Laurence wsunął palec między kartki i zamknął książkę.
— Nie. Przykro mi, ale muszę cię rozczarować; jesteśmy jeszcze zbyt nieopierzeni, żeby wysłali nas z własnej woli do jakiejś większej akcji. Ale jest bardzo prawdopodobne, że lord Nelson nie zdoła zniszczyć francuskiej floty bez pomocy którejś z formacji Longwingów stacjonujących obecnie w Anglii. Musielibyśmy ją zastąpić, żeby mogła opuścić posterunek. To rzeczywiście będzie wielka bitwa i mogę cię zapewnić, że choć nie weźmiemy w niej udziału, to nasza rola wcale nie będzie niewielka.
— Pewnie tak, chociaż nie brzmi to zbyt ekscytująco — rzekł Temeraire. — Może jednak Francja nas napadnie i wtedy będziemy musieli walczyć? — dodał z nadzieją w głosie.
— Oby się tak nie stało — powiedział Laurence. — Jeśli Nelson zniszczy ich flotę, uniemożliwi w ten sposób Bonapartemu przerzucenie armii przez kanał. Wprawdzie mówi się, że ma on tysiąc statków, którymi mógłby przewieźć swoich ludzi, ale to są tylko transportowce, które Królewska Marynarka zatopiłaby w mig, gdyby wypłynęły nieosłonięte przez flotę francuską.
Temeraire złożył łeb na przednich łapach.
— Och — westchnął.
Laurence roześmiał się i pogłaskał go po nosie.
— Aleś ty żądny krwi — powiedział rozbawiony. — Nie obawiaj się. Obiecuję, że nie będziesz się nudził, kiedy skończymy szkolenie. Nad kanałem dochodzi do licznych potyczek, tak więc mogą nas wysłać jako wsparcie okrętów albo formację zaczepną, która będzie nękać francuskie okręty.
Temeraire, pokrzepiony ostatnimi słowami, w lepszym nastroju skupił uwagę na książce.
Cały piątek spędzili na ćwiczeniach wytrzymałościowych, aby sprawdzić, jak długo smoki mogą pozostawać w powietrzu. Najwolniejszymi członkami formacji były dwa Yellow Reapery, więc Temeraire i Maksimus musiały podczas testu lecieć w wolniejszym tempie; kiedy pozostali członkowie formacji wykonywali ćwiczenia pod okiem Celeritasa, oni krążyli wokół doliny w nieskończoność.
Nieustająca mżawka rozmyła krajobraz w dole w jednostajną szarość, przez co ich zadanie stało się jeszcze nudniejsze. Temeraire często odwracał głowę, by zapytać, nieco płaczliwym tonem, jak długo już latają, Laurence zaś czuł się zobowiązany poinformować go, że minął ledwie kwadrans od jego ostatniego pytania. Laurence widział przynajmniej pozostałych członków formacji, których jaskrawe ubarwienie odcinało się na tle bladoszarego nieba w czasie akrobacji, lecz biedny Temeraire musiał trzymać niezmiennie głowę prosto, by zachować najlepszą pozycję podczas lotu.
Po jakichś trzech godzinach Maksimus zaczął się wyłamywać z szyku, jego ogromne skrzydła poruszały się wolniej, a łeb opadał. Berkley odprowadził go na dziedziniec, Temeraire zaś sam kontynuował lot. Kiedy pozostałe smoki także opadły spiralnie na dziedziniec, Laurence zauważył, że z szacunkiem pozdrawiają Maksimusa skinieniem głowy. Z tej odległości nie słyszał, co mówiły, ale niewątpliwie rozmawiały ze sobą swobodnie, podczas gdy ich kapitanowie krzątali się wokół nich, a Celeritas zebrał wszystkich, by omówić wyniki. Temeraire także ich zobaczył i westchnął nieznacznie, lecz nic nie powiedział. Laurence pochylił się i poklepał go po szyi, obiecując sobie w duchu, że podaruje mu najpiękniejsze klejnoty, jakie znajdzie w Edynburgu, nawet gdyby miał wydać na nie połowę swoich oszczędności.
Następnego ranka Laurence zjawił się na dziedzińcu wcześnie, żeby się pożegnać z Temeraire’em, zanim wyruszy z Rankinem. Gdy wyszedł z budynku, stanął jak wryty: nieliczna załoga naziemna wkładała uprząż Levitasowi, przy którym stał Rankin, zajęty lekturą gazety i niezbyt zainteresowany tym, co się wokół niego dzieje.
— Witaj, Laurence — przywitał go wesoło mały smok. — Spójrz, to jest mój kapitan, właśnie przyszedł! Lecimy do Edynburga.
— Rozmawiałeś z nim wcześniej? — zwrócił się Rankin do Laurence’a, podnosząc wzrok znad gazety. — Widzę, że nie przesadzałeś i naprawdę lubisz smoczą kompanię. Mam nadzieję, że się nią nie zmęczysz. — Po chwili odezwał się do Levitasa: — Dzisiaj zabierzesz też Laurence’a, więc musisz się postarać i pokazać, na co cię stać.
— Postaram się, obiecuję — zapewnił go Levitas, kiwając gorliwie głową.
Laurence rzucił jakąś uprzejmą odpowiedź i odszedł szybko do Temeraire’a, żeby ukryć zmieszanie; nie wiedział, co robić. Nie mógł uniknąć podróży, nie obrażając Rankina, ale czuł się parszywie. W ciągu ostatnich kilku dni widział, częściej niż chciał widzieć, że Levitas jest zaniedbany i przygnębiony: mały smok nieustannie wypatrywał opiekuna, który się nie zjawiał, a to, że zajęto się jego uprzężą, zawdzięczał Laurence’owi, który nakłonił kadetów do pomocy i poprosił Hollina, żeby regularnie ją czyścił. Laurence był bardzo rozczarowany, kiedy odkrył, że to Rankin był odpowiedzialny za te zaniedbania, a jeszcze bardziej zabolało go, gdy zobaczył, z jaką wdzięcznością i oddaniem Levitas odnosi się do Rankina za tę chwilę zdawkowej uwagi.
Z perspektywy traktowania Levitasa uwagi Rankina o smokach nabrały teraz charakteru pogardy, która była czymś dziwnym i nieprzyjemnym u awiatora; i to ta pogarda odizolowała go od kolegów oficerów, a nie skłonność do dobrego smaku. Wszyscy inni awiatorzy podczas prezentacji podawali od razu imię swojego smoka, tylko dla Rankina jego rodowe nazwisko było ważniejsze, tak że dopiero przypadkiem Laurence dowiedział się, że Rankin jest opiekunem Levitasa. Lecz Laurence niczego nie podejrzewał, a teraz zorientował się, że nieopatrznie nawiązał bliską znajomość z człowiekiem, którego nie potrafiłby szanować.
Poklepał Temeraire’a i rzucił kilka pocieszających zdań, głownie dla uspokojenia samego siebie.
— Laurence, czy coś się stało? — zapytał zaniepokojony Temeraire i trącił go delikatnie nosem. — Nie wyglądasz najlepiej.
— Nie, nic mi nie jest, zapewniam cię — odpowiedział, starając się, by jego głos zabrzmiał normalnie. — Na pewno nie masz nic przeciwko mojemu wyjazdowi? — zapytał z nadzieją.
— Ani trochę. Przecież wrócicie do wieczora, prawda? — zapytał Temeraire. — Skoro już skończyliśmy Duncana, może byś znowu poczytał mi o matematyce? Bardzo mnie zaciekawiło, kiedy objaśniałeś, w jaki sposób potrafisz określić, gdzie jesteś, kiedy płyniesz długo, tylko dzięki znajomości czasu i pewnych równań.
Laurence z ogromną radością przestał zajmować się matematyką po wbiciu sobie do głowy podstaw trygonometrii.
— Jasne, jeśli chcesz — odparł, próbując ukryć niezadowolenie. — Ale myślałem, że będziesz wolał dowiedzieć się czegoś o chińskich smokach.
— Och, tak, to też byłoby interesujące; moglibyśmy poczytać o tym później — rzekł Temeraire. — Wspaniale, że istnieje tyle książek na tyle różnych tematów.
Jeśli miałoby to uszczęśliwić Temeraire’a, Laurence gotów był przypomnieć sobie łacinę i przeczytać mu w oryginale Principia mathematica; tak więc westchnął w głębi duszy.
— Dobrze. W takim razie zostawiam cię w rękach załogi naziemnej. Widzę, że już nadchodzą.
Grupę prowadził Hollin. Młodzian zajmował się uprzężą Temeraire’a tak umiejętnie i doglądał Levitasa z taką życzliwością, że Laurence udał się wcześniej do Celeritasa i poprosił go, aby wyznaczył Hollina na dowódcę jego załogi naziemnej. Teraz ucieszył się z tego, że jego prośba została wysłuchana, ponieważ nie było to takie pewne, gdyż taka zmiana oznaczała poważny awans. Przywitał młodzieńca skinieniem głowy.