Выбрать главу

— Panie Hollin, czy będzie pan tak dobry i przedstawi mnie pozostałym członkom załogi? — zapytał.

Kiedy już usłyszał wszystkie nazwiska i zapisał je w pamięci, spojrzał każdemu z osobna w oczy i powiedział stanowczo:

— Temeraire na pewno nie będzie sprawiał kłopotów, ale ufam, że będziecie mieli na względzie jego wygodę, wprowadzając poprawki. Temeraire, nie wahaj się powiadomić tych ludzi, jeśli coś nie będzie ci odpowiadało albo ograniczało twoje ruchy.

Przypadek Levitasa zademonstrował mu, że niektórzy członkowie załogi mogą zaniedbywać swoje obowiązki dotyczące uprzęży, jeśli kapitan nie zachowa czujności, a innych nieszczęść nie potrafił sobie wyobrazić. Laurence był spokojny co do postawy Hollina, lecz pragnął dać do zrozumienia pozostałym członkom załogi, że nie będzie tolerował podobnego zaniedbania w wypadku Temeraire’a, a jeśli ta surowość przyniesie mu reputację bezwględnego kapitana, to trudno. Może i taki był w porównaniu z innymi awiatorami, ale nie zamierzał zaniedbywać niczego, co uważał za swój obowiązek, niezależnie od swojej popularności.

W odpowiedzi posypały się „Oczywiście” i „Tak jest”. Dostrzegł też uniesione brwi i spojrzenia wymieniane między członkami załogi, które zdecydował się zignorować.

— A zatem do roboty — rzucił i skinął głową, po czym się odwrócił bardzo niechętnie, by dołączyć do Rankina.

Zupełnie stracił ochotę na tę wyprawę. Z obrzydzeniem przygląda! się, jak Rankin warczy na Levitasa i każe mu nachylić się bardzo niewygodnie, tak by obaj mogli go dosiąść. Laurence wspiął się na grzbiet smoka jak najszybciej i zajął miejsce, w którym powinien możliwie najmniej ciążyć Levitasowi.

Podróż na szczęście nie trwała długo; Levitas okazał się bardzo szybkim smokiem, a ziemia pod nimi przesuwała się w ogromnym tempie. Laurence z zadowoleniem przyjął fakt, że prędkość ich lotu nie pozwala praktycznie na prowadzenie rozmowy, więc udzielił krótkich odpowiedzi na kilka uwag, jakie Rankin był w stanie wykrzyczeć. Wylądowali w niecałe dwie godziny po starcie w dużej otoczonej murem kryjówce która rozpościerała się pod osłoną wyniosłego edynburskiego zamku.

— Siedź tu cicho i nie chcę usłyszeć, jak wrócę, że naprzykrzałeś się załodze — warknął Rankin do Levitasa, gdy tylko zszedł na ziemię. Zakręcił wodze na pachołku, jakby Levitas był koniem. — Zjesz, jak wrócimy do Loch Laggan.

— Nie będę się nikomu naprzykrzał i poczekam z jedzeniem ale chce mi się trochę pić — powiedział cichutko Levitas. — Leciałem, najszybciej jak potrafię.

— Rzeczywiście dobrze się sprawiłeś, Levitasie, za co ci bardzo dziękuję. Pewnie, że musisz się napić — rzekł Laurence, bo nie potrafił tego znieść. — Hej, tam — zawołał do naziemnych, kręcących się po obrzeżu placu; żaden z nich się nie ruszył, kiedy wylądował Levitas. — Przynieście zaraz koryto czystej wody, a potem zajmijcie się jego uprzężą.

Mężczyźni wyglądali na nieco zdziwionych, lecz zabrali się do pracy, ponagleni uporczywym spojrzeniem Laurence’a. Rankin nie zaprotestował, lecz kiedy wyszli po schodach na ulicę, powiedział:

— Widzę, że masz dla nich zbyt miękkie serce. Nie dziwi mnie to, bo zauważyłem, że jest to dość powszechna cecha awiatorów, ale powiem ci, że wolę dyscyplinę od tych pieszczot. Levitas na przykład musi być zawsze gotowy na długi i niebezpieczny lot, więc powinien sobie radzić bez żadnych udogodnień.

Laurence czuł, że sytuacja jest niezręczna; był tam jako gość Rankina i będzie musiał z nim wrócić wieczorem. Mimo wszystko nie potrafił się powstrzymać i powiedział:

— Nie przeczę, że żywię wobec smoków bardzo ciepłe uczucia, a moje dotychczasowe doświadczenie pokazało, że warte są również szacunku. Nie mogę się zgodzić z tobą, że zwykła i rozsądna opieka to rozpieszczanie. Przekonałem się też, że ludzie łatwiej znoszą niedostatek i niewygody, jeśli wcześniej nie cierpieli ich bez powodu.

— Och, smoki to nie ludzie, ale nie zamierzam się z tobą sprzeczać — odparł Rankin pogodnym tonem.

Taka reakcja tylko bardziej rozzłościła Laurence’a, bo gdyby Rankin próbował bronić swojej filozofii, można by przyjąć, że jest to szczere, choć błędne nastawienie. Lecz najwyraźniej tak nie było. Rankin dbał tylko o własną wygodę, a te uwagi miały jedynie maskować jego niedbalstwo.

Na szczęście dotarli do skrzyżowania, gdzie ich drogi się rozchodziły. Laurence nie musiał dłużej znosić towarzystwa Rankina, jako że ten musiał się udać do biur wojskowych w mieście. Tak więc oddalił się pospiesznie, gdy tylko ustalili, o której się spotkają w kryjówce.

Przez następną godzinę chodził po mieście bez celu, próbując ochłonąć. Nie można było poprawić na trwałe losu Levitasa, Rankin zaś był najwyraźniej przyzwyczajony do krytyki: Laurence przypomniał sobie milczenie Berkleya, wyraźne zmieszanie Harcourt, dystans innych awiatorów wobec Rankina oraz dezaprobatę Celeritasa. Z niezadowoleniem pomyślał, że okazując tak jawną słabość do towarzystwa Rankina, stworzył pozory, że akceptuje jego zachowanie.

Całkiem zasłużenie zapracował sobie na chłodne spojrzenia pozostałych oficerów. Nie miał co się usprawiedliwiać, że niczego nie wiedział: powinien był wiedzieć. Zamiast zadać sobie trud, żeby lepiej poznać życie nowych towarzyszy broni, zadowolony z siebie rzucił się ku temu jedynemu, którego unikała cała reszta. Nie mógł się usprawiedliwić tym, że nie poznał czy nie zaufał Powszechnej opinii.

Z najwyższym trudem zdołał się uspokoić. Wiedział, że nie da się tak szybko naprawić szkód, jakie uczynił w ciągu kilku bezmyślnych dni, ale mógł zmienić swoje zachowanie i z pewnością to zrobi. Okazując Temeraire’owi oddanie i troskliwość, które mu się słusznie należą, pokaże, że nie akceptuje lekceważenia obowiązków ani nie zamierza ich zaniedbywać. Z uprzejmości i szacunku dla tych awiatorów, z którymi będzie się szkolił, jak Berkley i pozostali kapitanowie z formacji, dowiedzie, że nie wynosi się ponad ich towarzystwo. Na pewno dużo czasu mu zajmie stopniowa poprawa reputacji, ale nic więcej nie był w stanie zrobić. Mógł jedynie zacząć od razu i uzbroić się w cierpliwość.

Kiedy wreszcie przestał obwiniać samego siebie, sprawdził, gdzie się znajduje, i skierował się do budynku Royal Bank. W Londynie korzystał z usług Drummondów, lecz gdy tylko się dowiedział, że będzie stacjonował w Loch Laggan, napisał do swojego agenta pryzowego, by przelał jego pieniądze za przejęcie Amitie do tutejszego banku. Gdy tylko podał swoje nazwisko, natychmiast się zorientował, że w pełni wykonano jego instrukcje, bo zaraz poprowadzono go do osobnego biura i bardzo ciepło przyjęto.

Bankier, niejaki pan Donnellson, z radością poinformował go, po sprawdzeniu, że pryzowe za Amitie zawiera też nagrodę za Temeraire’a równą sumie wypłacanej za jajo smoka tej samej rasy.

— Co nie było łatwe do ustalenia, jak sądzę, jako że nie mamy pojęcia, ile zapłacili za jajo Francuzi, ale ostatecznie uznano, że jest warte tyle samo, co jajo Regal Coppera, a to oznacza, ze pańskie dwie ósme pryzowego wynosi prawie czternaście tysięcy funtów — dokończył, zupełnie zaskakując Laurence’a.

Ochłonąwszy nieco dzięki szklaneczce doskonalej brandy, Laurence zorientował się, że tak wysoka wycena jest z pewnością wynikiem starań dbającego o swoje interesy admirała Crofta. Ale ostatecznie nie miał nic przeciwko. Po krótkiej dyskusji. po której udzielił bankowi pełnomocnictwa na zainwestowanie w państwowe papiery połowy jego pieniędzy, uścisnął z entuzjazmem dłoń pana Donnellsona i odebrał garść banknotów i złotych monet, a także chętnie wystawiony list polecający dla potencjalnych kupców, który miał mu umożliwić otrzymanie kredytu. Nowiny trochę mu poprawiły humor, a jeszcze lepiej się poczuł, kiedy kupił stos książek i obejrzał kilkanaście kosztownych ozdób, wyobrażając sobie radość Temeraire’a z otrzymania i jednego, i drugiego.