— Nie udław się — powiedział krępy mężczyzna, zerkając na niego. — Tolly, jeszcze herbaty — zaryczał; głos miał tak donośny, że mógłby przekrzyczeć burzę. — Laurence? — zapytał, czekając, aż służący napełni mu kubek.
Laurence przełknął kęs i powiedział:
— Tak, sir. Z kim mam przyjemność?
— Berkley — przedstawił się mężczyzna. — Posłuchaj, cóż to za bzdury kładziesz swojemu smokowi do głowy? Mój Maksimus mamrocze przez cały ranek o kąpieli i zdjęciu uprzęży — to niedorzeczne.
— Nie dla mnie, sir. Mam na względzie jedynie wygodę mojego smoka — odpowiedział Laurence ze spokojem, zaciskając dłonie na sztućcach.
Berkley spiorunował go wzrokiem.
— Do cholery, sugerujesz, że zaniedbuję Maksimusa? Nikt nigdy nie mył smoków; nie przeszkadza im odrobina brudu, przecież mają grubą skórę.
Laurence panował nad swoim zachowaniem i głosem, ale stracił apetyt, więc odłożył sztućce.
— Najwyraźniej twój smok się z tobą nie zgadza. Sądzisz, że wiesz lepiej niż on, co jest dla niego niewygodne?
Berkley spojrzał na niego spod ściągniętych brwi i nieoczekiwanie parsknął.
— Ostry jesteś, to pewne. A ja myślałem, że we flocie są same ostrożne sztywniaki. — Wypił herbatę i wstał. — Zobaczymy się później. Celeritas zamierza połączyć Maksimusa i Temeraire’a w parę. — Skinął głową, całkiem przyjaźnie, i opuścił salę.
Laurence był nieco zdezorientowany tą nagłą zmianą frontu, lecz nie zastanawiał się nad tym zbyt długo, ponieważ zauważył, że jest już niemal spóźniony. Temeraire zaczął się niecierpliwić, a Laurence stwierdził, że musi zapłacić za swoje dobre serce, bo trzeba było jeszcze założyć uprząż. Zawołał dwóch członków załogi naziemnej do pomocy i przybyli na dziedziniec w ostatniej chwili.
Kiedy wylądowali, nie było tam jeszcze Celeritasa, lecz już parę chwil potem Laurence zobaczył, jak instruktor wylania się z jednej z nisz wykutych w klifowej ścianie: najwyraźniej były to prywatne kwatery, być może dla starszych albo bardziej zasłużonych smoków. Celeritas zamachał skrzydłami i sfrunął na dziedziniec, lądując zgrabnie na tylnych łapach, a potem spojrzał uważnie na Temeraire’a.
— Hm, tak, cudownie głęboka pierś. Weź oddech, proszę. Tak, tak. — Opadł na cztery łapy. — No dobrze. Zobaczmy, co potrafisz. Dwa pełne okrążenia nad doliną, przy pierwszym poziome zwroty, przy drugim pętle. Tempo spokojne, chcę ocenić twój styl, a nie prędkość. — Pokazał głową w kierunku doliny.
Temeraire wystartował gwałtownie.
— Spokojnie — zawołał Laurence i upomniał go ściągnięciem wodzy.
Temeraire zwolnił niechętnie i leciał dalej z umiarkowaną prędkością. Łatwo uporał się ze zwrotami i pętlami. Kiedy wrócili nad dziedziniec, Celeritas zawołał:
— Jeszcze raz na pełnej prędkości.
Laurence pochylił się nisko nad szyją smoka, który teraz pracował tak mocno skrzydłami, że wiatr świstał głośno w uszach. Nigdy wcześniej nie lecieli tak szybko i nigdy wcześniej nie czuł podobnego uniesienia. Kiedy wykonywali zwrot, nie potrafił się już dłużej powstrzymać i wydał okrzyk przeznaczony tylko dla uszu Temeraire’a.
Po drugim okrążeniu skierowali się z powrotem ku dziedzińcowi; Temeraire nawet się nie zdyszał. Ale kiedy byli w połowie doliny, gdzieś nad nimi rozległ się przeraźliwy ryk i spadł na nich ogromny, czarny cień. Laurence spojrzał do góry zaniepokojony i ujrzał Maksimusa, który pędził prosto na nich, jakby zamierzał ich staranować. Temeraire zatrzymał się gwałtownie i zawisł w powietrzu, Maksimus zaś przemknął tuż obok i wzbił się w powietrze, kiedy był tuż nad samą ziemią.
— Do diabła, Berkley, co to miało być? — ryknął Laurence najgłośniej jak potrafił, stając w uprzęży; był wściekły i ściskał wodze drżącymi dłońmi. — Wyjaśnisz mi to, pan, natychmiast!
— Wielki Boże! Jak on to robi? — odkrzyknął Berkley pogodnie, jakby nic się nie stało, podczas gdy Maksimus leciał spokojnie z powrotem na dziedziniec. — Celeritasie, widziałeś to?
— Widziałem. Temeraire, wróć tutaj — zawołał Celeritas. — Zaatakowali was na mój rozkaz, kapitanie, proszę się nie oburzać — powiedział do Laurence’a, kiedy Temeraire wylądował zgrabnie na skraju dziedzińca. — To bardzo ważne, żeby sprawdzić naturalne reakcje smoka podczas ataku z góry, z miejsca gdzie nie sięgamy wzrokiem; pewnych instynktownych reakcji nie wyeliminuje żaden trening.
Laurence wciąż był nastroszony, podobnie jak Temeraire który z wyrzutem zwrócił się do Maksimusa:
— To było bardzo nieprzyjemne.
— Wiem, też przez to przeszedłem na początku szkolenia — odparł wesoło Maksimus, nie okazując najmniejszej skruchy. — W jaki sposób potrafisz tak po prostu zawisnąć w powietrzu?
— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem — odparł Temeraire już trochę udobruchany. Skierował głowę do tyłu i spojrzał na swój grzbiet. — Chyba po prostu uderzam skrzydłami w drugą stronę.
Laurence poklepał go uspokajająco po szyi, a Celeritas przyjrzał się uważnie połączeniom stawowym jego skrzydeł.
— Sądziłem, że wszystkie smoki są do tego zdolne, sir. Czy to coś niezwykłego? — zapytał Laurence.
— Jedynie w tym sensie, że w ciągu dwustu lat mojego życia nigdy się z tym nie zetknąłem — rzucił z przekąsem Celeritas i przysiadł na tylnych łapach. — Anglewingi potrafią robić ciasne zwroty, ale nie potrafią zawisnąć w taki sposób. — Podrapał się po czole. — Będziemy się musieli zastanowić, jak wykorzystać tę umiejętność; na pewno możesz być naprawdę niebezpiecznym bombowcem.
Laurence i Berkley wciąż o tym dyskutowali w drodze na obiad, a także o wspólnych treningach Temeraire’a i Maksimusa. Celeritas prowadził z nim ćwiczenia przez resztę dnia, badając zdolności manewrowe Temeraire’a i przyuczając oba smoki do lotu w tym samym tempie. Laurence już wcześniej żywił przekonanie, że Temeraire jest niezwykle szybki i sprawny w powietrzu, lecz z ogromną przyjemnością i satysfakcją usłyszał, że potwierdza to Celeritas, i przekonał się, że Temeraire potrafi z łatwością prześcignąć starszego i większego od siebie Maksimusa.
Celeritas zasugerował nawet, że może uda się dwa razy zwiększyć tempo Temeraire’a, jeśli zachowa zdolności manewrowe podczas dojrzewania: dzięki temu byłby w stanie odbyć lot bombardujący wzdłuż całej formacji wroga, wrócić na pozycję i wykonać drugi nalot z pozostałymi smokami.
Berkleyowi i Maksimusowi nie przeszkadzało, że Temeraire zatacza wokół nich kręgi. Naturalnie Regal Coppery były najwyraźniej siłą uderzeniową Korpusu, a Temeraire z pewnością nigdy by nie dorównał Maksimusowi wagą czy siłą, tak więc nie było podstaw do zazdrości; mimo to po napiętym pierwszym dniu Laurence uznał za sukces brak jakichkolwiek zatargów. Sam Berkley był dość osobliwą postacią, trochę za stary jak na świeżo mianowanego kapitana i bardzo dziwaczny w zachowaniu, które można by opisać jako morze powściągliwości wzburzone okazjonalnymi wybuchami.
Niemniej jednak na swój sposób wydawał się oficerem solidnym i oddanym, a także względnie przyjaznym. Powiedział Laurence’owi bez ogródek, kiedy zasiedli przy stole, czekając na pozostałych oficerów: