Laurence odruchowo skłonił głowę. Celeritas był smokiem o średniej wadze, o mniej więcej jednej czwartej wielkości Regal Coppera, mniejszym nawet od młodego jeszcze Temeraire’a.
— Hm — mruknął i opuścił głowę, by lepiej przyjrzeć się Laurence’owi; ciemnozielone tęczówki jego oczu zdawały się obracać i ściągać wokół zwężonych źrenic. — Hm, no cóż, jesteś dużo starszy od większości opiekunów, ale to często wychodzi na dobre, kiedy trzeba szybko wyszkolić młodego smoka, tak jak w przypadku Temeraire’a.
Uniósł głowę i zawołał w głąb doliny:
— Lily, trzymaj głowę wyprostowaną podczas pętli. — Odwrócił się do Laurence’a. — No tak. Jak rozumiem, nie wykazuje jeszcze szczególnych zdolności ofensywnych?
— Nie, sir — odpowiedział odruchowo Laurence; ton i zachowanie smoka wskazywały na jego rangę, a nawyki Laurence’a Wzięły górę nad zaskoczeniem. — A sir Edward Howe, który rozpoznał jego rasę, wyraził opinię, że jest mało prawdopodobne, aby rozwinął podobne zdolności, choć niewykluczone…
— Tak, tak — przerwał mu Celeritas. — Czytałem pracę sir Edwarda, który jest ekspertem w dziedzinie ras orientalnych i polegam na jego osądzie w tej kwestii bardziej niż na własnym. Szkoda, bo przydałby się nam któryś z tych japońskich smoków plujących trucizną albo wzniecających trąby wodne. Mógłby stawić czoło francuskiemu Flamme-de-Gloire. Ale rozumiem, że to ciężki smok bojowy?
— Waży obecnie jakieś dziewięć ton, a wykluł się dopiero przed sześcioma tygodniami — wyjaśnił Laurence.
— Dobrze, bardzo dobrze. Można oczekiwać, że podwoi wagę — rzekł Celeritas i potarł łapą czoło w zamyśleniu. — Jest tak, jak mi mówiono. Dobrze. Zrobimy parę z niego i Maksimusa, Regal Coppera, który właśnie odbywa u nas szkolenie. Utworzą luźny łuk ochronny dla formacji Lily — Longwinga, który tam ćwiczy. — Wskazał głową formację zataczającą koła nad doliną, a Laurence, wciąż zdumiony, obserwował je przez chwilę. — Oczywiście muszę zobaczyć Temeraire’a w locie, zanim wyznaczę wam kierunek szkolenia — ciągnął smok — ale póki co dokończę tę sesję, a poza tym twój smok musi odpocząć po długiej podróży. Poproś porucznika Granby’ego, żeby cię oprowadził i pokazał, gdzie są żerowiska; znajdziesz go w klubie oficerskim. Przyjdź z Temeraire’em godzinę po wschodzie słońca.
Ostatnie słowa smoka zabrzmiały jak rozkaz, na który należało stosownie odpowiedzieć.
— Tak jest, sir — rzucił Laurence, maskując zakłopotanie oficjalnością. Na szczęście Celeritas chyba niczego nie zauważył; zaraz wrócił na swoje stanowisko na skalnym występie.
Laurence był zadowolony z tego, że nie wie, gdzie jest klub oficerski; czuł, że przydałby mu się spokojny tydzień, żeby się oswoić z nową sytuacją, zamiast piętnastu minut, jakich potrzebował, by znaleźć służącego, który mógł mu wskazać drogę. Cała jego dotychczasowa wiedza o smokach została wywrócona do góry nogami: słyszał, że smoki bez opiekuna są bezużyteczne, a te niezaprzęgnięte nadają się jedynie do rozpłodu. Teraz już nie dziwił go niepokój awiatorów, bo co by świat pomyślał, gdyby się dowiedział, że szkoli ich — wydaje im rozkazy — jedna z bestii, nad którą podobno sprawują kontrolę?
Oczywiście tak naprawdę dawno już zdobył dowody potwierdzające smoczą inteligencję i niezależność, dzięki Temeraire’owi, lecz wiedzę tę nabywał stopniowo i zupełnie nieświadomie zaczął traktować go jako w pełni ukształtowanego osobnika, ale nie uogólniał tego na pozostałych przedstawicieli smoczej rasy. Ochłonąwszy po pierwszym zaskoczeniu, potrafił już bez większego trudu zaakceptować to, że jego instruktorem będzie smok, ale ten fakt z pewnością wywołałby szok u kogoś pozbawionego podobnego doświadczenia.
Jeszcze całkiem niedawno, na krótko przed tym, jak rewolucja francuska rozsiała kolejne zarzewie wojny w Europie, rząd zaproponował, aby niezaprzęgnięte smoki zabijać, zamiast je karmić i rozmnażać na koszt państwa, a uzasadniono to brakiem zapotrzebowania na smoki i opinią, że ich krnąbrność może wpływać ujemnie na zdolności bojowe w kolejnych pokoleniach. Parlament wyliczył, że rocznie da się zaoszczędzić ponad dziesięć tysięcy funtów, i pomysł ten rozważano przez jakiś czas bardzo poważnie, a potem nagle porzucono bez podania powodu. Nieoficjalnie mówiono, że wszyscy admirałowie Korpusu stacjonujący w pobliżu Londynu odwiedzili premiera i poinformowali go, że jeśli to prawo wejdzie w życie, to cały Korpus się zbuntuje.
Wcześniej nie chciał wierzyć w te pogłoski; nie w samą Propozycję, lecz w to, że starsi oficerowie — albo i młodsi — mogliby tak postąpić. Samą propozycję zawsze uważał za złą, lecz traktował ją jako przejaw głupiej krótkowzroczności, jakże powszechnej wśród biurokratów, którzy gotowi byli zaoszczędzić dziesięć szylingów na płótnie żaglowym, ryzykując okręt wart sześć tysięcy funtów. Teraz z przerażeniem pomyślał o własnej obojętności. Oczywiście, że by się zbuntowali.
Wciąż zamyślony wszedł przez sklepione wejście do klubu oficerskiego, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, i odruchowo złapał piłkę, która leciała w kierunku jego głowy. Rozległy się jednocześnie wiwaty i okrzyki protestów.
— To był pewny gol, a on nie gra w waszej drużynie! — oznajmił głośno jakiś młodzian, niemal chłopiec, o jasnych, płowych włosach.
— Bzdura, Martin. Oczywiście, że gra, prawda? — Inny z uczestników meczu podszedł do Laurence’a, uśmiechając się szeroko, by odebrać piłkę; ten, wysoki i chudy, miał ciemne włosy i opalone policzki.
— Na to wygląda — odparł rozbawiony Laurence i oddał piłkę.
Zdziwił go nieco widok rozchełstanych oficerów oddających się dziecięcym grom wewnątrz budynku. W mundurze i krawacie ubrany był bardziej elegancko niż oni; niektórzy zdjęli nawet koszule. Meble zsunięto bezładnie pod ściany, a dywan leżał zwinięty w kącie.
— Porucznik John Granby, bez przydziału — przedstawił się ciemnowłosy mężczyzna. — Jesteś nowy?
— Tak. Kapitan Will Laurence na Temerairze — odparł Laurence i zaraz z pewnym zdziwieniem, a nawet niepokojem, zobaczył, jak przyjazny uśmiech znika z twarzy Granby’ego.
— Cesarski! — zawołali niemal jednocześnie oficerowie i połowa z nich, młodszych i starszych, wypadła z klubu i popędziła na dziedziniec. Laurence zamrugał, patrząc za nimi.
— Nie martw się! — Płowowłosy młodzian podszedł do niego, by się przedstawić, i dostrzegł jego zaniepokojoną minę. — Wiemy, jak się obchodzić ze smokami. Oni chcą go tylko obejrzeć.
Chociaż z kadetami nigdy nic nie wiadomo; mamy ich tu dwa tuziny, a każdy jeden za punkt honoru poczytuje sobie utrudnić nam życie. Skrzydłowy Ezekiah Martin, ale możesz zapomnieć o moim imieniu, skoro już je usłyszałeś.
Najwyraźniej bezpośredni sposób bycia był tu na porządku dziennym, dlatego Laurence wcale się nie obraził, mimo iż nie przywykł do takiego zachowania.
— Dziękuję za ostrzeżenie. Popilnuję, żeby Temeraire nie pozwalał im za bardzo używać na sobie. — Ucieszony przyjaznym powitaniem Martina, tak odmiennym od wyraźnie niechętnej postawy Granby’ego, pomyślał, że chętnie poprosiłby o przewodnictwo tego pierwszego, jednak nie chcąc sprzeciwiać się rozkazom, nawet jeśli wydał je smok, odezwał się do Granby’ego oficjalnym tonem: — Celeritas polecił mi zwrócić się do ciebie, żebyś mnie oprowadził. Czy będziesz tak dobry?
— Oczywiście — odpowiedział Granby, siląc się na równie oficjalny ton, lecz w jego ustach zabrzmiało to sztucznie i nienaturalnie. — Tędy, proszę.
Laurence z zadowoleniem zobaczył, że Martin przyłączył się do nich, kiedy Granby prowadził go schodami do góry; zdawkowa rozmowa ze skrzydłowym znacznie oczyściła atmosferę.