— Oczywiście będziesz musiał stawić czoło powszechnej zazdrości, choćby tylko z tego względu, że ominął cię staż. Ja czekałem na Maksimusa sześć lat. Warto było czekać, ale chyba tez bym cię znienawidził, gdybyś wtedy paradował przede mną na Cesarskim.
— Jak to czekałeś? — zapytał Laurence. — Zostałeś przydzielony do niego, zanim się wykluł?
— W chwili gdy jajo ostygło na tyle, że dało się je dotknąć — odparł Berkley. — W ciągu jednego pokolenia dostajemy cztery czy pięć Regal Copperów, więc nie mogą dostawać się w przypadkowe ręce. Ściągnęli mnie zaraz po tym, jak powiedziałem tak-jest-bardzo-dziękuję, a potem siedziałem tu, gapiąc się na skorupę i ucząc pędraków, i miałem nadzieję, że nie będzie się specjalnie ociągał, ale on, cholera, oczywiście się nie spieszył. — Berkley prychnął i opróżnił kieliszek z winem.
Po porannych ćwiczeniach Laurence wyrobił sobie bardzo dobre zdanie o umiejętnościach Berkleya i mógł przyznać, że jego towarzysz rzeczywiście wydaje się osobą, której można powierzyć cennego smoka. Berkley bardzo lubił Maksimusa i nie ukrywał tego. Kiedy wychodzili z dziedzińca, Laurence usłyszał, jak mówi do swojego ogromnego smoka:
— Podejrzewam, że nie dasz mi spokoju, dopóki ci nie zdejmą uprzęży, a niech cię. — A kiedy wydał odpowiednie polecenie załodze naziemnej, Maximus omal go nie przewrócił pieszczotliwym kuksańcem.
Do jadalni przybywali pozostali oficerowie. Większość z nich była młodsza od niego czy Berkleya, tak więc niebawem salę wypełniły wesołe i często wysokie jeszcze głosy. Z początku Laurence był trochę spięty, lecz jego obawy się nie ziściły; owszem, kilku poruczników spojrzało na niego z powątpiewaniem, a Granby siedział tak daleko od niego, jak się dało, lecz poza tym nikt nie zwracał na niego uwagi.
— Za pozwoleniem, sir — odezwał się cicho i niespodziewanie wysoki, jasnowłosy mężczyzna o ostrym nosie i opadł na miejsce obok niego. Wprawdzie wszyscy starsi oficerowie nosili mundury i krawaty do kolacji, lecz ten wyraźnie się wyróżniał, gdyż krawat miał równo związany, a mundur idealnie odprasowany. — Kapitan Jeremy Rankin, do usług — przedstawił się uprzejmie, podając rękę. — Chyba się jeszcze nie spotkaliśmy?
— Nie, przybyłem wczoraj. Kapitan Will Laurence, do usług — odparł Laurence.
Rankin miał silny uścisk i przyjemny, bezpośredni sposób bycia. Laurence stwierdził, że bardzo dobrze mu się z nim rozmawia, i nie był zaskoczony, gdy się dowiedział, że Rankin jest synem hrabiego Kensington.
— W mojej rodzinie zawsze trzeciego syna oddawano na służbę do Korpusu, a w zamierzchłych czasach, zanim jeszcze powstał Korpus i smoki zarezerwowano tylko dla Korony, mój pra-któryś-tam-dziadek trzymał parę — powiedział Rankin. — Mogę więc bez przeszkód odwiedzać dom rodzinny, bo wciąż mamy tam niedużą kryjówkę wykorzystywaną w trakcie przelotów; zaglądałem tam często nawet podczas szkolenia. Szkoda, że inni awiatorzy nie mają podobnych możliwości — dodał cicho, zerkając na boki.
Laurence nie chciał powiedzieć niczego, co mogłoby zostać uznane za krytykę. Sam Rankin mógł o tym wspomnieć, jako jeden z nich, lecz podobna uwaga w jego ustach mogłaby zabrzmieć obraźliwie.
— Chłopcom musi być ciężko, opuszczają dom tak wcześnie — powiedział taktownie. — We flocie nie przyjmujemy… to znaczy, flota nie przyjmuje chłopaków przed dwunastym rokiem życia, a i wtedy schodzą na ląd między rejsami i jadą do domu. Ty też miałeś podobne doświadczenia? — zapytał, odwracając się do Berkleya.
— Hm — mruknął Berkley, przełykając jedzenie, a zanim odpowiedział, spojrzał przenikliwie na Rankina. — Niezupełnie. Trochę piszczałem, ale można się do tego przyzwyczaić, a poza tym pędzimy pędraków do roboty, żeby nie mieli czasu tęsknić za domem. — Powrócił do obiadu, nie wykazując chęci kontynuowania rozmowy, tak więc Laurence odwrócił się znowu do Rankina.
— Ach, przychodzę za późno! — Szczupły chłopak o jeszcze nie łamiącym się głosie, ale wysoki jak na swój wiek, zbliżył się pospiesznie do stołu; jego długie, rude włosy wysunęły się do połowy z zaplecionego warkocza. Zatrzymał się jak wryty przy stole, po czym powoli, z pewną niechęcią zajął miejsce po drugiej stronie Rankina, jedyne wolne. Pomimo młodego wieku miał już stopień kapitana: na jego mundurze widniały podwójne złote galony.
— Wcale nie, Catherine. Pozwól, że ci naleję wina — rzekł Rankin.
Laurence spojrzał ze zdumieniem na młodziana, przekonany że się przesłyszał, lecz stwierdził, że wcale nie: rzeczywiście miał przed sobą młodą damę. Rozejrzał się po innych, nieco zbity z tropu. Nikt się nad tym nie zastanawiał ani nie był zdziwiony, a Rankin zwracał się do niej uprzejmym i oficjalnym tonem, podając jej tace z jedzeniem.
— Pozwólcie, że was sobie przedstawię — dodał Rankin. — Kapitan Laurence na Temerairze i panna… och, zapomniałem, to znaczy, kapitan Catherine Harcourt na, hm, Lily.
— Witam — mruknęła dziewczyna, nie podnosząc oczu.
Laurence poczuł, że się czerwieni. Ta młoda kobieta siedziała w bryczesach, które uwydatniały kształt jej nóg, i w koszuli przytrzymywanej głównie krawatem. Szybko przeniósł wzrok na niczym go nie niepokojący czubek jej głowy i wydusił z siebie:
— Do usług, panno Harcourt.
W ten sposób przynajmniej zmusił ją do podniesienia głowy.
— Nie panno, ale k a p i t a n Harcourt — poprawiła go. Piegi odcinały się wyraźnie na jej pobladłej twarzy, ale niewątpliwie była zdecydowana bronić swoich praw; posłała Rankinowi wyzywające spojrzenie.
Laurence nazwał ją „panną” automatycznie; nie miał zamiaru jej obrazić, lecz najwyraźniej to zrobił.
— Proszę mi wybaczyć, kapitan Harcourt — odpowiedział natychmiast i skłonił głowę w geście przeprosin. Niemniej jednak dziwnie było tak się do niej zwracać, a tytuł z trudem przeszedł przez jego usta, dlatego obawiał się, że jego odpowiedź wypadła bardzo sztucznie. — Nie chciałem być nieuprzejmy. — Skojarzył teraz imię smoka, które go zaskoczyło poprzedniego dnia, lecz wobec ogromu wrażeń jakoś o nim zapomniał. — Jak sądzę, lata pani na Longwingu? — zapytał uprzejmie.
— Tak, to moja Lily — odpowiedziała, a gdy wymówiła imię smoka, w jej głosie zabrzmiała mimowolna ciepła nuta.
— Może nie wie pan, kapitanie Laurence, że Longwingi tolerują tylko opiekunów płci żeńskiej; to takie ich dziwactwo, za które musimy być wdzięczni, bo inaczej bylibyśmy pozbawieni tak czarującego towarzystwa — rzekł Rankin, skłaniając głowę ku dziewczynie.
Laurence zmarszczył brwi, usłyszawszy wyraźną ironię w jego głosie; dziewczyna była widocznie speszona, Rankin zaś wcale nie pomagał jej poczuć się lepiej. Znowu spuściła głowę i wbiła wzrok w talerz, zaciskając blade usta w grymasie niezadowolenia.
— Cóż za odwaga podjąć taki obowiązek, pa… kapitan Harcourt. Do… chciałem powiedzieć: pani zdrowie — rzekł Laurence, poprawiając się w ostatniej chwili, i upił łyk wina; nie uważał za stosowne zmuszać tak młodego dziewczęcia do wypicia wina do dna.
— Robię to samo, co inni — mruknęła, po czym, nieco spóźniona, podniosła swój kielich. — To znaczy: i pańskie zdrowie.
Powtórzył sobie w myślach jej stopień i imię, ponieważ uznał, iż bardzo niegrzecznie byłoby znowu się pomylić, skoro raz już go poprawiła, lecz wszystko to było tak dziwne, że nie do końca sobie ufał. Starał się patrzeć tylko na jej twarz, nie gdzie indziej. Z włosami związanymi z tyłu rzeczywiście wyglądała chłopięco, co było nieco pomocne, a podobieństwo do mężczyzny potęgował jeszcze jej strój, który zmylił go na początku; podejrzewał, że właśnie dlatego ubierała się po męsku, choć było to skandaliczne i nielegalne.