Выбрать главу

— Też lecisz? — zapytał małego smoka. — Bo jeśli tak, to może w ogóle nie trzeba zakładać uprzęży Temeraire’owi? — dodał, zwracając się do Laurence’a.

— Och, chciałbym polecieć — odparł Levitas i spojrzał na Laurence’a z nadzieją, jakby czekał na jego pozwolenie.

— Dziękuję, Levitasie — rzekł Laurence w odpowiedzi. — To byłoby świetne rozwiązanie. Panowie, także i tym razem zabierze was Levitas — oznajmił kadetom. Dawno już zaprzestał prób wyróżniania Roland ze względu na jej płeć i dla ułatwienia zaczął traktować ją tak jak innych, widząc, że dziewczyna czuje się członkiem grupy i nie ma nic przeciwko temu. — Temeraire, mam polecieć z nimi czy mnie zabierzesz?

— Oczywiście, że cię zabiorę — odparł Temeraire. Laurence skinął głową.

— Panie Hollin, czy ma pan teraz coś do roboty? Pańska obecność byłaby bardzo pożądana, a Levitas z pewnością da radę ponieść pana, skoro Temeraire weźmie mnie.

— Chętnie polecę, sir, tylko nie mam uprzęży — odpowiedział Hollin, spoglądając na Levitasa z zainteresowaniem. — Jeszcze nigdy nie siedziałem na górze, to znaczy, poza uprzężą załogi naziemnej. Jeśli da mi pan chwilę, to coś złożę z zapasów.

Kiedy Hollin udał się na poszukiwanie sprzętu dla siebie na dziedzińcu wylądował Maksimus, wprawiając posadzkę w drżenie.

— Gotowi? — zapytał Temeraire’a, wyraźnie zadowolony. Na jego grzbiecie siedział Berkley w towarzystwie dwóch skrzydłowych.

— Jęczał o tym tak długo, że w końcu się zgodziłem — rzucił Berkley w odpowiedzi na rozbawione i pytające spojrzenie Laurence’a. — Jeśli o mnie chodzi, to jest to cholernie głupi pomysł; pływające smoki, też coś. — Klepnął czule Maksimusa, zadając kłam własnym słowom.

— My też lecimy — powiedziała Lily.

Kiedy wszyscy się zbierali, odbyła krótką rozmowę z kapitan Harcourt, a teraz podsadziła ją na swój grzbiet. Temeraire też podniósł ostrożnie Laurence’a, który zachował spokój pomimo jego ogromnych pazurów. Siedział całkiem wygodnie w zamknięciu zgiętych smoczych palców, gdzie czuł się równie bezpieczny jak w metalowej klatce.

Kiedy już wylądowali na brzegu jeziora, tylko Temeraire poszedł od razu do wody i zaczął pływać. Maksimus wszedł ostrożnie na płyciznę, ale dotarł tylko do miejsca, w którym jeszcze czuł grunt pod łapami, Lily zaś została na brzegu i jedynie trącała wodę pyskiem. Za to Levitas, jak miał w zwyczaju, najpierw się zawahał, a potem skoczył gwałtownie, rozchlapując wodę z zamkniętymi oczami, i ruszył dalej na głębszą wodę, gdzie zaczął pływać, przebierając energicznie łapami.

— Czy musimy wchodzić razem z nimi? — zapytał z lekkim niepokojem jeden ze skrzydłowych Berkleya.

— Nie, nawet o tym nie myśl — rzekł Laurence. — To jezioro wypełnia woda spływająca z gór, więc od razu byśmy zsinieli. One zmyją z siebie pierwszą krew i brud po jedzeniu i będzie łatwiej je doczyścić.

— Hm — powiedziała Lily, wysłuchawszy jego słów, po czym weszła bardzo powoli do jeziora.

— Jesteś pewna, że woda nie jest dla ciebie za zimna, moja droga? — zawołała za nią Harcourt. — Nigdy nie słyszałam, żeby smok zachorował na zimnicę. To chyba jest niemożliwe? — zapytała Laurence’a i Berkleya.

— Nie, zimno wręcz je orzeźwia, chyba że mamy do czynienia z dużymi mrozami; im to nie przeszkadza — rzekł Berkley i zaraz ryknął: — Maksimusie, ty wielki tchórzu, właź do wody, skoro tego chciałeś. Nie będę tu sterczał cały dzień.

— Wcale się nie boję — odparł oburzony Maksimus i zaraz rzucił się do wody, wzbudzając fale, które zalały Levitasa i ochlapały Temeraire’a. Levitas wynurzył się spod wody, prychając, Temeraire zaś zanurzył pysk, żeby opryskać Maksimusa; wkrótce obaj rozpoczęli ogromną bitwę, od której jezioro zamieniło się w nękany sztormem ocean.

Levitas wyszedł na brzeg, trzepocąc skrzydłami i ochlapując zimną wodą wszystkich czekających awiatorów. Kiedy Hollin i kadeci zabrali się do wycierania go, mały smok powiedział:

— Och, bardzo mi się podoba pływanie. Dziękuję, że znowu pozwoliliście mi tu przylecieć.

— Nie widzę powodu, dla którego nie mógłbyś przychodzić tu tak często, jak chcesz — stwierdził Laurence i zerknął na Berkleya i Harcourt, by sprawdzić, jak przyjmą jego słowa; najwyraźniej żadne z nich nie poświęciło temu uwagi ani nie uznano go za nadgorliwca mieszającego się do cudzych spraw.

Lily weszła wreszcie do jeziora na tyle głęboko, by się zanurzyć, czy też przynajmniej unosić na wodzie. Trzymając się z dala od pary dokazujących młodszych smoków, czyściła sobie skórę bokiem łba. Potem wyszła, bardziej zainteresowana myciem niż pływaniem, i mrucząc z zadowoleniem, wskazywała Harcourt i kadetom kolejne miejsca, które ci starannie czyścili.

Wreszcie także Maksimus i Temeraire mieli dość i wyszli żeby ich powycierać. Maksimus wymagał połączonych sił Berkleya i jego dwóch dorosłych skrzydłowych. Laurence zajmował się delikatną skórą na pysku Temeraire’a, podczas gdy kadeci uwijali się po jego grzbiecie, i uśmiechnął się mimowolnie, kiedy usłyszał, jak Berkley narzeka na rozmiary swojego smoka.

Wreszcie cofnął się trochę, by nacieszyć się widokiem: Temeraire rozmawiał beztrosko z pozostałymi smokami, miał błyszczące oczy, unosił wysoko łeb i nie zdradzał już żadnych oznak zwątpienia w siebie; i choć sam Laurence nigdy wcześniej nie zabiegałby o takie dziwne, mieszane towarzystwo, to poczucie nieskrępowanego koleżeństwa dobrze mu zrobiło. Wiedział, że dowiódł swojej wartości, tak jak Temeraire, i był bardzo zadowolony z tego, że znalazł dobre miejsce dla nich obu.

Radość trwała tylko do powrotu na dziedziniec. Na jego skraju stał Rankin w mundurze wyjściowym i z irytacją uderzał się po nodze rzemieniem uprzęży. Zaniepokojony Levitas podskoczył nieco podczas lądowania.

— Jakim prawem sobie tak odlatujesz? — rzucił Rankin, nie czekając nawet, aż Hollin i kadeci zejdą na ziemię. — Jeśli nie jesz, to masz tu siedzieć i czekać, rozumiesz? A wy tam, kto wam pozwolił jeździć na nim?

— Levitas był tak miły i zabrał ich na moją prośbę, kapitanie Rankin — powiedział Laurence zdecydowanym tonem, by skierować na siebie uwagę Rankina, i zsunął się z łapy Temeraire’a. — Byliśmy tylko nad jeziorem. Wystarczyło wysłać sygnał, a zaraz byśmy wrócili.

— Nie będę biegał i szukał sygnalisty, żeby móc dosiąść swojego smoka, kapitanie Laurence, i będę wdzięczny, jeśli zajmie się pan własnym zwierzęciem, a opiekę nad moim pozostawi mnie — odparł lodowato Rankin. — A zatem jesteś zapewne mokry? — zwrócił się do Levitasa.

— Nie, wcale nie, jestem prawie suchy. Nie kąpałem się długo, naprawdę — odparł Levitas, kurcząc się w sobie.

— Miejmy nadzieję — rzekł Rankin. — Schyl się, szybko. A wy od dzisiaj macie się trzymać od niego z daleka — powiedział do kadetów i zajął swoje miejsce, niemal odpychając Hollina.

Laurence patrzył, jak Levitas odlatuje z Rankinem. Berkley i Harcourt milczeli, podobnie jak smoki. Lily szarpnęła nagle łbem i zasyczała złowrogo, wypluwając kilka kropel jadu; opadły na kamienie, skwiercząc i wypalając w nich czarne dziury.

— Lily! — zganiła ją kapitan Harcourt, lecz w jej głosie zabrzmiała nuta ulgi, że cisza została przerwana. — Peck, przynieś, proszę, oliwę do czyszczenia uprzęży — poleciła jednemu z członków swojej załogi naziemnej. Zeszła na ziemię i wylała oliwę na krople jadu, tak że przestały dymić. — Posyp piaskiem, to jutro będzie można umyć te miejsca.

Laurence także z ulgą przyjął ten drobny incydent, ponieważ nie był jeszcze gotowy do zabrania głosu. Temeraire trącił go łagodnie nosem, a kadeci popatrzyli na niego zatroskani.