Выбрать главу

— Wszystko dobrze, Laurence? — zapytał. — Nic nie mówisz.

— Wybacz, przez chwilę bujałem w obłokach — odparł Laurence i poklepał smoka po szyi. — Nic takiego. Zmęczyłeś się może? Chciałbyś odpocząć?

— Nie, nie zmęczyłem się, ale ty nie jesteś ze mną szczery. Coś cię trapi, wyczuwam to — powiedział zaniepokojony Temeraire. — Czy to źle, że zaczniemy ćwiczenia? A może tęsknisz za swoim okrętem?

— Widzę, że nic się przed tobą nie ukryje — powiedział Laurence z żalem. — Nie, ani trochę nie tęsknię za okrętem, ale przyznaję, że żywię pewne obawy co do naszych ćwiczeń.

Powys i Bowden zachowywali się dość dziwnie, dlatego nie mam pewności, jak nas tam przyjmą i czy nam się to spodoba.

— Nie możemy po prostu odejść, jeśli nam się nie spodoba? — zapytał Temeraire.

— To nie takie proste, bo nie wolno nam robić tego, co nam się podoba, wiesz o tym — odparł Laurence. — Jestem oficerem w służbie króla, a ty jesteś królewskim smokiem, dlatego nie wolno nam niczego robić samowolnie.

— Nigdy nie widziałem króla. Nie jestem jego własnością jak owca — rzekł Temeraire. — Jeśli w ogóle należę do kogoś, to tylko do ciebie, a ty należysz do mnie. Nie zostanę w Szkocji, jeśli nie będziesz tam szczęśliwy.

— Rozumiem — rzekł Laurence, nieco zaniepokojony, jako że już nie pierwszy raz Temeraire wykazał skłonność do niezależnego myślenia, która zdawała się nasilać, w miarę jak rósł i coraz mniej spał. Sam Laurence nie interesował się zbytnio filozofią polityczną i teraz był nieco zakłopotany tym, że musi wyjaśniać rzeczy, które jemu wydają się naturalne i oczywiste. — Tu nie chodzi o własność w sensie dosłownym. Jesteśmy winni królowi lojalność. A poza tym — dodał — trudno byłoby nam cię wyżywić, gdyby Korona za to nie płaciła.

— Krowy są bardzo dobre, lecz mogę jeść ryby — powiedział Temeraire. — Może udałoby się zdobyć duży okręt, taki jak tamten transportowiec, i wrócić na morze.

Laurence roześmiał się serdecznie.

— Mam zostać królem piratów, który będzie grasował w całych Indiach Zachodnich, żeby zebrać dla ciebie górę złota z hiszpańskich statków kupieckich? — Poklepał Temeraire’a po szyi.

— To brzmi całkiem interesująco — odpowiedział Temeraire, wyraźnie podekscytowany. — Nie możemy tak zrobić?

— Nie, urodziliśmy się za późno, nie ma już prawdziwych piratów — odparł Laurence. — Hiszpanie spalili ostatnią bandę w Tortudze w zeszłym wieku, więc teraz istnieją tylko nieliczne niezależne okręty czy też smocze załogi, których los jednak jest niepewny. Myślę też, że nie chciałbyś walczyć tylko z chciwości; to nie to samo, co bić się dla króla i kraju ze świadomością, że bronisz Anglii.

— Czy Anglii trzeba bronić? — zapytał Temeraire, spoglądając w dół. — Wydaje się, że panuje tu spokój.

— Owszem, i właśnie naszym zadaniem, a także marynarki wojennej, jest utrzymać ten stan rzeczy — powiedział Laurence. — Gdybyśmy to zaniedbali, Francuzi, którzy są całkiem niedaleko, trochę na wschód, pokonaliby kanał; stutysięczna armia Bonapartego tylko czeka na stosowną chwilę, żeby się przedostać na nasz brzeg. Dlatego musimy wypełniać obowiązki. Nasz los jest podobny do losu marynarzy z Relianta, którzy nie mogą robić tego, co im się podoba, bo wtedy okręt nie mógłby płynąć.

W odpowiedzi zamyślony Temeraire wydał głuchy pomruk płynący z głębi brzucha, a Laurence poczuł, jak dźwięk przenika i jego ciało. Smok zwolnił trochę; przez jakiś czas unosił się swobodnie, po czym zaczął pracować skrzydłami, wzbił się spiralnie w górę i znowu wyrównał lot, całkiem jak człowiek, który nerwowo chodzi tam i z powrotem. Spojrzał do tyłu.

— Wiesz, Laurence, tak sobie pomyślałem, że skoro musimy lecieć do Loch Laggan, to nie ma co podejmować na razie jakichkolwiek decyzji, a ponieważ nie wiemy, co złego może nas tam spotkać, to nic teraz nie wymyślimy. Tak więc spróbuj się nie martwić, dopóki tam nie przybędziemy i nie zobaczymy, jak się rzeczy mają.

— Bardzo mądra rada, mój drogi. Spróbuję się do niej zastosować — odparł Laurence i zaraz dodał: — Chociaż nie jestem pewny, czy mi się to uda, bo trudno jest o tym nie myśleć.

— Może opowiesz mi jeszcze raz o Wielkiej Armadzie i o tym, jak sir Francis Drake zniszczył branderami flotę hiszpańską? — zasugerował Temeraire.

— Znowu? — zapytał Laurence. — Dobrze, chociaż chyba zacznę wątpić w skuteczność twojej pamięci.

— Och, pamiętam wszystko bardzo dobrze — odparł Temeraire z godnością. — Po prostu lubię, jak o tym opowiadasz.

Ponaglony do powtarzania ulubionych przez Temeraire’a fragmentów opowieści i zasypywany jego licznymi pytaniami o smoki i okręty, na które chyba nawet naukowiec nie potrafiłby odpowiedzieć, Laurence nie zamartwiał się niczym podczas dalszej części lotu. Zapadał już zmierzch, kiedy wreszcie przybyli do jego rodzinnego domu w Wollaton Hall, którego liczne okna jasno świeciły w mroku.

Zaciekawiony Temeraire wykonał kilka okrążeń nad posiadłością; Laurence spojrzał uważnie w dół i ocenił po liczbie oświetlonych okien, że dom wcale nie jest pusty. Zdziwił się, jako że wszyscy powinni już być w Londynie, teraz jednak było za późno, żeby szukać innego noclegu dla Temeraire’a.

— Temeraire, za stodołami powinien być wolny wygon, od strony południowo-wschodniej, widzisz go?

— Tak, widzę ogrodzenie — odparł Temeraire. — Mam tam siąść?

— Tak, dziękuję ci. Obawiam się, że będziesz musiał tam zostać, bo konie z pewnością by się spłoszyły, gdybyś się zbliżył do stajni.

Kiedy Temeraire wylądował, Laurence zszedł na ziemię i pogładził jego ciepły nos.

— Kiedy tylko spotkam się z rodzicami, o ile rzeczywiście są w domu, postaram się, żebyś dostał coś do jedzenia, ale to może trochę potrwać — powiedział przepraszającym tonem.

— Dzisiaj już się tym nie kłopocz, ponieważ najadłem się wcześniej, a teraz jestem śpiący. Rano spróbuję tych twoich jeleni — powiedział Temeraire, po czym ułożył się wygodnie, zwijając ogon wokół łap. — Spij dzisiaj w domu; nie chcę, żebyś zachorował, a tutaj jest zimniej niż na Maderze.

— To zadziwiające, że sześciotygodniowe stworzenie odgrywa rolę niańki — rzucił rozbawiony Laurence i w tej samej chwili pomyślał, że trudno uwierzyć, iż Temeraire jest jeszcze tak młody. Pod wieloma względami wydawał się bardzo dojrzały od samego momentu wyklucia, a od tamtej pory chłonął wiedzę o świecie z wielkim entuzjazmem i w zdumiewającym tempie. Laurence nie traktował go już jak stworzenie, za które jest odpowiedzialny, lecz bardziej jako przyjaciela, najbliższego towarzysza, na którym można absolutnie polegać. Spoglądając na zasypiającego Temeraire’a, nie martwił się już tak bardzo o ich szkolenie i zapomniał o problemach z Barstowe’em. Uwierzył, że razem będą w stanie stawić czoło każdemu wyzwaniu.

Lecz z własną rodziną będzie musiał zmierzyć się sam. Zbliżywszy się do domu od strony stodoły, upewnił się co do swoich przypuszczeń: salon był jasno oświetlony, także okna wielu sypialni rozjaśniał blask świec. Pomimo pory roku w domu bez wątpienia podejmowano gości.

Posłał lokaja, by poinformował ojca o jego przybyciu, po czym udał się tylnymi schodami do swojego pokoju, żeby się przebrać. Miał ochotę na kąpiel, lecz uznał, że przyzwoitość wymaga, aby zszedł na dół jak najszybciej, bo inaczej mogą go posądzić o jakieś uniki. Umył więc tylko twarz i ręce w umywalce i włożył galowy mundur, który na szczęście zabrał ze sobą. Poczuł się dziwnie, gdy spojrzał w lustro i zobaczył siebie w nowiutkim butelkowozielonym uniformie Korpusu ze złotymi paskami na ramionach zamiast epoletów. Mundur, który kupił w Dover, uszyty dla kogoś innego i poddany pospiesznym przeróbkom, leżał na nim całkiem dobrze.