Выбрать главу

Odprawiwszy kadetów, Laurence opuścił dziedziniec, klucząc między smokami. Przystanął, gdy tylko spojrzał na Temeraire’a z bliska; smok był przygnębiony, jakby zupełnie stracił całą radość, z jaką zakończył poranne ćwiczenia, więc Laurence szybko do niego podbiegł.

— Co ci jest? — zapytał, oglądając pysk Temeraire’a, lecz smok był uwalany krwią po posiłku i chyba najedzony. — Zaszkodziło ci coś, co zjadłeś?

— Nie, czuję się dobrze — odparł Temeraire. — Tylko… Laurence, czy ja jestem normalnym smokiem?

Laurence spojrzał na niego zaskoczony, ponieważ nigdy wcześniej nie słyszał podobnej nuty niepewności w jego głosie.

— Jesteś najnormalniejszym smokiem na świecie. Skąd ci przyszło do głowy podobne pytanie? Czy ktoś powiedział ci coś niemiłego? — Na samą myśl o tym zaczął wzbierać w nim gniew. Jemu samemu awiatorzy mogli gadać, co tylko im się podoba, ale nie będzie tolerował żadnych uwag kierowanych do Temeraire’a.

— Och, nie — rzekł Temeraire, lecz jakoś bez przekonania. — Nikt nie był niemiły, ale kiedy jedliśmy wszyscy razem, zauważyli, że nie wyglądam dokładnie tak jak oni. Wszyscy mają jaśniejszą skórę niż ja, a ich skrzydła nie mają tylu palców. Poza tym mają grzebienie na grzbietach, a ja nie, mam więcej pazurów niż oni. — Przyglądał się sobie uważnie, kiedy wyliczał kolejne cechy swojej anatomii. — Dlatego patrzyli na mnie trochę dziwnie, ale nikt nie był niemiły. To pewnie dlatego, że jestem chińskim smokiem?

— Naturalnie. I musisz pamiętać, że Chińczycy należą do najlepszych hodowców na świecie — powiedział stanowczo Lauce. — Jeśli w ogóle mieliby porównywać się z tobą, to powinni traktować cię jako ideał, a nie odwrotnie, więc ani przez chwilę nie wątp w siebie. Przypomnij sobie tylko, jak Celeritas chwalił rano twój lot.

— Ale nie potrafię ziać ogniem ani pluć trucizną — rzekł Temeraire i ułożył się wygodniej, wciąż osowiały. — I nie jestem tak duży jak Maksimus. — Zamilkł na moment, a potem dodał: — On i Lily jedli pierwsi; reszta musiała czekać, aż skończą, i dopiero wtedy mogliśmy polować w grupie.

Laurence zmarszczył brwi; nie przyszło mu do głowy, że smoki mają własną hierarchię.

— Mój drogi, jesteś pierwszym przedstawicielem swojej rasy w Anglii, więc twoje miejsce nie zostało jeszcze ustalone — powiedział, usiłując znaleźć wyjaśnienie, które by uspokoiło Temeraire’a. — A poza tym może ten porządek ma coś wspólnego z rangą kapitanów. Musisz pamiętać, że mam o wiele krótsze starszeństwo niż którykolwiek z pozostałych kapitanów.

— To byłoby bardzo głupie. Przecież jesteś starszy od większości z nich i masz duże doświadczenie — rzucił Temeraire, zapominając trochę o swoim nieszczęściu i stając w obronie Laurence’a. — Ty wygrywałeś bitwy, a większość z nich dopiero się szkoli.

— Owszem, lecz to były bitwy morskie, a w powietrzu wszystko wygląda zupełnie inaczej — powiedział Laurence. — Ale prawdą jest, że ranga i pierwszeństwo nie gwarantują mądrości ani dobrej rasy, więc nie bierz sobie tego tak bardzo do serca. ^ pewnością za rok lub dwa zostaniesz uhonorowany tak, jak na to zasługujesz. Póki co, najadłeś się do syta? Wrócimy na zerowisko, jeśli jesteś jeszcze głodny.

— Och, nie, jedzenia było pod dostatkiem — zapewnił go Temeraire. — Mogłem upolować, co tylko chciałem, a inni specjalnie mi nie przeszkadzali.

Zamilkł, Laurence zaś, widząc, że nastrój smoka jeszcze nie całkiem się poprawił, powiedział:

— Chodź, trzeba cię umyć.

Temeraire od razu się ożywił, a kiedy prawie przez godzinę dokazywał z Levitasem w jeziorze i pozwolił się wyszorować kadetom, odzyskał dobry nastrój. Już o wiele szczęśliwszy, zwinął się wokół Laurence’a na ciepłych płytach dziedzińca i zabrali się do czytania. Lecz Laurance zauważył, że Temeraire częściej niż zwykle spogląda na swój złoty naszyjnik z perłami i dotyka go czubkiem języka; zaczynał już rozpoznawać ten gest jako prośbę o dodanie otuchy. Spróbował czytać z większym uczuciem i poklepał przednią łapę smoka, na której siedział wygodnie.

Kiedy wieczorem wchodził do klubu oficerskiego, wciąż odczuwał pewien niepokój, a chwilowa cisza, jaka zapadła po jego wejściu do sali, zrobiła na nim o wiele mniejsze wrażenie, niż mogłaby zrobić w innej sytuacji. Stojący przy pianinie Granby znacząco dotknął czoła, sarkastycznie mu salutując, i powiedział:

— Sir.

Trudno było skrytykować taką dziwną zniewagę, więc Laurence postanowił zareagować tak, jakby to było szczere powitanie, i odpowiedział uprzejmie:

— Panie Granby.

Skinął też głową pozostałym i poszedł dalej, nie spiesząc się zbytnio. Rankin siedział w kącie sali, przy stoliku, pogrążony w lekturze gazety. Laurence przyłączył się do niego i już po kilku chwilach obaj pochylili się nad szachownicą, którą Rankin zdjął z półki.

Salę znowu wypełnił szum rozmów; Laurence rozglądał się dyskretnie między ruchami. Teraz, już bardziej zorientowany, dostrzegł kilka kobiet w tłumie oficerów. Ich obecność nie wydawała się w ogóle krępować pozostałych; rozmowy, choć pogodne, nie były wcale wyrafinowane, często podnoszono głosy i przerywano sobie nawzajem.

Niemniej jednak w sali panowała atmosfera braterstwa, więc Laurence trochę żałował, że jest z tego wykluczony; z ich i własnej woli nie należał do tego grona i siłą rzeczy poczuł się osamotniony. Niemal natychmiast stłumił to uczucie. W Królewskiej Marynarce musiał przywyknąć do samotniczego życia, często pozbawionego nawet takiego towarzystwa, jakie zapewniał Temeraire. A poza tym, póki co, Laurence mógł się zadowolić towarzystwem Rankina, więc przestał zerkać na salę i skupił uwagę na szachownicy.

Rankin być może wyszedł z wprawy, lecz bez wątpienia miał talent do szachów, a ponieważ ta gra nie należała do ulubionych rozrywek Laurence’a, byli mniej więcej równymi sobie przeciwnikami. Podczas gry Laurence wspomniał o swoim niepokoju o Temeraire’a uważnie go słuchającemu Rankinowi.

— Rzeczywiście to godne ubolewania, że nie przyznano mu pierwszeństwa w hierarchii, ale radziłbym zostawić tę sprawę jemu samemu — rzekł Rankin. — Tak się zachowują na wolności; silniejsze zwierzęta domagają się pierwszych kęsów z polowania, a słabsze im ustępują. Najwyraźniej musi sobie zasłużyć na szacunek.

— Masz na myśli rzucenie jakiegoś wyzwania? To by chyba nie było zbyt mądre — stwierdził Laurence zaniepokojony samą myślą o tym; słyszał stare fantastyczne opowieści o dzikich smokach, które walczyły między sobą i zabijały się w takich pojedynkach. — Nie byłoby rozsądnie pozwalać na to, żeby tak cenne istoty walczyły ze sobą z tak błahego powodu.

— Rzadko dochodzi do prawdziwej walki, ponieważ one znają możliwości przeciwników, i mogę cię zapewnić, że kiedy smok upewni się co do swojej siły, nie będzie tolerował zaczepek ani nie spotka się z wielkim oporem — powiedział Rankin.

Laurence’a nie bardzo przekonało to wyjaśnienie, ponieważ był pewien, że to wcale nie brak odwagi udaremnił Temeraire’owi wywalczenie pierwszeństwa, lecz subtelna wrażliwość, która niefortunnie pozwoliła mu dostrzec brak akceptacji ze strony pozostałych smoków.

— Mimo wszystko chciałbym mu pomóc odzyskać wiarę w siebie — oznajmił smutno Laurence. Wyobrażał sobie, że odtąd wszystkie posiłki będą unieszczęśliwiać Temeraire’a, a przecież nie da się ich uniknąć, chyba żeby go karmić o innych porach przez co z pewnością czułby się jeszcze bardziej odizolowany od innych.

— Och, podaruj mu jakieś świecidełko i się uspokoi — rzucił Rankin. — To zdumiewające, jak bardzo taki prezent poprawia im nastrój. Zawsze kiedy mój smok zaczyna kwękać, kupuję mu świecidełko i od razu jest szczęśliwy, zupełnie jak kapryśna kochanka.