Выбрать главу

Ostatecznie wybrał szeroki platynowy wisior, niemal tak duży jak napierśnik i ozdobiony szafirami nabitymi wokół ogromnej perły; należało go zawiesić na łańcuchu, który można było przedłużać, kiedy Temeraire będzie rósł. Laurence aż przełknął ślinę, kiedy usłyszał cenę, ale czek podpisał nonszalancko, a potem czekał spokojnie, aż posłaniec uzyska potwierdzenie z banku, tak by od razu mógł zabrać starannie zapakowany, całkiem ciężki prezent.

Wyszedłszy od jubilera, udał się prosto do kryjówki, mimo iż pozostała jeszcze godzina do umówionego spotkania. Levitas leżał na tym samym pełnym kurzu miejscu, owinięty ogonem; sprawiał wrażenie zmęczonego i samotnego. Laurence dostrzegł niewielkie stado owiec na wybiegu i zaraz polecił, by zarżnięto jedną i przyniesiono Levitasowi. Potem usiadł obok smoka i rozmawiał z nim cicho aż do przybycia Rankina.

Powrót zajął im trochę więcej czasu niż lot do Edynburga, a kiedy już wylądowali, Rankin skarcił chłodno Levitasa. Laurence, nie dbając o to, czyjego zachowanie wyda się nieuprzejme, pochwalił i poklepał smoka. Pomimo tego drobnego gestu ze smutkiem patrzył, jak mały smok zwinął się potulnie w kącie dziedzińca, kiedy Rankin wszedł do budynku. Ale w końcu dowództwo sił powietrznych przekazało Levitasa Rankinowi, tak więc Laurence’owi nie wolno było wpływać na tego człowieka, który na dodatek miał dłuższe od niego starszeństwo.

Uprząż Temeraire’a leżała elegancko na kilku ławkach z boku dziedzińca, a na szerokim rzemieniu szyjnym widniało wypisane srebrnymi nitami imię smoka. Sam Temeraire siedział jak zwykle poza dziedzińcem, spoglądając w zamyśleniu i z lekkim smutkiem na spokojne wody jeziora w dolinie, które pogrążało się w cieniu, w miarę jak słońce opuszczało się na zachodzie. Laurence od razu podszedł do niego, dźwigając ciężki pakunek.

Radość smoka z prezentu była tak wielka, że poprawiła humor i jego samego, i Laurence’a. Srebrzysty metal lśnił oślepiająco na tle czarnej skóry, a Temeraire uniósł wisior do góry i podziwiał ogromną perłę z ogromnym zadowoleniem, rozszerzając źrenice dla lepszej widzialności.

— Bardzo lubię perły, Laurence — powiedział, trącając go czule nosem. — Jest piękny, ale pewnie kosztował fortunę?

— Warto było zapłacić każdego pensa, żeby zobaczyć, jak pięknie się z nim prezentujesz — rzekł Laurence, choć miał na myśli to, że warto było zapłacić każdego pensa, żeby zobaczyć go w tak doskonałym nastroju. — Dostałem pryzowe za Amitie, tak więc jestem całkiem majętny, mój drogi. Zaiste dużo w tym twojej zasługi, ponieważ znaczna część pieniędzy to nagroda za przechwycenie twojego jaja od Francuzów.

— To nie moja zasługa, choć bardzo się cieszę, że tak się stało — powiedział Temeraire. — Jestem pewny, że nawet w połowie nie polubiłbym tak żadnego francuskiego oficera jak ciebie. Och, Laurence. Jestem bardzo szczęśliwy; żaden ze smoków nie może się pochwalić czymś równie pięknym. — Owinął się wokół Laurence’a i westchnął zadowolony.

Laurence wspiął się na zgięcie przedniej łapy smoka i usiadł wygodnie, głaszcząc go i przyglądając się, jak ten wciąż podziwia prezent. Oczywiście gdyby francuski okręt nie napotkał trudności i nie został przechwycony, Temeraire byłby teraz pod opieką jakiegoś francuskiego awiatora; Laurence niewiele się nad tym dotąd zastanawiał. Prawdopodobnie tamten człowiek przeklinał teraz swój los, bo do tej pory Francuzi z pewnością dowiedzieli się o przechwyceniu jaja, nawet jeśli nie wiedzieli, że było to jajo Cesarskiego albo że udało się zaprząc Temeraire’a.

Kiedy po raz kolejny spojrzał na puszącego się smoka, poczuł, że topnieją resztki jego niepokoju i smutku; mimo wszystko nie mógł narzekać na los, kiedy porównał się z tamtym biedakiem.

— Kupiłem też książki — powiedział. — Czy mam zacząć czytać ci Newtona? Znalazłem tłumaczenie jego pracy o zasadach matematycznych, ale muszę cię ostrzec, że jest mało prawdopodobne, żebym zrozumiał cokolwiek z tego, co ci będę czytał. Moja wiedza matematyczna ogranicza się głównie do tego, co jest niezbędne do żeglowania.

— Czytaj, proszę — odparł Temeraire, odrywając wzrok na chwilę od swojego skarbu. — Jestem pewny, że wspólnie rozwikłamy wszystkie niejasności.

Rozdział 7

Laurence wstał wcześnie następnego ranka i zjadł śniadanie w samotności, by mieć trochę czasu przed treningiem. Poprzedniego wieczoru dokładnie obejrzał nową uprząż, sprawdzając każdy najdrobniejszy szew i wszystkie, nawet najsolidniejsze, pierścienie. Temeraire zapewnił go, że uprząż jest bardzo wygodna, a dopasowujący ją ludzie pilnie słuchali jego wskazówek, dlatego teraz Laurence uznał, że powinien się czymś odwzajemnić, i poczyniwszy pewne wyliczenia w myślach, udał się do warsztatów.

Hollin był już na nogach i krzątał się przy swoim stanowisku, a gdy tylko zobaczył Laurence’a, natychmiast wyszedł na zewnątrz.

— Dzień dobry, sir. Mam nadzieję, że uprząż jest dobra? — zapytał.

— Jak najbardziej; muszę pochwalić ciebie i twoich kolegów — odparł Laurence. — Wygląda świetnie, a Temeraire twierdzi, że czuje się w niej bardzo dobrze, dziękuję. Przekaz, proszę, pozostałym, że polecę wypłacić każdemu dodatkowe pół korony.

— Och, to bardzo miło z pana strony, sir — rzeki Hollin, zadowolony, lecz nie jakoś wielce zaskoczony, co ucieszyło Laurence’a. Dodatkowa racja rumu czy grogu nie była z pewnością wielką nagrodą dla ludzi, którzy mogli kupić alkohol w wiosce w dole, a żołnierze i awiatorzy otrzymywali większy żołd niż marynarze, dlatego wcześniej się zastanawiał nad wysokością zapłaty: pragnął nagrodzić ich pracowitość, lecz nie chciał, żeby wyglądało na to, iż próbuje kupić ich lojalność.

— Muszę też pochwalić cię osobiście — dodał Laurence, już bardziej rozluźniony. — Uprząż Levitasa wygląda o wiele lepiej, a jego samopoczucie znacznie się poprawiło. Jestem ci zobowiązany, bo w końcu nie należało to do twoich obowiązków.

— Ach! To nic wielkiego! — rzucił Hollin, uśmiechając się szeroko. — Maluszek był uszczęśliwiony, więc zrobiłem to z ogromną przyjemnością. Zajrzę do niego od czasu do czasu, żeby sprawdzić, jak się ma. Na moje oko jest trochę samotny.

Laurence nigdy by się nie posunął tak daleko, żeby krytykować innego oficera w obecności członka załogi naziemnej, zatem powiedział tylko:

— Na pewno będę wdzięczny za poświęcenie mu uwagi, więc gdybyś znalazł trochę czasu, bardzo bym się cieszył.

To był ostatni moment, kiedy mógł się zająć losem Levitasa czy czymkolwiek innym, co nie wiązało się z czekającymi go zadaniami. Celeritas uznał, że wystarczająco dobrze poznał zdolności lotnicze Temeraire’a, a ponieważ nowa uprząż była gotowa, zaczęło się prawdziwe szkolenie. Wycieńczony Laurence kładł się spać od razu po kolacji, o świcie zaś musieli go budzić służący; podczas obiadu ledwo miał siły, żeby wydobyć z siebie kilka słów, a każdą wolną chwilę spędzał albo na drzemce w słońcu w towarzystwie Temeraire’a, albo odpoczynku w gorących łaźniach.

Celeritas był niezmordowany i bezlitosny. Niezliczoną ilość razy powtarzali nawroty albo pikowanie i nurkowanie, a potem krótkie rundy bombowe przy maksymalnej prędkości, podczas których bellmeni zrzucali bomby ćwiczebne na cele przygotowane na dnie doliny. Do tego dochodziły jeszcze długie godziny ćwiczeń strzeleckich, po których Temeraire na salwę z siedmiu karabinów strzelających z jego grzbietu reagował zaledwie mrugnięciem oka; a także manewry i musztra załogi, tak by nawet nie drgnął, kiedy przepinano mu uprząż albo wspinano się po nim; a na sam koniec dnia długa runda treningu wytrzymałościowego, aż po pewnym czasie niemal dwukrotnie wydłużył czas w jakim potrafił utrzymać się w powietrzu przy maksymalnej prędkości.