Выбрать главу

W salonie zastał więcej niż tuzin osób, oprócz swoich rodziców; swobodne rozmowy ucichły w momencie, gdy się pojawił i ożyły w przyciszonej formie, kiedy ruszył przez pokój. Matka wyszła mu na spotkanie; wydawała się opanowana, lecz kiedy pochylił się, żeby ją pocałować w policzek, wyczuł jej napięcie.

— Przepraszam, że zjawiam się tak bez uprzedzenia — powiedział. — Nie sądziłem, że zastanę kogoś w domu. Zatrzymałem się tylko na noc i rano wyruszam dalej do Szkocji.

— Och, to wielka szkoda, mój drogi, ale cieszymy się, że zostaniesz z nami choćby tylko na krótko — odparła. — Czy znasz pannę Montagu?

Wśród zebranych dostrzegł głównie starych przyjaciół rodziców, których nie znał zbyt dobrze, lecz zgodnie z oczekiwaniami zobaczył też sąsiadów; Edith Galman była tu ze swoimi rodzicami. Targały nim sprzeczne emocje; czuł, że powinien się ucieszyć na jej widok, bo normalnie nie zdarzyłoby się to tak prędko; z drugiej strony zaś wszyscy spoglądali na niego z lekką dezaprobatą, co go bardzo deprymowało, i był zupełnie nie przygotowany na spotkanie z nią w tak licznym gronie.

Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji, kiedy się pochylał nad jej dłonią. Edith należała do osób, które nie dawały się łatwo zbić z tropu, tak więc nawet jeśli zaskoczyły ją wieści o jego przybyciu, to szybko się opanowała.

— Cieszę się, że cię widzę, Will — przywitała go charakterystycznym dla siebie spokojnym tonem i choć te słowa nie zabrzmiały szczególnie ciepło, to nie wyglądała też na zagniewaną czy przygnębioną.

Niestety, póki co nie mógł porozmawiać z nią na osobności, jako że prowadziła właśnie rozmowę z Bertramem Woolveyem, i zaraz znowu się do niego odwróciła, dbając o dobre maniery. Woolvey przywitał go uprzejmym skinieniem głowy, lecz nie ustąpił mu miejsca. Mimo iż ich rodzice obracali się w tych samych kręgach, Woolvey nie musiał parać się pracą, ponieważ odziedziczył majątek ojca, a z braku zainteresowania polityką zajmował się głównie polowaniem na wsi i hazardem w mieście Laurence uważał go za nudną osobę i nigdy się z nim nie zaprzyjaźnił.

Tak czy owak, musiał przywitać się z resztą towarzystwa; trudno było zachować spokój wobec tak wyzywających spojrzeń, a jedyną rzeczą bardziej niemiłą od potępienia przebijającego z wielu głosów była nuta współczucia pobrzmiewająca w innych głosach. Zdecydowanie najgorsze było podejście do stołu, przy którym jego ojciec grał w wista. Lord Allendale spojrzał z ogromnym niesmakiem na mundur Laurence’a i nie odezwał się ani słowem.

W tej części pokoju zapadła niezręczna cisza. Laurence’a uratowała matka, która poprosiła go, aby przysiadł się do innego stolika na czwartego, a on z wdzięcznością na to przystał i pogrążył się w zawiłościach gry. Przy stole siedziało trzech starszych panów, lord Galman i dwóch innych dżentelmenów, przyjaciół i politycznych sprzymierzeńców jego ojca. Jako zapaleni karciarze ograniczyli konwersację do uprzejmej wymiany zdań.

Od czasu do czasu zerkał na Edith, choć nie słyszał jej głosu. Woolvey wciąż całkowicie absorbował jej uwagę, Laurence zaś z niechęcią patrzył, jak tamten nachyla się blisko do Edith i rozmawia z nią poufale. Lord Galman musiał łagodnie przywołać go do porządku, jako że jego rozkojarzenie zaczęło opóźniać grę. Zakłopotany Laurence przeprosił graczy i znowu pochylił się nad kartami.

— A zatem udaje się pan do Loch Laggan, jak sądzę? — powiedział admirał McKinnon, dając mu kilka chwil na zorientowanie się w grze. — W dzieciństwie mieszkałem w tamtych okolicach, a mój przyjaciel mieszkał w pobliżu wioski Laggan, tak więc często oglądaliśmy przeloty.

— Tak, sir, mamy się tam szkolić — odparł Laurence, wykładając kartę. Siedzący po jego lewej wicehrabia Hale poszedł w jego ślady, a lord Galman wziął lewę.

— Dziwne to miejsce; pól wsi jest na służbie, ale to miejscowi chodzą do nich na górę, bo awiatorzy siedzą w swojej bazie i tylko od czasu do czasu odwiedzają pub, żeby się spotkać z którąś z dziewcząt. W tym względzie jest tam lepiej niż na morzu, ha ha! — McKinnon zaraz się zmitygował, pomny na towarzystwo zerknął przez ramię nieco zażenowany, by sprawdzić, czy któraś z dam nie usłyszała jego słów, i już nie podjął tematu.

Woolvey towarzyszył Edith także przy kolacji. Laurence, jako dodatkowy gość, musiał zająć miejsce w drugim końcu stołu, skąd przepełniony bólem obserwował ich rozmowę, nie mogąc zaznać przyjemności uczestniczenia w niej. Panna Montagu, siedząca po jego lewej ręce, była dość ładną, lecz nadąsaną kobietą, która ignorowała jego obecność niemal ostentacyjnie i zaangażowała się całkowicie w rozmowę z jegomościem siedzącym z drugiej strony, przysadzistym karciarzem, którego Laurence znał bardziej ze słyszenia niż osobiście.

Było to dla niego zupełnie nowe i nieprzyjemne doświadczenie: wiedział wprawdzie, że nie jest kandydatem na męża, lecz nie spodziewał się, że jego nowy stan wywrze aż tak duży wpływ na normalne przyjęcie, i bardzo go zabolało, że teraz w towarzystwie jest wart tyle, co jakiś nicpoń z rozwichrzoną czupryną i rumianą twarzą. Siedzący po jego prawej ręce wicehrabia Hale całą uwagę skupił na jedzeniu, tak więc Laurence siedział samotny i milczący.

Poczuł się jeszcze gorzej, kiedy mimowolnie usłyszał, jak Woolvey, niezbyt obznajomiony z zagadnieniem, rozwodzi się na temat wojny i gotowości Anglii do inwazji. Ogarnięty absurdalnym entuzjazmem, opowiadał o tym, jak to milicja da nauczkę Bonapartemu, jeśli tylko ten odważy się przeprawić przez kanał. Żeby ukryć swoje uczucia, Laurence wbił wzrok w talerz. Napoleon, władca kontynentu, dysponujący stutysięczną armią, miałby się ugiąć przed milicją: czysta głupota. Oczywiście podobne głupstwa propagowało też Ministerstwo Wojny, by podtrzymać morale w narodzie, lecz nieprzyjemnie było widzieć, jak Edith przysłuchuje się tej mowie z aprobatą.

Laurence pomyślał, że Edith być może specjalnie odwraca od niego głowę; niewątpliwie nie próbowała napotkać jego spojrzenia. Przeważnie więc skupiał uwagę na swoim talerzu, jedząc mechanicznie, i pogrążył się w nietypowym dla niego milczeniu. Kolacja ciągnęła się w nieskończoność; na szczęście jego ojciec powstał niedługo po tym, jak stół opuściły panie, a gdy wrócili do salonu, Laurence jak najszybciej przeprosił matkę, tłumacząc się czekającą go podróżą, i skorzystał z możliwości ucieczki.

Lecz gdy tylko opuścił pokój, dogonił go zdyszany lokaj z informacją, że ojciec chce się z nim spotkać w bibliotece. Laurence wahał się przez chwilę; mógł podać jakąś wymówkę i odłożyć rozmowę, lecz ostatecznie uznał, że nie ma co odkładać tego, co nieuniknione. Tak więc zszedł na dół wolnym krokiem i zatrzymał dłoń na klamce odrobinę zbyt długo; kiedy w korytarzu pojawiła się pokojówka, nie mógł dłużej udawać tchórza i wszedł do biblioteki.

— Zastanawia mnie twoja wizyta — powiedział lord Allendale, gdy tylko zamknęły się drzwi. Nie silił się nawet na najmniejszą uprzejmość. — Doprawdy, zastanawia. Co to ma oznaczać?

Laurence zesztywniał, lecz odpowiedział spokojnie:

— Chciałem się tylko zatrzymać w czasie podróży, ponieważ udaję się do miejsca mojego odkomenderowania. Nie sądziłem, że was tu zastanę, sir, ani gości, bardzo więc przepraszam, że zjawiłem się bez zapowiedzi.