Выбрать главу

Jedynym naprawdę dręczącym go problemem było znalezienie porucznika. Pierwsi trzej kandydaci go rozczarowali: wszyscy byli kompetentni, ale żaden nie wydawał się specjalnie uzdolniony, a Laurence był wymagający, jeśli nie ze względu na własne dobro, to na dobro Temeraire’a. Co gorsza, kolejnym przydzielonym mu kandydatem był Granby, który wprawdzie wykonywał obowiązki bez zarzutu, lecz zawsze tytułował go „sir”, i to przy każdej okazji; kontrastowało to z zachowaniem pozostałych oficerów i psuło atmosferę. Mimowolnie Laurence z żalem zaczął wspominać Toma Rileya.

Poza tym był raczej zadowolony i z utęsknieniem czekał chwili, kiedy skończą ćwiczenia manewrowe; na szczęście Celeritas oznajmił, że Temeraire i Maksimus są już prawie gotowi, by dołączyć do formacji. Należało jeszcze dopracować ostatnie złożone manewry, wykonywane do góry nogami. Pewnego pogodnego ranka, kiedy oba smoki ćwiczyły je pilnie, Temeraire powiedział do Laurence’a:

— Tam jest Volly, leci do nas.

Laurence podniósł głowę i zobaczył szary punkcik, który zbliżał się szybko do kryjówki.

Volly poszybował wprost do doliny i wylądował na dziedzińcu ćwiczebnym, co było zabronione podczas ćwiczeń. Kapitan James zeskoczył szybko na ziemię i zaczął rozmawiać z Celeritasem. Zaintrygowany Temeraire odwrócił się głową do góry i zawisł w powietrzu, czym wprowadził w niepokój załogę, z wyjątkiem Laurence’a, który zdążył się już przyzwyczaić do tego manewru. Maksimus leciał jeszcze jakiś czas, zanim się zorientował, że został sam, po czym zawrócił pomimo wściekłych protestów Berkleya.

— Jak myślisz, o co chodzi? — zagrzmiał Maksimus; nie potrafił zawisnąć w powietrzu, więc musiał zataczać małe koła.

— Posłuchaj, ty wielka niezdaro, jeśli sprawa dotyczy ciebie, to ci to powiedzą — rzucił Berkley. — Wrócisz do ćwiczeń?

— Nie wiem. Może zapytamy Volly’ego — rzekł Temeraire. — A poza tym nie ma sensu dłużej tego ciągnąć, znamy te manewry na pamięć — dodał.

Laurence był trochę zdziwiony jego uporem; pochylił się do przodu z chmurną miną, lecz zanim powiedział cokolwiek, Celeritas przywołał ich naglącym tonem.

— Doszło do bitwy na Morzu Północnym, niedaleko Aberdeen — zaczął mówić bez żadnych wstępów, gdy tylko wylądowali. — Kilkanaście smoków z kryjówki pod Edynburgiem odpowiedziało na sygnał SOS wysłany z miasta; udało im się odeprzeć atak Francuzów, lecz Victoriatus odniósł rany. Jest bardzo osłabiony i z trudem utrzymuje się w powietrzu, a wy jesteście dostatecznie wielcy, by go podtrzymać i sprowadzić szybciej. Volatilus i kapitan James poprowadzą was, ruszajcie natychmiast.

Volly ruszył z ogromną prędkością i szybko zostawił ich w tyle trzymając się w zasięgu ich wzroku. Maksimus nie nadążał nawet za Temeraire’em, tak więc porozumiewając się za pomocą flag sygnalizacyjnych i krzyków przez tubę, Berkley i Laurence ustalili, że Temeraire poleci przodem, a załoga będzie wskazywać pozycję racami.

Temeraire oddalił się szybko, nawet trochę za szybko, zdaniem Laurence’a. Odległość, jaką mieli do pokonania, nie była zbyt wielka; od Aberdeen dzieliło ich jakieś sto dwadzieścia mil a poza tym pozostałe smoki zmierzały w ich kierunku. Jednak będą musieli pokonać tę samą odległość w drodze powrotnej, podtrzymując Victoriatusa, i choć będą lecieli nad lądem, a nie nad oceanem, odpoczynek ze smokiem opierającym się o ich grzbiety będzie wykluczony, bo już by się nie wznieśli w powietrze, tak więc należało kontrolować prędkość lotu.

Laurence zerknął na chronometr przymocowany do uprzęży Temeraire’a, odczekał, aż poruszy się wskazówka minutowa, i policzył uderzenia skrzydeł. Dwadzieścia pięć węzłów: za szybko.

— Zwolnij, proszę, Temeraire — zawołał. — Czeka nas jeszcze kawał roboty.

— Nie jestem ani trochę zmęczony — odparł Temeraire, ale posłusznie zwolnił. Laurence wyznaczył prędkość na piętnaście węzłów: dobre tempo i takie, przy którym Temeraire mógł latać niemal w nieskończoność.

— Proszę przekazać panu Granby’emu, by się tu zjawił — rozkazał Laurence i zaraz porucznik przesunął się ku pozycji Laurence’a u nasady karku Temeraire’a, przepinając szybko karabińczyki. — Jakie tempo, pańskim zdaniem, może utrzymywać ranny smok? — zapytał go Laurence.

Tym razem Granby nie odpowiedział zimno i oficjalnie, ale życzliwie i z namysłem; wszyscy awiatorzy bardzo spoważnieli, kiedy usłyszeli wieść o rannym smoku.

— Victoriatus to Parnassian — powiedział. — Duży średni smok: cięższy niż Reaper. W Edynburgu nie mają ciężkich smoków bojowych, tak więc podtrzymujące go smoki muszą być smokami średnimi, a te nie polecą szybciej jak dwanaście mil na godzinę.

Laurence przeliczył mile na węzły i skinął głową z aprobatą; Temeraire leciał prawie dwukrotnie szybciej. Jeśli uwzględnić prędkość, z jaką Volly przyniósł wiadomość, mieli jakieś trzy godziny do momentu, kiedy powinni zacząć się rozglądać za drugą grupą.

— Bardzo dobrze. W takim razie spożytkujmy jakoś ten czas. Niech topmani i bellmani zamienią się miejscami, żeby nabrać wprawy, a potem może potrenujmy strzelanie.

Był spokojny i pewny siebie, lecz wyczuwał pod dłońmi drżenie mięśni karku Temeraire’a, które zdradzało jego podniecenie. Była to pierwsza akcja smoka, więc Laurence poklepał uspokajająco drżący grzbiet. Przepiął swoje karabińczyki na drugą stronę i obrócił się, żeby obserwować manewry, które polecił wykonać. Patrzył, jak jeden topman zsuwa się na uprząż brzuszną, a w tym samym czasie bellman przenosi się na grzbiet smoka z drugiej strony, równoważąc obciążenie. Gdy żołnierz, który właśnie wdrapał się na górę, zapiął się bezpiecznie, pociągnął za biało-czarny rzemień sygnalizacyjny i przeciągnął go o jedną część; chwilę później rzemień ponownie się przesunął, co oznaczało, ze żołnierz na dole także jest na swoim miejscu. Wszystko poszło gładko: Temeraire niósł obecnie trzech topmanów i trzech bellmanów, a cała zamiana nie trwała nawet pięciu minut.

— Panie Allen — zwrócił się Laurence ostrym tonem do jednego z obserwatorów, starszego kadeta, przyszłego chorążego, który właśnie zaniedbywał obowiązki i przypatrywał się żołnierzom podczas ćwiczeń. — Czy może mi pan powiedzieć, co jest na górnym północo-wschodzie? Niech się pan nie odwraca, żeby zobaczyć; powinien pan być w stanie odpowiedzieć na pytanie w chwili, kiedy je zadaję. Porozmawiam z pańskim instruktorem a teraz proszę się skupić na swoich obowiązkach.

Strzelcy zajęli pozycje, a Laurence skinął głową na Granby’ego, żeby wydał rozkaz. Topmani zaczęli wyrzucać płaskie ceramiczne krążki używane jako cele, a strzelcy wypalali do nich kolejno, kiedy przelatywały w powietrzu.

— Panie Granby, panie Riggs, trafionych dwanaście na dwadzieścia, potwierdzacie? Panowie, nie muszę mówić, że to nie wystarczy w konfrontacji z francuskimi strzelcami wyborowymi. Zacznijmy jeszcze raz, ale strzelajmy wolniej: przede wszystkim precyzja, a dopiero potem szybkość, panie Collins, więc proszę się tak nie spieszyć.

Ćwiczyli strzelanie przez całą godzinę, a potem Laurence polecił przeprowadzić skomplikowaną korektę uprzęży do lotu podczas burzy; następnie przeniósł się na dół i obserwował, jak część umieszczonej tam załogi przepina uprząż z powrotem do dobrej pogody. Nie mieli ze sobą namiotów, więc nie mógł nakazać pełnej rozbiórki, ale dobrze sobie poradzili przy zmianie uprzęży, więc uznał, że daliby sobie radę z dodatkowym sprzętem.