Laurence zamrugał i spojrzał na siebie; wcześniej nawet nie zauważył, że całe jego ubranie jest poplamione niemal czarną krwią smoka. Przesunął dłonią po nieogolonej twarzy, domyślając się, że wygląda okropnie. Spojrzał na Temeraire’a, który spał, nieświadomy tego, co się wokół niego dzieje, oddychając głęboko i pomrukując.
— Chyba ma pan rację — powiedział. — Dobrze i dziękuję wam — dodał.
Granby skinął głową, Laurence zaś ruszył do zamku, zerknąwszy po raz ostatni na Temeraire’a. Dopiero teraz, kiedy o tym pomyślał, poczuł nieprzyjemny brud i pot na całym ciele; rozpieścił go luksus codziennej kąpieli. Udał się do swojego pokoju, żeby zmienić ubranie, a stamtąd poszedł prosto do łaźni.
O tej porze, niedługo po obiedzie, wielu oficerów miało zwyczaj się kąpać, dlatego kiedy Laurence po krótkiej kąpieli w basenie przeszedł do łaźni, stwierdził, że panuje tam duży tłok. Lecz gdy tylko wszedł do środka, kilku spośród znajdujących się tam awiatorów natychmiast zrobiło mu miejsce, z czego chętnie skorzystał, i odpowiedziawszy na powitania, położył się na kamiennej półce. Był tak zmęczony, że dopiero kiedy zamknął oczy, spowity cudownym ciepłem pary, uzmysłowił sobie, że powitano go wyraźnie inaczej niż zwykle, i omal nie usiadł zaskoczony.
— Dobry lot, bardzo dobry lot, kapitanie — pochwalił go Celeritas wieczorem, kiedy Laurence przybył zdać spóźniony raport. — Nie masz co przepraszać za zwłokę. Porucznik Granby przekazał mi wstępną relację, a raport kapitana Berkleya w pełni uzupełnił moją wiedzę. Wolimy kapitana, który będzie przedkładał dobro smoka nad wymogi biurokracji. Ufam, że Temeraire ma się dobrze?
— Tak, sir, dziękuję — odparł Laurence. — Lekarze mówią, że nie ma podstaw do obaw, on zaś twierdzi, że czuje się świetnie. Co mam robić podczas jego rekonwalescencji?
— Jedynie zajmować czymś swojego smoka, co i tak będzie nie lada wyzwaniem — rzucił Celeritas i prychnął, co miało wyrażać chichot. — Nie, to nie jest do końca prawda, bo rzeczywiście mam dla ciebie zadanie. Gdy tylko Temeraire dojdzie do siebie, razem z Maksimusem dołączycie do formacji Lily. Wciąż otrzymujemy złe wieści z frontu, a te najnowsze są najgorsze: Villeneuve wymknął się z Tulonu ze swoją flotą pod osłoną nalotu na flotę Nelsona. Niestety, zgubiliśmy ich. W tych okolicznościach, biorąc pod uwagę, że straciliśmy tydzień, nie możemy dłużej czekać. Tak więc nadeszła pora, żeby ci przydzielić załogę powietrzną. Czekam na twoje sugestie. Oceń ludzi, którzy służyli pod tobą w ostatnich tygodniach, i porozmawiamy o tym jutro.
Laurence ruszył powoli z powrotem na polankę, zatopiony w myślach. Wcześniej wybłagał namiot od załogi naziemnej i teraz zabrał ze sobą koc. O wiele bardziej podobała mu się perspektywa spędzenia nocy u boku Temeraire’a niż we własnym łóżku. Zastał go wciąż pogrążonego we śnie, a gdy dotknął jego boku wokół zabandażowanych ran, poczuł, że jest ciepły jak zawsze.
Uspokojony w tym względzie, Laurence powiedział:
— Mogę prosić na słowo, panie Granby? — Odprowadził porucznika na bok. — Celeritas poprosił, żebym wyznaczył sobie oficerów — rzekł, patrząc Granby’emu prosto w oczy. Młodzieniec zaczerwienił się i spuścił głowę, tymczasem Laurence mówił dalej: — Nie chcę, żeby ze względu na mnie musiał pan odmówić przyjęcia stanowiska. Nie wiem, jak się to traktuje w Korpusie, ale we flocie źle by się to odbiło na pańskiej karierze. Jeśli ma pan jakiekolwiek obiekcje, proszę powiedzieć o tym szczerze, i zakończymy naszą rozmowę.
— Sir — zaczął Granby i urwał wyraźnie speszony: zbyt często używał tego słowa z zawoalowaną bezczelnością. Po chwili jednak znowu się odezwał: — Kapitanie, zdaję sobie sprawę, że nie zasłużyłem na takie stanowisko. Mogę tylko powiedzieć, że jeśli będzie pan skłonny zapomnieć o moim dotychczasowym zachowaniu, to chętnie skorzystam z propozycji. — Ta mowa wypadła trochę drętwo, jakby porucznik wcześniej ją przećwiczył.
Laurence skinął głową. Nie była to łatwa decyzja i gdyby nie chodziło o dobro Temeraire’a, nie miał pewności, czy potrafiłby zawierzyć człowiekowi, który był wobec niego niegrzeczny, pomimo niedawnych odważnych czynów. Ostatecznie jednak Laurence postanowił zaryzykować, jako że Granby był zdecydowanie najlepszy spośród wszystkich kandydatów. Zadowoliła go też odpowiedź porucznika, dość uczciwa i pełna szacunku, choć udzielona z zakłopotaniem.
— Bardzo dobrze — rzucił krótko.
Szli już z powrotem, kiedy Granby odezwał się nieoczekiwanie:
— A niech to. Może i nie potrafię ładnie się wysławiać, ale nie mogę tego tak zostawić. Muszę panu powiedzieć, że jest mi bardzo przykro. Wiem, że się wygłupiłem.
Laurence był zaskoczony szczerością porucznika, ale i zadowolony. Nie mógł odrzucić przeprosin wyrażonych z taką otwartością i prostotą, jakie przebijały w głosie Granby’ego.
— Z radością przyjmę pańskie przeprosiny — powiedział spokojnym, lecz przyjaznym tonem. — Jeśli o mnie chodzi, to puszczam wszystko w niepamięć i mam nadzieję, że w przyszłości będziemy lepszymi kompanami niż dotychczas.
Przystanęli i uścisnęli sobie dłonie. Granby wyglądał na rozluźnionego i szczęśliwego, a kiedy Laurence zaczął go ostrożnie wypytywać o możliwych kandydatów na pozostałych oficerów, podjął temat z wielkim entuzjazmem.
Rozdział 8
Nawet jeszcze zanim zdjęto bandaże, Temeraire domagał się jękliwie kąpieli, tak więc kiedy z końcem tygodnia rany się zabliźniły, lekarze przystali na to bez większego przekonania. Zebrawszy grupę młodych ludzi, których uważał już za swoich kadetów, Laurence wyszedł na dziedziniec po czekającego tam Temeraire’a i zobaczył, że smok rozmawia z Longwingiem, do którego formacji mieli dołączyć.
— Czy to boli, kiedy pryskasz? — pytał zaciekawiony.
Laurence zobaczył, że Temeraire przygląda się poszczerbionym wyrostkom kostnym widocznym po obu stronach pyska, skąd zapewne wylatywał jad.
— Nie, nic nie czuję — odpowiedziała Lily. — Jad wytryska dopiero wtedy, kiedy skieruję głowę w dół, tak więc nie spada na mnie, ale oczywiście musisz uważać, żeby ciebie nie poparzył, kiedy będziemy lecieć w formacji.
Jej ogromne skrzydła, złożone na plecach, były brązowe z półprzezroczystymi niebieskimi i pomarańczowymi fałdami, które zachodziły na siebie; tylko biało-czarne krawędzie odcinały się od jej boków. Źrenice jej oczu, o kształcie szparek, podobnie jak u Temeraire’a, miały barwę pomarańczowożółtą, a kostne wyrostki po obu stronach pyska nadawały jej groźny wygląd. Stała spokojnie, podczas gdy jej naziemna załoga przemykała po niej, czyszcząc i polerując starannie każdy kawałek jej uprzęży. Kapitan Harcourt chodziła dokoła, doglądając wszystkiego.
Lily spojrzała na Laurence’a, kiedy ten podszedł do Temeraire’a; niepokojące oczy nadawały jej spojrzeniu złowrogi wyraz, chociaż ona była tylko zaciekawiona.
— Ty jesteś kapitanem Temeraire’a? Catherine, może polecimy z nimi nad jezioro? Nie wiem, czy chcę wchodzić do wody, ale chciałbym wszystko zobaczyć.
— Nad jezioro? — Kapitan Harcourt przerwała inspekcję uprzęży i spojrzała na Laurence’a ze szczerym zdumieniem.
— Tak, zabieram Temeraire’a na kąpiel — powiedział stanowczo Laurence. — Panie Hollin, niech pan będzie tak dobry i przygotuje lekką uprząż; proszę też spróbować upiąć ją tak, żeby nie drażniła skaleczeń.
Hollin czyścił właśnie uprząż Levitasa, który dopiero co wrócił z żerowiska.