Zaskoczona wciągnęła powietrze i odpowiedziała niemal gwałtownie:
— Jak możesz tak mówić? — Na chwilę znowu odzyskał nadzieję, lecz ona ciągnęła dalej: — Czy kiedykolwiek byłam wyrachowana, krytykowałam cię za twoje wybory czy związane z nimi niebezpieczeństwa i niewygody? Gdybyś wybrał stan duchowny, z pewnością miałbyś już probostwo, mielibyśmy wygodny dom, dzieci i nie musiałabym się zamartwiać, co się z tobą dzieje na morzu.
Mówiła szybko, ogarnięta emocjami, jakich wcześniej u niej nie widział, z mocno zarumienioną twarzą. Jej słowa zawierały wiele prawdy; musiał to przyznać i był zakłopotany tym, że czuje do niej urazę. Wyciągnął rękę, by ująć jej dłoń, lecz ona mówiła już dalej:
— Nigdy się nie skarżyłam, prawda? Czekałam cierpliwie, ale na coś lepszego niż samotne życie, z dala od ludzi, przyjaciół i rodziny, życie, w którym ty pojawiasz się tylko na krótko. Nie, moje uczucia się nie zmieniły, ale nie jestem aż tak lekkomyślna czy sentymentalna, by wierzyć, że samo tylko uczucie może zapewnić szczęście w obliczu wszelkich możliwych przeszkód.
Wreszcie zamilkła.
— Wybacz mi — powiedział Laurence, do cna upokorzony. Każde jej słowo było słuszną wymówką, a wcześniej z lubością sobie wmawiał, że Edith źle go traktuje. — Niepotrzebnie się w ogóle odzywałem, Edith. Powinienem był raczej prosić cię o wybaczenie za to, że postawiłem cię w tak podłej sytuacji. — Powstał i skłonił głowę, bo oczywiście teraz nie mógł już przebywać w jej towarzystwie. — Muszę cię błagać, żebyś mi wybaczyła. Przyjmij ode mnie szczere życzenia szczęścia.
Ale ona także wstała i potrząsnęła głową.
— Nie, musisz zostać i dokończyć śniadanie — powiedziała. — Czeka cię długa droga, a ja wcale nie jestem głodna. Tak będzie dobrze, zostań. — Podała mu dłoń i niepewnie się uśmiechnęła. Myślał, że chce go grzecznie pożegnać, lecz nawet jeśli miała taki zamiar, nie zdołała się na to zdobyć. — Nie myśl o mnie źle, proszę — powiedziała bardzo cicho i szybko opuściła pokój.
Nie musiała się martwić, nie był w stanie myśleć o niej źle. Wręcz przeciwnie, wyrzucał sobie, że przez chwilę był wobec niej oschły i nie zdołał wypełnić swoich zobowiązań. Umowa została zawarta między córką dżentelmena, wyposażoną w godziwy posag, a oficerem floty, który nie liczył na zbyt wiele, ale miał doskonałe perspektywy. Sam sobie zaszkodził i nie mógł zaprzeczyć, że niemal cały świat nie zgodziłby się z jego podejściem do obowiązku w tej kwestii.
A Edith całkiem rozsądnie pragnęła więcej, niż mógł dać awiator. Kiedy Laurence pomyślał o tym, ile uwagi i uczucia poświęca Temeraire’owi, zdał sobie sprawę, jak niewiele miałby do zaoferowania żonie, nawet gdyby nie był na służbie. Zachował się samolubnie, oświadczając się, prosząc ją, by poświęciła własne szczęście dla jego wygody.
Stracił ochotę i apetyt na śniadanie, lecz nie chciał już zwlekać z podróżą, tak więc zmusił się do jedzenia. Niedługo siedział w jadalni samotnie; niebawem zeszła na dół panna Montagu, ubrana w niezwykle elegancki strój do konnej jazdy, bardziej stosowny na przejażdżkę w Londynie niż na wsi, który jednak bardzo podkreślał jej wdzięki. Weszła do pokoju uśmiechnięta, ale natychmiast się zachmurzyła, kiedy ujrzała że poza Laurence’em jest jedyną osobą w jadalni, i zajęła miejsce w przeciwległym końcu stołu. Nieco później dołączył do niej Woolvey, także w stroju do jazdy konnej; Laurence przywitał ich skinieniem głowy, okazując minimum uprzejmości, i nie zwracał uwagi na ich zdawkową rozmowę.
Kiedy kończył śniadanie, pojawiła się jego matka, która miała nieco podkrążone oczy i najwyraźniej ubierała się w pośpiechu. Spojrzała na niego z niepokojem, a on uśmiechnął się do niej, by ją uspokoić, lecz nie bardzo mu się to udało. Pomimo wysiłków nie potrafił ukryć smutku i rezerwy, która posłużyła mu za tarczę przeciwko dezaprobacie ojca i ciekawości reszty towarzystwa.
— Muszę ruszać dalej. Czy chciałabyś poznać Temeraire’a? — zapytał matkę, licząc na to, że będą mogli spędzić choć kilka minut na osobności.
— Temeraire’a? — powtórzyła lady Allendale z zakłopotaną miną. — Williamie, chyba nie chcesz powiedzieć, że twój smok jest tutaj? Wielkie nieba, gdzie?
— Pewnie, że jest, a jak inaczej bym podróżował? Zostawiłem go za stajniami, w starym padoku roczniaków — odparł Laurence. — Pewnie już się najadł. Pozwoliłem mu skosztować naszych jeleni.
— Och! — westchnęła panna Montagu, podsłuchawszy ich rozmowę; najwyraźniej ciekawość wzięła górę nad niechęcią do towarzystwa awiatora. — Nigdy nie widziałam smoka. Proszę, czy możemy się przyłączyć? Wybornie!
Nie mógł odmówić, choć miał na to wielką ochotę, tak więc kiedy przyniesiono jego bagaż, wszyscy czworo wyszli na pole. Temeraire siedział na tylnych łapach i przyglądał się, jak okolica wyłania się stopniowo z porannej mgły; nawet z daleka wydawał się ogromny na tle zimnoszarego nieba.
Laurence zatrzymał się przy stajni, by zabrać kubeł z wodą i szmaty, po czym poprowadził swoich towarzyszy dalej; mimowolnie trochę się ucieszył, kiedy zobaczył, jak panna Montagu i Woolvey zwalniają. Temeraire zrobił wrażenie także na jego matce, lecz ona nie dała tego poznać po sobie, jedynie ścisnęła trochę mocniej ramię Laurence’a, a potem została kilkanaście kroków za nim, kiedy podszedł do smoka.
Temeraire spojrzał na obcych z ciekawością, kiedy zniżył leb do mycia; otworzył pysk, zakrwawiony po uczcie, tak by Laurence mógł zmyć krew z kącików. Na ziemi leżały trzy albo cztery pary rogów.
— Próbowałem się wykąpać w tamtym stawie, ale jest zbyt płytki i błoto mi się dostało do nosa — wyjaśnił Laurence’owi przepraszającym tonem.
— Och, on mówi! — zawołała panna Montagu i przywarła do ramienia Woolveya. Oboje cofnęli się na widok rzędów lśniących białych zębów: siekacze Temeraire’a, ząbkowane u góry, przewyższały już wielkością pięść mężczyzny.
Temeraire był początkowo zaskoczony, lecz potem jego źrenice się rozszerzyły i wyjaśnił uprzejmie:
— Tak, mówię. — Następnie zwrócił się do Laurence’a: — Może ona chciałaby usiąść na moim grzbiecie i się rozejrzeć?
Laurence nie potrafił stłumić niegodziwej złośliwości.
— Z pewnością. Proszę tu podejść, panno Montagu. Widzę, że nie należy pani do grona tych strachliwych osób, które boją się smoków.
— Nie, nie — odpowiedziała niemrawo i wycofała się jeszcze dalej. — I tak już kazałam czekać zbyt długo panu Woolveyowi. Umówiliśmy się na przejażdżkę.
Woolvey wymamrotał kilka równie wykrętnych wymówek, po czym oboje oddalili się pospiesznie, potykając się w marszu. Temeraire zamrugał, nieco zdziwiony.
— Och, po prostu się przestraszyli — powiedział. — Na początku pomyślałem, że ona jest taka jak Volly. Nie rozumiem przecież nie są krowami, a poza tym ja już jadłem.
Laurence podprowadził matkę bliżej, ukrywając zadowolenie ze swojego zwycięstwa.
— Nie ma najmniejszego powodu do obaw — uspokoił ją cicho. — Temeraire, to jest moja matka, lady Allendale.
— Och, matka, ktoś szczególny, tak? — powiedział Temeraire i opuścił głowę, by przyjrzeć się jej z bliska. — To dla mnie zaszczyt.