Выбрать главу

Laurence poprowadził jej dłoń do pyska Temeraire’a, a gdy już dotknęła nieśmiało ciepłej skóry, sama poklepała smoka z większą pewnością siebie.

— Cała przyjemność po mojej stronie — odparła. — Jaka miękka skóra! Nigdy bym nie przypuszczała.

Temeraire odpowiedział na komplement i pieszczoty pomrukiem zadowolenia, Laurence zaś z radością spojrzał na nich oboje. Uznał, że niewiele go obchodzi reszta świata, liczy się tylko opinia tych, których ceni najbardziej, a także przeświadczenie, że wypełnia swój obowiązek.

— Temeraire jest Cesarskim z Chin — wyjaśnił matce z dumą. — To jedna z najrzadszych smoczych ras, on zaś jest jej jedynym przedstawicielem w Europie.

— Naprawdę? To cudownie, mój drogi. Rzeczywiście, słyszałam, że rzadko spotyka się chińskie smoki — powiedziała. Lecz jej spojrzenie wciąż wyrażało niepokój, a także nieme pytanie.

— Tak — powiedział, próbując udzielić odpowiedzi. — Uwierz mi, że zaliczam siebie do szczęśliwców. Może zabierzemy cię na przejażdżkę, kiedy będziemy mieli więcej czasu — dodał. — To jest coś niezwykłego i zupełnie wyjątkowego.

— Ach, latanie, no, ładnie — odparła z oburzeniem, lecz sprawiała wrażenie zadowolonej. — Proponujesz mi to, choć wiesz, że nie potrafię się utrzymać nawet na końskim grzbiecie. Doprawdy nie wiem, co bym robiła na grzbiecie smoka.

— Siedziałabyś przypięta, tak jak ja — powiedział Laurence. — Temeraire to nie koń i nie próbowałby cię zrzucić.

— Pewnie, że nie — zapewnił ją gorliwie Temeraire — a nawet gdyby pani spadła, to śmiem twierdzić, że zdołałbym panią złapać.

Słowa smoka chyba nie do końca ją przekonały, lecz trudno było wątpić w jego dobre intencje, więc lady Allendale uśmiechnęła się do niego.

— Jakże miło z twojej strony. Nie miałam pojęcia, że smoki są tak dobrze ułożone — powiedziała. — Będziesz się opiekował Williamem, prawda? Zawsze przysparzał mi więcej zmartwień niż pozostałe dzieci i wciąż pakuje się w jakieś tarapaty.

Laurence był nieco oburzony, kiedy usłyszał, jak go opisała, i kiedy Temeraire odpowiedział:

— Obiecuję pani, że nigdy nie pozwolę go skrzywdzić.

— Widzę, że tkwimy tu zbyt długo, tylko patrzeć, jak oboje owiniecie mnie w kołderkę i nakarmicie kleikiem — powiedział Laurence, po czym nachylił się, by pocałować matkę. — Mamo, pisz do mnie na adres kryjówki Korpusu w Loch Laggan w Szkocji, gdzie będziemy się szkolić. Temeraire, czy możesz usiąść? Przywiążę to pudło.

— Może wyjmiesz tę książkę Duncana? — zapytał Temeraire, Przysiadając na tylnych łapach. — The Naval Trident? Nie skończyliśmy rozdziału o bitwie zwanej Chwalebnym Pierwszym Czerwca, więc mógłbyś mi poczytać w czasie drogi. — Czy on ci czyta? — zapytała Temeraire’a rozbawiona lady Allendale.

— Tak, bo widzi pani, sam nie potrafię utrzymać książki, są za małe, nie mogę też przewracać stron — odparł Temeraire.

— Nie zrozumiałeś. Jest zdziwiona, że ktoś namówił mnie do otworzenia książki, bo kiedy byłem mały, bezskutecznie próbowała mnie do nich zapędzić — powiedział Laurence, grzebiąc w jednym z pudeł w poszukiwaniu tomu. — Zdziwiłabyś się jakiej ogłady nabrałem, mamo, on jest nienasycony. Temeraire jestem gotowy.

Lady Allendale roześmiała się i cofnęła na skraj pola, skąd obserwowała, osłaniając oczy dłonią, jak Temeraire sadza Laurence’a na grzbiecie i jak obaj wzbijają się w powietrze. Z każdym machnięciem skrzydeł smoka stawała się coraz mniejsza, a niebawem także ogrody i wieżyczki domu zniknęły za grzbietem wzgórza.

Rozdział 5

Niebo nad Loch Laggan zakrywały niskie perłowoszare chmury, które odbijały się w ciemnej wodzie jeziora. Wiosna jeszcze nie nadeszła, więc brzeg wciąż pokrywała warstwa lodu i śniegu, a pod nią widniały zastygłe fale piasku z wiosennego odpływu. Z lasu dobiegał rześki zapach sosen i świeżo ściętych drzew. Temeraire skręcił i skierował się wzdłuż żwirowej drogi, która wiła się w górę z północnego brzegu jeziora do kryjówki.

Na polanie, blisko szczytu niskiej góry, stał otwarty od frontu czworobok kilkunastu dużych, drewnianych szop, podobnych do stajni; na dziedzińcu ludzie obrabiali skórę i metaclass="underline" bez wątpienia członkowie załóg naziemnych, odpowiedzialni za sprzęt awiatorów. Zaledwie zerknęli do góry, kiedy musnął ich cień kierującego się ku kwaterze głównej Temeraire’a.

Główny budynek przypominał średniowieczną fortyfikację: cztery proste wieże połączone grubym, kamiennym murem, który okalał z przodu ogromny dziedziniec, oraz masywna, okazała hala wbudowana w zbocze góry, jakby z niej wyrastająca. Niemal cały dziedziniec był zajęty. Młody Regal Copper, dwukrotnie większy od Temeraire’a, drzemał na kamiennej podłodze w towarzystwie pary brązowopurpurowych Winchesterów, mniejszych nawet od Yolatilusa, które spały na jego grzbiecie. Na drugim końcu placu leżały stłoczone trzy średnich rozmiarów Yellow Reapery; ich boki, poprzecinane białymi paskami, unosiły się i opadały miarowo.

Kiedy wylądowali, Laurence od razu się zorientował, dlaczego smoki wybrały to miejsce na odpoczynek: kamienne płyty były ciepłe, jakby podgrzane od spodu. Gdy tylko wypiął bagaże Temeraire zamruczał zadowolony i wyciągnął się obok Yellow Reaperów.

Dwóch służących wyszło mu na spotkanie i odebrało od niego bagaże. Poprowadzono go do tylnej części budynku wąskimi, ciemnymi korytarzami przesiąkniętymi wilgocią, aż wyszedł na drugi dziedziniec usytuowany na stoku góry, którego krawędź, nie ograniczona żadną poręczą, wychodziła na inną siwą od lodu dolinę. Ujrzał pięć smoków zataczających wdzięcznie koła niczym stado ptaków; na szpicy formacji leciał Longwing, łatwo rozpoznawalny po czarno-białych falach okalających jego skrzydła o barwie ciemnego błękitu z pomarańczowymi szpicami. Flankowały go dwa Yellow Reapery, a tyły formacji zamykał bladozielonkawy Grey Copper z lewej strony, z prawej zaś srebrzystoszary smok w niebiesko-czarne plamy, którego Laurence nie potrafił zidentyfikować.

Chociaż każdy ze smoków pracował skrzydłami w innym tempie, to wszystkie zachowywały niemal niezmienną pozycję w formacji do momentu, kiedy flagowy z Longwinga dał znak flagą; wtedy wszystkie zmieniły gładko kierunek, niczym tancerze, tak że teraz Longwing zamykał formację. Na kolejny sygnał, którego Laurence nie zauważył, smoki zrobiły zwrot, wykonując idealną pętlę, i powróciły do pierwotnego szyku. Od razu zorientował się, że w czasie wykonywania tego manewru Longwing musiał wykonać najszerszy łuk nad ziemią, by moc przez cały czas osłaniać formację, co było naturalne, gdyż w tym momencie grupa pozostawała najbardziej narażona na atak.

— Nitidusie, wciąż schodzisz za nisko podczas przejścia; spróbuj się przestawić na sześć uderzeń w czasie wykonywania pętli. — Ten niski, grzmiący głos dobiegi gdzieś z góry. Kiedy Laurence spojrzał w tamtą stronę, dostrzegł złociście umaszczonego smoka z charakterystycznymi dla Reapera bladozielonymi smugami i ciemnopomarańczowymi krawędziami skrzydeł, który siedział na skalnym występie z prawej strony dziedzińca, bez jeźdźca i uprzęży, jedynie z szerokim złotym pierścieniem na szyi, nabijanym bladozielonymi jadeitami.

Laurence obserwował uważnie. Formacja wykonała kolejną pętlę nad doliną.

— Już lepiej — zawołał smok, po czym odwrócił głowę i spojrzał w dół. — Kapitan Laurence? — zapytał. — Admirał Powys uprzedził mnie o waszym przybyciu. Zjawiacie się w samą porę. Jestem Celeritas, instruktor w tej kryjówce. — Rozpostarł skrzydła i sfrunął zgrabnie na ziemię.