Выбрать главу

— Nie powinienem był proponować tego, sir — powiedział Hollin. — Bardzo pana przepraszam i kapitana Rankina.

— Ależ nie ma za co, panie Hollin — odparł Laurence; jego własny głos wydał mu się ostry i zimny, więc zaraz spróbował go złagodzić, dodając: — Nie zrobił pan absolutnie nic złego.

— Nie wiem, dlaczego mielibyśmy trzymać się z daleka od Levitasa — wtrąciła zasmucona Roland.

Laurence nie wahał się ani chwili z odpowiedzią, która była tak samo kategoryczna i automatyczna jak jego bezradna wściekłość na Rankina.

— Panno Roland, starszy rangą oficer wydał pani rozkaz, i jeśli to pani nie wystarczy, to jest pani w niewłaściwej służbie — warknął. — Żebym nigdy więcej nie słyszał podobnych uwag. Proszę natychmiast zanieść te płótna do pralni. Wybaczcie, panowie — zwrócił się do pozostałych — przejdę się przed kolacją.

Temeraire był zbyt duży, żeby swobodnie kroczyć za nim więc poleciał do przodu i zaczekał na niego na pierwszej polanie, jaką napotkał na drodze. Wcześniej Laurence pomyślał, że pragnie być sam, lecz teraz z ogromną radością wsunął się między przednie łapy smoka i oparł wygodnie o jego ciepłe ciało, słuchając rytmicznego bicia serca i regularnego dźwięcznego oddechu. Gniew już go opuścił, lecz jego miejsce zajął smutek. Laurence miał ogromną ochotę wyzwać Rankina.

— Nie wiem, dlaczego Levitas to znosi, bo choć jest mały, i tak znacznie góruje nad Rankinem — odezwał się wreszcie Temeraire.

— A ty dlaczego wykonujesz moje polecenia, kiedy ci każę założyć uprząż albo wykonać jakiś niebezpieczny manewr? — powiedział Laurence. — To obowiązek i nawyk. Od chwili wyklucia przyuczano Levitasa do wykonywania poleceń i traktowano go w podobny sposób. Pewnie nie bierze pod uwagę innej możliwości.

— Ale przecież widzi ciebie i innych kapitanów; żaden inny smok nie jest traktowany w taki sposób — odparł Temeraire. Zacisnął łapy, żłobiąc nimi bruzdy w ziemi. — Wcale nie słucham ciebie z nawyku ani dlatego, że nie potrafię sam myśleć. Robię to, ponieważ wiem, że jesteś wart tego, żeby cię słuchać. Ty nigdy byś mnie nie potraktował źle ani nie kazałbyś mi robić czegoś niebezpiecznego lub nieprzyjemnego bez powodu.

— Bez powodu na pewno nie — rzekł Laurence. — Lecz nasza służba jest ciężka, mój drogi, i czasami musimy być gotowi wiele znosić. — Zawahał się na chwilę i dodał łagodnie: — Miałem zamiar z tobą o tym porozmawiać, Temeraire. Musisz mi obiecać, że w przyszłości nie będziesz przedkładał mojego życia nad życie innych. Z pewnością rozumiesz, że Victoriatus jest o wiele bardziej potrzebny Korpusowi niż ja, dlatego nie powinieneś nawet myśleć o ratowaniu mojego życia czyimś kosztem. Temeraire otoczył go łapami jeszcze ciaśniej.

— Nie, Laurence, tego ci nie mogę obiecać — powiedział. — Wybacz, ale nie będę cię okłamywał: nie mógłbym pozwolić na to, żebyś spadł. Ty możesz cenić ich życie ponad swoje, lecz ja tak nie potrafię, dla mnie jesteś wart więcej niż oni wszyscy. W tym wypadku cię nie posłucham, a co do obowiązku, to im więcej się temu przyglądam, tym mniej mnie obchodzi.

Laurence nie miał pewności, jak na to odpowiedzieć, bo z jednej strony był poruszony tym, jak bardzo ceni go Temeraire, z drugiej zaś z niepokojem usłyszał, jak smok wyraźnie dał do zrozumienia, że to on zdecyduje, czy wykonać rozkazy czy nie. Laurence ufał jego osądowi, lecz jednocześnie zrozumiał, że nie dość skutecznie nauczył Temeraire’a szacunku dla dyscypliny i obowiązku.

— Żałuję, że nie potrafię wyjaśnić ci tego właściwie — rzucił trochę zdesperowany. — Może spróbuję znaleźć ci jakieś książki na ten temat.

— Może — mruknął Temeraire, po raz pierwszy okazując wątpliwości co do czytania książek. — Nie sądzę, żeby cokolwiek skłoniło mnie do zmiany zdania. Tak czy inaczej, wolałbym raczej uniknąć podobnej sytuacji. Było bardzo niebezpiecznie, a ja się bałem, że nie zdołam cię złapać.

Laurence odpowiedział uśmiechem.

— Przynajmniej w tym punkcie się zgadzamy. Chętnie ci obiecam, że zrobię wszystko, aby taka sytuacja się nie powtórzyła.

Wczesnym rankiem przybiegła do niego Roland. Laurence spędził noc w małym namiocie u boku Temeraire’a.

— Sir, Celeritas pana wzywa — powiedziała i ruszyła z nim do zamku, gdy tylko włożył mundur i zawiązał krawat. Temeraire mruknął coś na pożegnanie, uchylając jedno oko, i znowu zasnął Kiedy uszli kawałek, zapytała: — Kapitanie, czy wciąż się pan na mnie gniewa?

— Słucham? — zapytał zamyślony Laurence i zaraz sobie przypomniał, o co chodzi. — Nie, Roland, nie gniewam się na ciebie. Ale rozumiesz, mam nadzieję, dlaczego twoje słowa były nie na miejscu.

— Tak — odpowiedziała, a on zignorował nutę powątpiewania w jej głosie. — Nie rozmawiałam z Levitasem, ale nie mogłam nie zauważyć dziś rano, że nie wygląda najlepiej.

Laurence zerknął na Winchestera, kiedy szli przez dziedziniec; Levitas leżał zwinięty w kłębek i wciśnięty w kąt, z dala od innych smoków, i pomimo wczesnej pory nie spał, ale spoglądał tępo w ziemię. Laurence odwrócił szybko wzrok, wiedząc, że nic nie może zrobić.

— Wracaj do swoich obowiązków, Roland — powiedział Celeritas, kiedy dotarli do niego. — Proszę wybaczyć, że wzywam pana tak wcześnie, kapitanie. Przede wszystkim, czy Temeraire czuje się już na siłach, aby podjąć szkolenie?

— Myślę, że tak, sir. Szybko dochodzi do siebie, a wczoraj bez trudu poleciał nad jezioro i z powrotem — rzekł Laurence.

— Bardzo dobrze. — Celeritas zamilkł na chwilę, a potem westchnął. — Kapitanie, jestem zobowiązany zakazać panu dalszego zajmowania się Levitasem — powiedział.

Laurence poczuł, że krew napływa mu do twarzy. A zatem Rankin poskarżył się na niego. Niewątpliwie należało mu się; sam nigdy by nie pozwolił na to, żeby ktokolwiek wtrącał się w dowodzenie jego okrętem czy opiekę nad Temeraire’em. Wiedział, ze postąpił źle, bez względu na usprawiedliwienie, jakiego szukał dla siebie, więc jego gniew szybko pociągnął za sobą wstyd.

— Sir, przykro mi, że musiał mi pan to mówić. Zapewniam, że nic takiego już się nie powtórzy.

Celeritas parsknął; przekazawszy oficjalne upomnienie, najwyraźniej nie zamierzał drążyć sprawy.

— Nie życzę sobie żadnych zapewnień. Straciłby pan w moich oczach, gdyby mógł pan coś takiego szczerze zagwarantować — powiedział. — Szkoda, że do tego doszło, i ponoszę za to winę tak samo jak wszyscy inni. Kiedy sam nie mogłem go tolerować, Dowództwo Sił Powietrznych uznało, że może nada się na kuriera, i przydzieliło mu Winchestera. Miałem własne zdanie na ten temat, ale nie mogłem się sprzeciwić ze względu na jego dziadka.

Choć to złagodzenie reprymendy stanowiło pewną pociechę, Laurence był ciekawy, co Celeritas miał na myśli, kiedy powiedział, że nie mógł tolerować Rankina. Przecież dowództwo z pewnością nigdy by nie wyznaczyło kogoś takiego jak Rankin na stanowisko opiekuna smoka tak niezwykłego jak ich instruktor.

— Dobrze pan znał jego dziadka? — zapytał, nie potrafiąc się powstrzymać przed ostrożnym zasięgnięciem informacji.

— Był moim pierwszym opiekunem; jego syn także służył ze mną — wyjaśnił krótko Celeritas i spojrzał w bok, a potem opuścił łeb. Opanował się po chwili i dodał: — No cóż, żywiłem pewne nadzieje wobec chłopaka, lecz na prośbę jego matki nie wychowywał się tutaj, a rodzina wtłoczyła mu do głowy dziwne poglądy. Nigdy nie powinien był zostać awiatorem, a tym bardziej kapitanem. Jednak jest tutaj i zostanie tak długo, jak długo Levitas będzie go słuchał. Nie mogę pozwolić, żebyś się wtrącał do ich spraw. Wyobrażasz sobie, co by się stało, gdybyśmy pozwalali oficerom mieszać się w życie smoków innych opiekunów? Zapanowałby kompletny chaos, jako że porucznicy którzy bardzo pragnęliby awansować na kapitanów, z pewnością nie potrafiliby opanować pokusy i staraliby się przyciągnąć do siebie każdego smoka, który nie jest całkiem szczęśliwy. Laurence skłonił głowę.