Выбрать главу

— A więc to ty jesteś tym gościem z floty, który zwędził Francuzom Cesarskiego. Wszyscy o tym mówią, a żabojady pewnie plują sobie w brodę i wyrywają włosy — powiedział w radosnym uniesieniu Martin. — Słyszałem, że zgarnąłeś jajo ze studziałowca. Długo walczyliście?

— Obawiam się, że wyolbrzymiano moje dokonania — odparł Laurence. — Amitie nie był nawet okrętem liniowym, a zaledwie trzydziestosześciodziałową fregatą, której załoga słaniała się z pragnienia. Bronili się dzielnie, lecz na niewiele się to zdało; pokonały ich pech i pogoda. Mogę tylko powiedzieć, że miałem szczęście.

— Och! Z pewnością nie można go ignorować; my sami niewiele byśmy zdziałali, gdyby nam nie dopisywało — powiedział Martin. — Czyżby zakwaterowali cię na rogu? Będzie ci towarzyszyło wycie wiatru w dzień i noc.

Laurence wszedł do pokoju w okrągłej wieży i rozejrzał się po nim z zadowoleniem. Dla kogoś, kto dotąd mieszkał w okrętowej kajucie, wydawał się przestronny, wyposażony w dodatkowy luksus w postaci ogromnych, sklepionych okien, które wychodziły na jezioro zasnute teraz szarą mżawką. Kiedy je otworzył, do pokoju wdarł się chłodny, wilgotny powiew, podobny do morskiego powietrza, tyle że pozbawiony soli.

Obok szafy czekały jego pudła modniarskie, rzucone dość niedbale. Z troską zajrzał do ich wnętrza, ale stwierdził, że rzeczy pozostały ułożone całkiem starannie. W pokoju oprócz prostego, lecz dostatecznie szerokiego łóżka, znajdowały się też biurko i krzesło.

— Dla mnie tu jest bardzo spokojnie. Z pewnością wystarczy — powiedział, po czym odpiął szpadę i położył ją na łóżku. Nie czułby się zbyt swobodnie, gdyby zdjął mundur, więc uznał, że choć w ten sposób będzie wyglądał mniej oficjalnie.

— Czy mam ci pokazać żerowiska? — zapytał chłodno Granby, odzywając się po raz pierwszy od chwili wyjścia z klubu.

— Och, najpierw powinniśmy pokazać mu łaźnie i jadalnię — rzekł Martin. — Łaźnie to coś, co warto zobaczyć — dodał, odwracając się do Laurence’a. — Zbudowali je jeszcze Rzymianie i właściwie jesteśmy tu ze względu na nie.

— Dziękuję. Chętnie je zobaczę — odparł Laurence. Wolałby się pozbyć wyraźnie nieprzyjaznego mu Granby’ego, lecz nie mógł tego powiedzieć, nie okazując nieuprzejmości, a przecież nie chciał się zniżyć do jego poziomu.

Po drodze minęli jadalnię; gadatliwy Martin wyjaśnił mu, że kapitanowie i porucznicy jadają przy mniejszych okrągłych rotach, a skrzydłowi i chorążowie przy długim, prostokątnym.

— Na szczęście kadeci przychodzą najwcześniej, bo inaczej wszyscy byśmy poumierali z głodu, gdybyśmy musieli wysłuchiwać ich wrzasków podczas posiłków, a po nas jedzą jeszcze załogi naziemne — zakończył.

— Nigdy nie jecie u siebie w pokojach? — zapytał Laurence. Takie wspólne biesiadowanie oficerów wydało mu się dość dziwne i pomyślał, że będzie mu brakowało możliwości zaproszenia przyjaciół do swojego stołu, co stało się jedną z jego największych przyjemności, od kiedy po raz pierwszy otrzymał wystarczająco wysokie pryzowe, by sobie na to pozwolić.

— Oczywiście, jeśli ktoś jest chory, otrzymuje posiłek w pokoju — odparł Martin. — Och, jesteś głodny? Pewnie jeszcze nie jadłeś. Hej, Tolly — zawołał, a służący, który przecinał pomieszczenie z naręczem bielizny, odwrócił się do nich i uniósł pytająco brwi. — To jest kapitan Laurence, właśnie przybył. Załatwisz mu coś do jedzenia czy będzie musiał czekać do kolacji?

— Nie, dziękuję. Nie jestem głodny. Pytałem tylko z ciekawości — powiedział Laurence.

— Och, coś wykombinuję — odparł Tolly bardzo bezpośrednim tonem. — Myślę, że któraś z kucharek zechce odciąć plasterek albo dwa mięsa i dołożyć do nich ziemniaków. Zapytam Nan. Pokój w wieży na trzecim piętrze, zgadza się? — Skinął głową i ruszył dalej, nie czekając nawet na odpowiedź.

— Załatwione, Tolly się tobą zaopiekuje — rzekł Martin, najwyraźniej zupełnie nieświadomy, że ich zachowanie mogłoby się komuś wydawać nie na miejscu. — To jeden z najlepszych gości. Jenkins zawsze się miga, a Marvel zrobi, co trzeba, ale tyle się przy tym najęczy, że będziesz żałował, żeś go w ogóle poprosił.

— Pewnie niełatwo jest znaleźć służących, którzy by się nie bali smoków — powiedział Laurence; zdążył się już przyzwyczaić do swobodnego zachowania w gronie awiatorów, lecz równie bezpośrednie rozmowy ze służącymi po raz kolejny wprawiły go w zdumienie.

— Och, wszyscy pochodzą z okolicznych wiosek, więc przyzwyczaili się do nas i do naszych smoków — wyjaśnił Martin kiedy szli przez długą salę. — Tolly, jak sądzę, pracował tutaj od wczesnego dzieciństwa, dlatego rozgniewany Regal Copper nie robi na nim najmniejszego wrażenia.

Weszli po schodach i stanęli przed metalowymi drzwiami do łaźni. Kiedy Granby je otworzył, uderzył w nich podmuch gorącego, wilgotnego powietrza, który popłynął przez chłodny korytarz. Laurence ruszył za dwoma awiatorami po wąskich spiralnych schodach; te po czterech zakrętach wyszły niespodziewanie na ogromny pusty pokój, z którego ścian, udekorowanych wypłowiałymi, częściowo wykruszonymi malowidłami, wystawały kamienne półki, bez wątpienia pochodzące jeszcze z czasów rzymskich. Po jednej stronie leżał stos złożonych płóciennych prześcieradeł, po drugiej zaś widać było kilka kupek porzuconych bezładnie ubrań.

— Zostaw ubranie na półce — powiedział Martin. — Łaźnie ciągną się dookoła, więc wrócimy w to samo miejsce. — Wraz z Granbym już zaczął się rozbierać.

— Mamy czas na kąpiel? — zapytał z powątpiewaniem Laurence.

Martin znieruchomiał z butem w ręku.

— Och, pomyślałem, że po prostu się przejdziemy, co, Granby. Nie ma się do czego spieszyć, kolacja dopiero za kilka godzin.

— Chyba że masz coś pilnego do zrobienia — zwrócił się do Laurence’a Granby tak oschłym tonem, że Martin spojrzał na nich zdziwiony, jakby dopiero teraz wyczuł napięcie.

Laurence zacisnął usta, by powstrzymać ciętą ripostę; nie mógł przecież krytykować każdego awiatora, który żywi niechęć do oficera floty, choć w pewnym stopniu rozumiał taką postawę. Będzie musiał przez to przejść, tak jak każdy nowy członek załogi.

— Absolutnie nie mam — odpowiedział krótko.

Chociaż nie rozumiał, dlaczego mają się rozebrać, skoro zamierzali tylko zwiedzić łaźnie, poszedł za przykładem swoich przewodników, tyle że ubranie ułożył starannie w dwóch stosach, a potem przykrył je rozłożonym mundurem, zamiast go składać.

Skręcili w korytarz odchodzący z lewej strony sali i opuścili go przez kolejne metalowe drzwi znajdujące się na jego końcu. Gdy tylko znaleźli się po drugiej stronie, zrozumiał, dlaczego się rozebrali: salę wypełniała para, tak że widział tylko na odległość wyciągniętej ręki, a jego ciało od razu pokryło się kropelkami wilgoci. Gdyby przyszedł tu w ubraniu, zniszczyłby sobie mundur i buty, a reszta stroju zupełnie by mu przesiąkła, natomiast na nagiej skórze para była niczym balsam, niezbyt gorąca, tak więc od razu poczuł, jak jego mięśnie rozluźniają się po długim locie.

W wyłożonej płytkami sali stały w jednakowych odstępach kamienne ławki, na których leżało kilka osób spowitych parą. Granby i Martin skinieniem głowy pozdrowili niektórych z lezących i poprowadzili go do innego ogromnego pomieszczenia, jeszcze cieplejszego, ale suchego, które zajmował długi, płytki basen.

— Jesteśmy dokładnie pod dziedzińcem. Oto powód, dla którego Korpus ma tu swoją kwaterę — wyjaśnił Martin, wskazując palcem.