepiej obejrzeć pudła podwieszone przy ciele smoka. — Hm, widzę, że dla własnej wygody jest pan gotów wywrócić do góry nogami wszystkie nasze zwyczaje.
— Mam nadzieję, że nie, sir — odparł Laurence, starając się opanować. Wiedział, że nie powinien zrażać do siebie człowieka, który jest jednym z wyższych dowódców Korpusu i może współdecydować o przydziale Temeraire’a. — Ale mój kufer był nieporęczny, a te pudła wydały mi się najlepszym doraźnym rozwiązaniem.
— Pewnie się nadadzą — odparł Bowden i wyprostował się. — Mam nadzieję, że z taką samą łatwością, z jaką pozbył się pan swojej skrzyni, pozbędzie się pan innych morskich zwyczajów, bo teraz, Laurence, musi pan być awiatorem.
— Jestem awiatorem, sir, i to z własnej woli — rzekł Laurence. — Ale nie mogę udawać, że zamierzam porzucić wyrobione w ciągu całego życia nawyki i sposób myślenia. Nie sądzę, by to było możliwe, nawet gdybym bardzo się starał.
Na szczęście Bowden przyjął jego słowa ze spokojem i tylko pokręcił głową.
— Pewnie nie. No cóż, tego się spodziewałem, ale wyjaśnijmy sobie jedno. Będę wdzięczny, jeśli powstrzyma się pan od rozmów o szkoleniu z kimkolwiek spoza Korpusu. Jego Królewska Mość daje nam wolną rękę w wykonywaniu naszych obowiązków i nie interesują nas opinie osób postronnych. Czy wyrażam się jasno?
— Jak najbardziej — odparł ponuro Laurence; to szczególne polecenie potwierdziło tylko jego najgorsze podejrzenia. Jednak dopóki żaden z nich nie chciał przedstawić sprawy jasno, on sam nie mógł zaprotestować, co go bardzo denerwowało. — Sir — powiedział, zdecydowany po raz kolejny wydobyć prawdę — gdyby był pan tak dobry i powiedział mi, dlaczego Kryjówka w Szkocji jest lepsza dla mnie niż ta tutaj, to wtedy wiedziałbym, czego się spodziewać.
— Otrzymał pan rozkaz udania się tam, a to znaczy, że jest to najlepsze miejsce z możliwych — rzucił ostrym tonem Bowden. Zaraz jednak się zmitygował i dodał już łagodniej: — Instruktor z Laggan potrafi szybko przysposobić do służby niedoświadczonych opiekunów.
— Niedoświadczonych? — powtórzył odruchowo Laurence. — sądziłem, że awiator musi zostać wcielony do służby w wieku siedmiu lat. Chyba nie chce pan powiedzieć, że chłopcy w tym wieku mają już smoki.
— Nie, oczywiście, że nie — odparł Bowden. — Ale nie jest pan pierwszym opiekunem, który nie pochodzi z naszego grona czy też nie przeszedł należytego szkolenia. Zdarza się czasem, że świeżo wykluty smok jest krnąbrny i wtedy dostaje każdego, kogo zaakceptuje. — Nieoczekiwanie parsknął śmiechem. — Smoki to dziwne stworzenia i nie sposób je zrozumieć. Niektóre z nich potrafią obdarzyć sympatią nawet oficera marynarki wojennej. — Klepnął Temeraire’a w bok i odszedł równie niespodziewanie jak się pojawił, bez słowa pożegnania, ale w lepszym nastroju, pozostawiając Laurence’a wciąż w stanie konsternacji.
Lot do hrabstwa Nottingham trwał kilkanaście godzin, przez co Laurence miał więcej czasu, niżby sobie życzył, na rozmyślania o tym, co go czeka w Szkocji. Starał się nie wyobrażać co, wedle przypuszczeń Bowdena, Powysa i Portlanda, mogłoby mu tam się nie spodobać, a już w ogóle nie próbował myśleć o tym, co powinien zrobić, jeśli cała sytuacja okaże się nie do przyjęcia.
W całej marynarskiej służbie przeżył tylko jedno naprawdę nieprzyjemne doświadczenie: jako siedemnastoletni porucznik został odkomenderowany na okręt Shorewise, którym dowodził kapitan Barstowe, starszy mężczyzna, relikt z czasów dawnej marynarki wojennej, kiedy to oficerowie wcale nie musieli być dżentelmenami. Barstowe był nieślubnym synem niezbyt zamożnego kupca i kobiety o nie całkiem nieskazitelnej reputacji. Został wysłany na morze jako chłopiec na pokładzie statku ojca i wcielony do Królewskiej Marynarki jako marynarz z obsady fokmasztu. Odwaga w bitwach i matematyczne zdolności pozwoliły mu awansować najpierw na bosmanmata, potem na porucznika i wreszcie szczęśliwym trafem na kapitana, ale nigdy nie pozbył się swojej grubiańskiej natury, wyniesionej z warstwy społecznej, z której się wywodził.
Co gorsza, Barstowe był świadomy braku obycia i darzył niechęcią ludzi, którzy, w jego mniemaniu, dawali mu to odczuć. Nie było to uczucie nieodwzajemnione: wielu oficerów zerkało na niego z ukosa i burczało pod nosem. Kapitan uznał dobre maniery Laurence’a za celową zniewagę, dlatego karał go bezlitośnie za jego zachowanie. Można powiedzieć, że Laurence przeżył tylko dlatego, iż Barstowe umarł na zapalenie płuc w trzecim miesiącu rejsu, uwalniając go od nie kończących się podwójnych lub potrójnych wacht, posiłków składających się z wody i sucharów i mordęgi dowodzenia obsadą działa złożoną z najgorszych na okręcie ludzi.
Laurence wciąż dobrze pamiętał tamte czasy i nie miał najmniejszej ochoty oddawać się pod komendę kolejnego dyktatora, a przecież złowieszcze słowa Bowdena o przyjmowaniu do Korpusu każdej osoby, którą zaakceptuje młody smok, wskazywały na to, że jego instruktor albo towarzysze opiekunowie mogą być ludźmi takiego pokroju. I choć Laurence nie był już siedemnastoletnim młodzianem i wyrobił sobie pewną pozycję, to musiał teraz brać pod uwagę los Temeraire’a i ich wspólny obowiązek. Odruchowo zacisnął dłonie na wodzach, a Temeraire spojrzał na niego.