Выбрать главу

— Laurence jest moim kapitanem — rzekł Temeraire, kładąc nacisk na zaimek, a w jego głosie zabrzmiała nieznacznie wojownicza nuta.

Laurence spojrzał na niego zaskoczony i przerwał czyszczenie, żeby go poklepać. Temeraire wyciągnął się wygodniej, lecz wciąż ich obserwował, zwęziwszy źrenice.

— Czy chcesz, żebym sprawdził, co się stało z twoim opiekunem? — zwrócił się Laurence do Levitasa, kiedy skończył go czyścić. — Może jest chory, ale nawet jeśli tak, to z pewnością niebawem wydobrzeje.

— Och, raczej nie jest chory — odparł Levitas równie smutnym głosem. — Ale teraz czuję się o wiele lepiej — dodał i z wdzięcznością potarł łbem o ramię Laurence’a.

Temeraire wydał głuchy pomruk niezadowolenia i rozpłaszczył łapę na kamiennej płycie, a wtedy Levitas zapiszczał i powrócił pospiesznie na grzbiet Maksimusa, gdzie przytulił się do drugiego Winchestera. Laurence spojrzał na Temeraire’a.

— A cóż to, zazdrość? — spytał cicho. — Chyba nie masz nic przeciwko temu, że go trochę umyłem, skoro opiekun go zaniedbuje?

— Jesteś mój — odparł stanowczo Temeraire, lecz po chwili spuścił ze wstydem łeb i dodał ciszej: — Jego łatwiej byłoby myć.

— Nie opuściłbym nawet cala twojej skóry, nawet gdybyś był dwa razy większy od Laetificat — powiedział Laurence. — Ale może sprawdzę, czy chłopcy nie zechcieliby go umyć jutro.

— Tak byłoby dobrze — stwierdził rozpromieniony Temeraire. — Nie rozumiem, dlaczego nie przychodzi jego opiekun. Ty nigdy byś mnie nie zostawił na tak długo, prawda?

— Nigdy w życiu, chyba że by mnie zatrzymano siłą — odparł Laurence.

Sam też tego nie rozumiał. Wyobrażał sobie, że ktoś zaprzężony do głupiej bestii nie widzi w niej ciekawego intelektualnie partnera, ale spodziewałby się co najmniej zwykłej sympatii, jaką James okazywał Volatilusowi. A przecież Levitas, choć mniejszy, z pewnością był inteligentniejszy niż Volly. Może nie było w tym nic dziwnego, na pewno wśród awiatorów także bywają mniej oddani ludzie, podobnie jak w innych rodzajach wojsk, lecz ze względu na małą liczebność smoków przykro było wiedzieć, ze któryś z nich jest nieszczęśliwy, co mogło wpłynąć na jego umiejętności.

Laurence zabrał ze sobą uprząż Temeraire’a i zaniósł do ogromnych szop, w których pracowały załogi naziemne; pomimo późnej pory kilkunastu ludzi siedziało na dworze, paląc leniwie. Spojrzeli na niego z zaciekawieniem, nie zasalutowali, ale też i nie okazali wrogości.

— Ach, ty jesteś pewnie od Temeraire’a — rzucił jeden z nich i odebrał od niego uprząż. — Zerwała się? Za kilka dni dostaniecie własny sprzęt, ale póki co możemy to naprawić.

— Nie zerwała się, trzeba ją tylko wyczyścić — odpowiedział Laurence.

— Nie masz jeszcze uprzężnika, a nam nie wolno przydzielać ci członków załogi naziemnej, dopóki się nie dowiemy, jakie smok ma przejść szkolenie — wyjaśnił mężczyzna. — Ale zajmiemy się tym. Hollin, przetrzesz to? — zawołał do młodzieńca, który zajmował się skórami w szopie.

Hollin wyszedł, wytarł ręce o fartuch i wziął uprząż w duże pewnie wyglądające dłonie.

— Jasne, ale czy będą kłopoty, kiedy mu to spróbuję z powrotem nałożyć? — zapytał.

— Nie ma takiej potrzeby. Lepiej czuje się bez uprzęży, więc po prostu połóż ją przy nim — oświadczył Laurence stanowczo, ignorując spojrzenia, jakie wywołały jego słowa. — Uprząż Levitasa też nie jest w najlepszym stanie.

— Levitasa? Cóż, o tym to już jego kapitan powinien porozmawiać z załogą — odparł pierwszy mężczyzna, pykając fajkę w zamyśleniu.

Była to prawda, niemniej wyglądało to na wymigiwanie się od odpowiedzialności. Laurence popatrzył na niego zimno i na chwilę zapadła wymowna cisza. Mężczyzna poruszył się niezgrabnie, przyszpilony jego spojrzeniem.

— Jeśli trzeba udzielić im nagany za zaniedbywanie obowiązków, to należy się tym zająć — powiedział bardzo cicho Laurence. — Sądziłem, że jeśli powie się przedstawicielowi Korpusu, że dobro jakiegoś smoka jest zagrożone, to on od razu postara się temu zaradzić.

— Ja to zrobię, kiedy będę odnosił uprząż Temeraire’a — rzucił pospiesznie Hollin. — Levitas jest mały, więc wystarczy kilka ruchów.

— Dziękuję, panie Hollin. Cieszę się, że zostałem dobrze zrozumiany — rzekł Laurence i zawrócił do zamku.

Z tyłu rozległ się szept: — Ale z niego piła, nie chciałbym służyć w jego załodze.

Nie było przyjemnie słyszeć takie słowa, ponieważ nigdy nie uważano go za bezwzględnego kapitana, zawsze szczycił się tym, że dowodzi ludźmi, opierając się bardziej na szacunku niż strachu czy wymierzaniu srogich kar, a wielu przychodziło do niego na służbę na ochotnika.

Z drugiej strony był też świadomy własnej winy: podejmując tak zdecydowane kroki, pominął kapitana Levitasa, co ten słusznie może mu wziąć za złe. Jednak Laurence niczego nie żałował. Levitas był wyraźnie zaniedbany, a jego poczucie obowiązku nie pozwalało mu zostawić go w takim stanie. Swoboda w gronie członków Korpusu mogła mu w tej sprawie pomóc; przy odrobinie szczęścia jego wskazówka nie musiała zostać odebrana jako wtrącanie się w cudze sprawy czy wręcz coś oburzającego, jak miałoby to miejsce we flocie.

Nie był to zbyt pomyślny pierwszy dzień. Laurence poczuł się znużony i zniechęcony. Nie napotkał tu niczego naprawdę nie do przyjęcia, tak jak się obawiał, niczego tak złego, że nie mógłby tego znieść, ale też i niczego łatwego ani znanego. Mimowolnie zatęsknił za wygodnym zorganizowaniem floty, które wypełniało całe jego życie, i zapragnął, zupełnie niedorzecznie, znaleźć się znowu z Temeraire’em na pokładzie Relianta na środku oceanu.

Rozdział 6

Obudził go blask słońca wlewający się przez okna od wschodu. Zapomniany talerz z zimnym jedzeniem czekał na niego poprzedniego wieczoru, kiedy wreszcie wrócił do pokoju, co oznaczało, że Tolly dotrzymywał słowa. Na jedzeniu siedziało kilka much, lecz dla człowieka morza nie było to nic wielkiego, tak więc Laurence odpędził je machnięciem ręki i zjadł wszystko do ostatniego kęsa. Zamierzał tylko odpocząć trochę przed kolacją i kąpielą. Teraz mrugał otumaniony przez jakąś minutę, zanim wreszcie się zorientował, gdzie jest. Usiadł nieporadnie, przypomniawszy sobie o ćwiczeniach. Spał w koszuli i gaciach, lecz na szczęście miał zmianę ubrania, a mundur pozostał w dość dobrym stanie. Będzie musiał pamiętać, żeby znaleźć w okolicy krawca, który by mu uszył drugi. Szamocąc się nieco, włożył go samodzielnie i zszedł na dół, względnie zadowolony ze swojego wyglądu.

Większość miejsc przy stole starszych oficerów była wolna. Laurence nie dostrzegł Granby’ego, lecz wyczuł skutki jego obecności w ukradkowych spojrzeniach, jakie posłali mu dwaj młodzieńcy siedzący przy dalszym końcu stołu. Bliżej szczytu ogromny, dobrze zbudowany mężczyzna o nalanej twarzy, bez munduru, systematycznie zmiatał wypełniające jego talerz jajka, kaszankę i boczek. Laurence rozejrzał się w poszukiwaniu kredensu z naczyniami.

— Dzień dobry, kapitanie. Kawa czy herbata? — Tolly pojawił się u jego boku z dwoma dzbankami w rękach.

— Kawa, dziękuję — odparł Laurence z wdzięcznością, po czym wychylił całą filiżankę duszkiem i podstawił ją jeszcze raz, zanim służący zdążył odejść. — Czy mamy tu samoobsługę? — zapytał.

— Nie, Lacey już niesie dla pana jajka na bekonie. Proszę powiedzieć, jeśli będzie pan jeszcze czegoś potrzebował — rzucił Tolly, oddalając się.

— Dzień dobry! — Służąca, ubrana w surowy samodział, przywitała go pogodnie, zamiast zachować milczenie, lecz tak miło było ujrzeć przyjazną twarz, że odruchowo odpowiedział na powitanie. Talerz, na którym przyniosła jedzenie, był jeszcze gorący, a kiedy Laurence spróbował wyśmienitego bekonu, w ogóle przestał myśleć o stosownym zachowaniu: wędzony w dymie z jakiegoś nie znanego mu drzewa, smakował wybornie, a żółtka jajek były niemal jasnopomarańczowe. Jadł szybko, spoglądając na kwadraty światła podróżujące po podłodze, padające z wysokich okien.