Выбрать главу

Znalazł też inną pociechę. Kiedy Temeraire zanurkował, elegancko chwycił w szpony człapiącą włochatą krowę i zaraz zaczął ją zjadać, Laurence usłyszał entuzjastyczne pomruki. Uniósł głowę i ujrzał rząd małych głów widocznych w oknach budynku.

— To jest ten Cesarski, sir, prawda? — zawołał do niego jeden z chłopców, pucołowaty i płowowłosy.

— Tak, to jest Temeraire — odparł Laurence.

Zawsze dbał o edukację swoich młodych dżentelmenów, a jego okręt uznawano za doskonałe miejsce dla młokosów. Do tego często wyświadczał przysługi komuś z rodziny czy też floty, tak więc miał bogate doświadczenie w szkoleniu chłopców, najczęściej pozytywne. W przeciwieństwie do wielu mężczyzn, nie czuł się nieswojo w ich towarzystwie, nawet jeśli byli młodsi niż jego midszypmeni.

— Patrzcie, patrzcie, niesamowite — zawołał inny chłopiec, mniejszy i ciemnowłosy, wskazując na smoka, który właśnie opadł tuż nad ziemię i chwycił wszystkie trzy owce, które wy puszczono dla niego, a potem znowu zabrał się do jedzenia.

— Pewnie lepiej potraficie ocenić smoka w locie niż ja. Dobrze sobie radzi? — zapytał chłopców.

— O, tak — posypały się entuzjastyczne zapewnienia.

— Ścina jak należy — dodał płowowłosy, przyjmując profesjonalny ton — i jaki ma zasięg, wykorzystuje każde uderzenie skrzydłem. Kapitalnie — dodał, zamieniając się znowu w małego chłopca, a Temeraire zawrócił po ostatnią krowę.

— Sir, nie wybrał pan jeszcze swoich gońców, prawda? — zapytał z nadzieją w głosie ciemnowłosy chłopiec. Zaraz zawtórowali mu pozostali; wszyscy zaczęli go zapewniać, że się nadają na stanowisko w smoczej załodze, na które, jak zrozumiał Laurence, mianuje się najlepszych kadetów.

— Nie, ale kiedy do tego dojdzie, skorzystam z rady waszych instruktorów — rzucił z udawaną surowością. — Tak więc powinniście wykazać się przed nimi w najbliższych tygodniach. No, najadłeś się? — zwrócił się do Temeraire’a, który wylądował zgrabnie na skalnej półce.

— O, tak, były bardzo smaczne, ale teraz cały jestem we krwi. Czy możemy się umyć? — zapytał Temeraire.

Dopiero teraz Laurence uzmysłowił sobie, że nie zapytał o to podczas zwiedzania kryjówki, dlatego ponownie zerknął na chłopców.

— Panowie, co mi radzicie? Czy mam go zabrać na kąpiel do jeziora?

Wszyscy wybałuszyli oczy.

— Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś kąpał smoka — rzucił jeden z chłopców.

— To znaczy, wyobraża pan sobie mycie takiego Regala? — dodał płowowłosy chłopiec. — Zajęłoby to całe wieki. Zwykle oblizują sobie pysk i łapy, tak jak koty.

— To nie brzmi najlepiej. Ja lubię, kiedy się mnie myje, nawet jeśli to zabiera dużo czasu — wtrącił Temeraire, zerkając niepewnie na Laurence’a.

Laurence powstrzymał się od krzyku i powiedział spokojnie:

— Z pewnością zabiera to dużo czasu, tak samo jak wiele innych rzeczy, które należy wykonywać. Zaraz ruszamy nad jezioro Zaczekaj tylko chwilę, Temeraire. Pójdę po jakieś płótna.

— Och, ja przyniosę! — Głowa płowowłosego chłopca zniknęła w oknie, a pozostali podążyli za nim. Pięć minut później powrócili całą gromadką, niosąc stos niezdarnie poskładanych płócien, których pochodzenia Laurence się domyślał.

Ale wziął prześcieradła i podziękował chłopcom z powagą, po czym dosiadł smoka, zatrzymując w pamięci twarz płowowłosego kadeta; uważał, że ktoś z taką inicjatywą ma zadatki na dobrego oficera.

— Jutro możemy przynieść pasy z karabińczykami i też polecieć, żeby pomóc — dodał ten z najniewinniejszą w świecie miną.

Laurence spojrzał na niego, zastanawiając się, czy nie należy potępić bezczelności, ale spodobał mu się entuzjazm chłopaka, tak więc powiedział tylko stanowczym tonem:

— Zobaczymy.

Laurence widział zachwycone twarze stojących na skalnej półce chłopców, aż Temeraire okrążył zamek i zniknęli z zasięgu wzroku. Nad jeziorem pozwolił najpierw smokowi popływać, żeby zmył z siebie zakrzepłą krew, a potem dokładnie go wytarł. Jako człowiek przyzwyczajony do codziennego szorowania pokładu Laurence był oburzony tym, że awiatorzy nie dbają o czystość swoich podopiecznych, i kiedy tak wycierał gładkie, czarne boki smoka, pomyślał nagle o uprzęży.

— Temeraire, czy rzemienie cię nie obcierają? — zapytał, dotykając pasów.

— Tylko czasem — powiedział Temeraire, odwracając głowę w jego stronę. — Moja skóra staje się coraz twardsza, a poza tym nawet jeśli któryś z rzemieni mi dokucza, przesuwam go nieco i od razu jest lepiej.

— Jestem zawstydzony — rzekł Laurence. — Nie powinienem cię zmuszać do noszenia uprzęży przez cały czas. Od dzisiaj będziesz ją wkładał tylko do lotów.

— Ale czy nie mam obowiązku jej nosić, tak jak ty musisz nosić ubranie? — zapytał Temeraire. — Nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że jestem jakimś dzikusem.

— Dam ci większy łańcuch na szyję, i to wystarczy — powiedział Laurence, myśląc o złotej obręczy Celeritasa. — Nie pozwolę, żebyś cierpiał przez jakiś zwyczaj, który według mnie wziął się z lenistwa, i zamierzam wyrazić swoją opinię na ten temat pierwszemu admirałowi, jakiego spotkam.

Zawsze dotrzymywał słowa, więc zdjął uprząż z Temeraire’a, gdy tylko wylądowali na dziedzińcu. Temeraire spojrzał nerwowo na pozostałe smoki, które obserwowały go uważnie od momentu powrotu, gdyż wciąż ociekał wodą. Nie wydawały się jednak oburzone, raczej zaciekawione, tak więc kiedy Laurence zdjął złoty łańcuch z perłami i owinął go wokół szpona Temeraire’a niczym pierścień, ten zupełnie się uspokoił i wyciągnął na ciepłych kamiennych płytach.

— Przyjemniej jest bez uprzęży — wyznał cicho Laurence’owi i podrapał się w ciemniejszym, stwardniałym miejscu na skórze, gdzie sprzączka zgniotła kilka łusek.

Laurence przerwał czyszczenie uprzęży i poklepał go przepraszająco.

— Proszę cię o wybaczenie — powiedział, spoglądając na zgrubienie z poczuciem winy. — Zrobię ci okład.

— Ja też chcę zdjąć uprząż — zaszczebiotał niespodziewanie jeden z Winchesterów, sfrunął z grzbietu Maksimusa i wylądował przed Laurence’em. — Zdejmiesz mi ją?

Laurence zawahał się, ponieważ źle by to wyglądało, gdyby zajął się smokiem innego opiekuna.

— Myślę, że tylko twój opiekun może to zrobić — powiedział. — Nie chciałbym go obrazić.

— Nie widziałem go już od trzech dni — odparł smutno Winchester i opuścił małą głowę; nie był większy od pary koni pociągowych, a w kłębie tylko trochę przewyższał Laurencea Z bliska Laurence dostrzegł smużki zaschniętej krwi na skórze smoka. Także jego uprząż nie wyglądała na zbytnio zadbaną, w przeciwieństwie do uprzęży pozostałych; widniały na niej plamy i pęknięcia.

— Podejdź tutaj, niech ci się przyjrzę — powiedział cicho Laurence, sięgając po jeszcze mokre płótno, i zaczął wycierać małego smoka.

— Och, dziękuję — powiedział Winchester i podsunął się ochoczo. — Nazywam się Levitas — dodał nieśmiało.

— Ja jestem Laurence, a to jest Temeraire — odparł Laurence.