Laurence uśmiechnął się mimowolnie na to absurdalne porównanie.
— Tak się składa, że zamierzałem sprawić mu nową obrożę — powiedział już poważniej — taką, jaką nosi Celeritas. Wierzę, że to by go bardzo ucieszyło. Ale zdaje się, że nigdzie w okolicy nie da się zamówić czegoś takiego.
— Mogę ci pomóc. Jako kurier latam regularnie do Edynburga, gdzie jest kilka doskonałych sklepów jubilerskich, a w niektórych z nich sprzedają nawet gotowe wyroby przeznaczone dla smoków, bo tutaj na północy w zasięgu lotu znajduje się wiele kryjówek. Jeśli zechcesz mi towarzyszyć, to z radością cię tam zabiorę — rzekł Rankin. — Najbliższy lot mam w sobotę. Jeśli wyruszymy rano, przywiozę cię z powrotem przed kolacją.
— Dziękuję. Jestem ci wielce zobowiązany — powiedział Laurence, zaskoczony i zadowolony. — Zgłoszę się do Celeritasa o pozwolenie.
Gdy następnego ranka Celeritas usłyszał prośbę Laurence’a, marszczył czoło i spojrzał na niego uważnie.
— Chcesz lecieć z kapitanem Rankinem? No cóż, to będzie twój ostatni wolny dzień na długi czas, ponieważ musisz być tutaj obecny przez cały okres szkolenia Temeraire’a.
Celeritas wydawał się niemal rozgniewany, co zdziwiło Laurence’a.
— Zapewniam cię, że nie mam nic przeciwko temu — odparł, zastanawiając się, czy instruktor podejrzewa go o chęć uchylenia się od obowiązków. — W istocie spodziewałem się tego i jestem świadomy konieczności intensywnego szkolenia. Gdyby moja nieobecność miała sprawić jakieś kłopoty, nie wahaj się z odmową.
Bez względu na to, jakie było źródło pierwotnego niezadowolenia Celeritasa, ostatnie słowa Laurence’a trochę je złagodziły.
— Tak się składa, że załoga naziemna będzie potrzebowała dnia na dopasowanie Temeraire’owi nowej uprzęży i wtedy właśnie się tym zajmie — powiedział mniej surowym tonem. — Myślę, że nie będziesz potrzebny, o ile Temeraire nie będzie grymasił przy zakładaniu uprzęży bez ciebie, tak więc możesz się udać na ostatnią wycieczkę.
Temeraire zgodził się na wyprawę Laurence’a, więc wszystko zostało ustalone i podczas kolejnych kilku wieczorów Laurence dokonał pomiarów szyi Temeraire’a, a także Maksimusa, gdyż uznał, że jego smok może w przyszłości osiągnąć rozmiary Regal Hoppera. Przed Temeraire’em udawał, że pomiary są potrzebne do nowej uprzęży. Nie mógł się doczekać, kiedy wręczy prezent, i liczył na to, że niespodziewany dar rozwieje troski smoka, psujące mu humor.
Rankin przyglądał się z rozbawieniem, jak Laurence szkicuje kolejne wzory. Obaj zwyczajowo już grywali w szachy wieczorami i siedzieli obok siebie przy obiedzie. Laurence niewiele rozmawiał z pozostałymi awiatorami, nad czym ubolewał, lecz uznał, że nie ma sensu się narzucać wobec braku inicjatywy ze strony pozostałych, a poza tym obecny stan rzeczy całkiem go zadowalał. Zorientował się, że Rankin także jest outsiderem nie biorącym udziału w codziennym życiu awiatorów, być może z racji wytworności manier, jeśli więc zostali odrzuceni z tego samego powodu, to przynajmniej w ramach rekompensaty mogli się cieszyć wzajemnym towarzystwem.
Z Berkleyem Laurence spotykał się codziennie przy śniadaniu i podczas ćwiczeń i niezmiennie widział w nim bystrego awiatora i powietrznego taktyka; natomiast podczas obiadu czy w większym towarzystwie Berkley zachowywał milczenie. Laurence nie miał pewności, czy chciałby się zbliżyć do niego ani czy jego towarzysz by sobie tego życzył, zadowalał się więc uprzejmą wymianą zdań i omawianiem spraw technicznych. W końcu znali się zaledwie od kilku dni i na pewno będzie jeszcze czas, żeby się lepiej poznać.
Przygotował się skrupulatnie na spotkanie kapitan Harcourt, lecz ona jakby unikała jego towarzystwa. Tylko raz zobaczył ją z daleka, a przecież niebawem Temeraire miał rozpocząć ćwiczenia z jej smokiem, Lily. Jednakże któregoś ranka zastał ją przy stole, kiedy przyszedł na śniadanie, i pragnąc nawiązać normalną rozmowę, zapytał ją o imię jej smoka, podejrzewając, że być może jest to przezwisko, tak jak w przypadku Volly’ego. Ona znowu oblała się rumieńcem i odpowiedziała chłodno:
— Po prostu mi się podobało. A ty skąd wziąłeś imię Temeraire’a?
— Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, jak powinno się nazwać smoka, ani też nie mogłem tego ustalić w tamtych okolicznościach — odpowiedział Laurence, czując, że źle zaczął. Dotąd nikt nie czynił uwag na temat dość niezwykłego imienia jego smoka, więc kiedy ona o tym wspomniała, domyślił się, że mógł dotknąć jakiegoś jej czułego punktu. — To była nazwa okrętu: pierwszy Temeraire został odebrany Francuzom, a ten, który obecnie pływa pod naszą banderą, jest dziewiędziesięcioośmiodziałowym trójpokładowcem, jednym z naszych najlepszych okrętów liniowych.
Po tym jego wyznaniu jakby się uspokoiła i odpowiedziała z większą otwartością:
— Och, skoro zdobyłeś się na taką szczerość, to przyznam się, że i w moim przypadku było podobnie. Lily miała się wykluć nie wcześniej niż za pięć lat, więc nie zastanawiałam się nad imieniem. Kiedy jajo nieoczekiwanie stwardniało, obudzili mnie w środku nocy w edynburskiej kryjówce i przywieźli na Winchesterze, tak że dotarłam do łaźni w ostatniej chwili. Po prostu rozdziawiłam usta, kiedy poprosiła mnie, żebym jej nadała imię, i tylko to mi przyszło do głowy.
— Jest czarujące i idealnie pasuje do twojego smoka, Catherine — powiedział Rankin, przyłączając się do nich przy stole. — Dzień dobry, Laurence. Czytałeś gazetę? Lord Pugh w końcu wydał córkę za mąż, a to znaczy, że Ferrold musi być bez grosza.
Plotka dotycząca osób nie znanych Harcourt wykluczyła ją z rozmowy. Zanim Laurence zdążył zmienić temat, przeprosiła ich i wyszła, tak więc stracił możliwość pogłębienia znajomości.
Te kilka dni dzielące go od wyprawy do Edynburga minęły szybko. Ćwiczenia na razie ograniczały się głównie do testowania możliwości Temeraire’a podczas lotu i sprawdzania, jak najskuteczniej dałoby się z niego i Maksimusa utworzyć formację skupioną wokół Lily. Na polecenie Celeritasa odbywali nieskończoną liczbę lotów wokół doliny, czasem ograniczając do minimum liczbę uderzeń skrzydłami, czasem zwiększając maksymalnie prędkość, lecz niezmiennie chodziło o to, aby utrzymali się w jednej linii. Podczas jednego z treningów niemal cały ranek latali do góry nogami, tak że potem Laurence zszedł na ziemie oszołomiony i mocno czerwony na twarzy. Potężniej zbudowany Berkley sapał ciężko, zsuwając się niezgrabnie z grzbietu Maksimusa po ostatnim okrążeniu, więc Laurence podbiegł go podtrzymać, kiedy ugięły się pod nim nogi.
Maksimus stał nad Berkleyem, wydając niespokojne pomruki.
— Przestań jęczeć, Maksimusie. Nie ma niczego bardziej absurdalnego od istoty o twoich rozmiarach zachowującej się jak troskliwa kwoka — rzucił Berkley i osunął się na krzesło podstawione pospiesznie przez służących. — Ach, dziękuję — powiedział i wziął do ręki szklaneczkę brandy, którą mu podsunął Laurence; napił się trochę, a Laurence poluźnił mu krawat.
— Przepraszam, że dałem wam taki wycisk — rzekł Celeritas, kiedy Berkley przestał już dyszeć i odzyskał naturalne kolory na twarzy. — Normalnie rozłożyłbym takie ćwiczenia na dwa tygodnie. Może zbytnio was męczę.
— Bzdura, zaraz dojdę do siebie — odpowiedział natychmiast Berkley. — Dobrze wiem, Celeritasie, że nie mamy czasu, więc nie opóźniaj treningów ze względu na mnie.
— Laurence, skąd ten pośpiech? — zapytał Temeraire, kiedy wieczorem po kolacji usiedli za murami dziedzińca, żeby poczytać. — Czy zanosi się na wielką bitwę, w której mamy wziąć udział?