Выбрать главу

Podekscytowany Temeraire zerkał czasem za siebie i na boki, żeby przyjrzeć się manewrom, lecz w dużej mierze skupiał się na locie, wznosząc się i opadając, by wykorzystać prądy powietrzne, i prując do przodu dzięki silnym i pełnym zagarnięciom skrzydeł. Laurence położył dłoń na długich, nabrzmiałych mięśniach karku Temeraire’a i poczuł, że poruszają się gładko, jakby ktoś je naoliwił pod skórą; nie próbował rozpraszać go rozmową, bo wiedział, że nie ma takiej potrzeby. Temeraire cieszył się tak samo jak on, że wreszcie wykorzystują w konkretnym celu wspólnie nabyte umiejętności. Laurence nie zdawał sobie w pełni sprawy, że jest zirytowany tym, iż z oficera liniowego został zdegradowany do ucznia, dopóki nie wziął znowu udziału w akcji.

Chronometr pokazywał, że minęły prawie trzy godziny od odlotu, należało więc rozpocząć przygotowania do udzielenia pomocy rannemu smokowi. Maksimus został jakieś pół godziny za nimi, tak więc Temeraire będzie musiał nieść Victoriatusa sam, do momentu, kiedy Regal Copper ich dogoni.

— Panie Granby — powiedział Laurence, kiedy zajął ponownie stanowisko u podstawy karku Temeraire’a — oczyśćmy tył: wszyscy na dół, poza sygnalistą i przednimi obserwatorami.

— Tak jest, sir — odpowiedział Granby, skłaniając głowę, i odwrócił się, by przekazać rozkazy.

Laurence obserwował go z zadowoleniem pomieszanym z irytacją. Po raz pierwszy od tygodnia Granby wykonywał obowiązki bez tak charakterystycznej dla niego napuszonej niechęci, co, jak zauważył Laurence, od razu przyniosło dobry skutek: niemal każda operacja przebiegała szybciej, niezliczone drobne niedociągnięcia w układaniu uprzęży i rozmieszczaniu załogi, wcześniej niewidoczne dla jego niedoświadczonego oka, teraz zostały skorygowane, a reszta załogi była bardziej zrelaksowana. Doskonały porucznik mógł poprawić życie załogi na mnóstwo sposobów, a Granby dowiódł, że wszystkie je zna, przez co tym bardziej należało ubolewać nad jego wcześniejszą postawą.

Niedługo po tym, jak przesunęli załogę z góry, pojawił się Volatilus; James sprowadził go bliżej i złożywszy dłonie wokół ust, zawołał do Laurence’a:

— Zauważyłem ich, dwa rumby na północ i dwanaście stopni w dół. Będziecie musieli opaść, żeby wejść pod niego, bo on chyba nie zdoła wzlecieć wyżej.

Zasygnalizował liczby gestami dłoni.

— Dobrze — odpowiedział Laurence przez tubę i dał znak sygnaliście, aby potwierdził wiadomość flagami; Temeraire był już taki duży, że VolIy nie mógł zbliżyć się na odległość, która gwarantowałaby niezawodną komunikację werbalną.

Na jego znak Temeraire zaczął opadać i niebawem Laurence dostrzegł na horyzoncie kropkę, która szybko się zamieniła w grupę smoków. Od razu dało się zauważyć Victoriatusa, ponieważ był o połowę większy niż każdy z dwóch Yellow Reaperów, które z trudem utrzymywały go w powietrzu. Wprawdzie jego rany zostały opatrzone przez załogę grubymi bandażami, lecz opatrunki przesiąkły krwią, wskazując miejsca, w których smok otrzymał rany cięte. Łapy Parnassiana były ogromne i poplamione krwią, podobnie jak pysk. Mniejsze smoki wydawały się zbyt obciążone, a na rannym smoku znajdował się tylko kapitan i kilku członków załogi.

— Sygnał dla podtrzymujących: przygotować się do zmiany — rozkazał Laurence.

Młody sygnalista przekazał wiadomość, machając szybko kolorowymi flagami, i równie szybko nadeszła stosowna odpowiedź. Temeraire zdążył już oblecieć całą grupę i zająć odpowiednią pozycję: znalazł się za jednym z podpierających Victoriatusa smoków.

— Temeraire, jesteś gotów? — zawołał Laurence.

Ćwiczyli ten manewr podczas treningów, lecz przeprowadzenie go w tej sytuacji będzie o wiele trudniejsze, ponieważ ranny smok ledwo poruszał skrzydłami i leciał skrajnie wyczerpany z na wpółprzymkniętymi oczami i także wspomagające go smoki były najwyraźniej wycieńczone. Będą musiały odskoczyć płynnie, a Temeraire wsunie się błyskawicznie, bo inaczej Victoriatus runie w dół i nikt już nie zdoła go ocalić.

— Tak, pospieszmy się, one wyglądają na bardzo zmęczone — rzucił Temeraire, zerkając do tyłu. Spięty, poruszał się w tempie pozostałych, czekając cierpliwie.

— Sygnał: zmienić pozycję na znak prowadzącego smoka — powiedział Laurence.

Śmignęły flagi i zaraz nadeszła odpowiedź. A potem po obu stronach bardziej wysuniętego z dwóch wspomagających smoków zniknęły czerwone flagi i pojawiły się zielone.

Smok z tyłu opadł gwałtownie i usunął się na bok, a Temeraire wystrzelił w przód. Lecz smok z przodu trochę się spóźnił, trzepocąc skrzydłami, tak że Victoriatus zaczął się przechylać, kiedy Reaper próbował się usunąć i zrobić wolne miejsce.

— Nurkuj, cholera, nurkuj! — ryknął Laurence z całych sił.

Młócący ogon mniejszego smoka znajdował się niebezpiecznie blisko łba Temeraire’a, który nie mógł zająć pozycji.

Reaper zaprzestał prób dokończenia manewru i po prostu złożył skrzydła; natychmiast opadł w dół jak kamień.

— Temeraire, musisz podeprzeć go trochę wyżej, żeby się wsunąć — zawołał Laurence, przytulony do karku smoka.

Zad Victoriatusa opierał się na barkach Temeraire’a, a ogromny brzuch wisiał niecałe trzy stopy nad jego głową.

Temeraire dał znak głową, że słyszał i zrozumiał; zaczął uderzać skrzydłami ukośnie, podsadzając osuwającego się Victoriatusa samą siłą mięśni, a potem złożył skrzydła. Przez krótką przerażającą chwilę opadali, a potem Temeraire znowu rozpostarł skrzydła. Jednym pewnym skokiem do przodu zajął odpowiednią pozycję, Parnassian zaś opadł ciężko na niego.

Laurence odetchnął z ulgą, lecz zaraz usłyszał okrzyk Temeraire’a. Obrócił się i zobaczył, że Victoriatus, zdezorientowany i obolały, zaczął przebierać łapami, by się lepiej usadowić; jego ogromne szpony rozorały bark i bok Temeraire’a. Z góry dobiegły stłumione okrzyki drugiego kapitana i Victoriatus zaraz się uspokoił, lecz Temeraire krwawił, a zerwane rzemienie uprzęży powiewały na wietrze.

Zaczęli szybko tracić wysokość. Temeraire starał się lecieć, Przygnieciony ciężarem rannego smoka. Laurence zaczął przepinać swoje karabińczyki, nakazując sygnaliście poinformować ludzi w dole. Chłopiec zszedł trochę niżej po pasie szyjnym, machając wściekle biało-czerwona flagą. Po chwili Laurence zobaczył z ulgą, że Granby i dwóch innych już się wspinają, by zabandażować rany, i docierają na miejsce szybciej, niż on by zdołał to zrobić. Poklepał Temeraire’a i pocieszył, pilnując się, by jego głos się nie załamał. Smok nie tracił sił na odpowiedź, lecz dzielnie uderzał skrzydłami, chociaż łeb opadał mu z wysiłku.

— Nie są głębokie — zawołał Granby, zajęty opatrywaniem ran.

Laurence odetchnął i spróbował pozbierać myśli. Uprząż przesuwała się po grzbiecie Temeraire’a; nie dość, że puściły boczne rzemienie, to pas barkowy o mało co nie został zerwany, wisiał zaledwie na kilku drutach, które biegły w jego wnętrzu. Ale skóra wciąż się rozchodziła i nie było wątpliwości, że kiedy całkiem puści, także druty nie wytrzymają obciążenia ludzi i sprzętu od dołu.

— Niech wszyscy zdejmą uprząż i przekażą ją mnie — zwrócił się Laurence do sygnalisty i obserwatorów; poza nim na górze pozostało tylko tych trzech chłopców. — Chwyćcie się mocno głównego pasa i zaczepcie rękami albo nogami.