Выбрать главу

— Bardzo dobrze to rozumiem, sir.

— Tak czy inaczej, masz przed sobą ważniejsze zadanie, bo dzisiaj zaczynamy integrację z formacją Lily — powiedział Celeritas. — Idź, proszę, po Temeraire’a; inni przybędą tu niebawem.

Laurence ruszył przed siebie, pogrążony w myślach. Wiedział oczywiście, że smok większej rasy może przeżyć swojego opiekuna, jeśli obaj nie zginą w bitwie, ale nie pomyślał o tym, że w takiej sytuacji smok pozostaje potem sam, bez partnera, i nie zastanawiał się, w jaki sposób dowództwo rozwiązuje ten problem. Naturalnie w interesie Wielkiej Brytanii leżało, żeby smok kontynuował służbę z nowym opiekunem, i Laurence mimowolnie pomyślał, że byłoby to lepsze dla samego smoka, bo miałby czym zająć myśli, zamiast poddawać się smutkowi po utracie opiekuna, jaki najwyraźniej wciąż odczuwał Celeritas.

Przybywszy na polanę, Laurence spojrzał zatroskany na śpiącego Temeraire’a. Oczywiście mieli przed sobą jeszcze wiele lat, a kolejne wojny mogły unieważnić podobne rozważania, lecz przecież zapewnienie szczęśliwej przyszłości Temeraire’owi było jego obowiązkiem, trudniejszym niż zajmowanie się posiadłością, tak więc niebawem będzie musiał jakoś o to zadbać. Może dobry pierwszy porucznik mógłby zająć jego miejsce, a Temeraire w ciągu paru lat oswoiłby się ze zmianą.

— Temeraire — zawołał i pogłaskał go po nosie, smok zaś otworzył oczy i cicho zamruczał.

— Nie śpię. Znowu będziemy dzisiaj latać? — zapytał, po czym ziewnął szeroko w niebo i zatrzepotał skrzydłami.

— Tak, mój drogi — odparł Laurence. — Chodź, trzeba nałożyć uprząż. Pan Hollin na pewno już ją przygotował.

Normalnie formacja latała w szyku klina, przypominającym klucz gęsi, z Lily na czele. Messoria i Immortalis, Yellow Reapery, zajmowały pozycje na flankach, osłaniając Lily przed atakiem z bliska, a tyłu pilnowały mniejsze, lecz bardziej zwrotne smoki: Dulcia, rasy Grey Copper, i Pascal’s Blue o imieniu Nitidius. Wszystkie były już dorosłe i wszystkie poza Lily miały doświadczenie bojowe; ich kapitanowie i załogi byli dumni ze smoków, które bardzo starannie dobrano do tej jakże ważnej formacji wspomagającej młodego i niedoświadczonego Longwinga.

Laurence był wdzięczny za żmudne i nie kończące się treningi ostatnich sześciu tygodni, bo tylko dzięki temu, że ćwiczone przez nich manewry stały się praktycznie drugą naturą Temeraire’a i Maksimusa, potrafili zgrać się z doświadczonymi smokami, zdolnymi do trudnych akrobacji. By umocnić tylny szereg formacji za Lily, dodano dwa większe smoki, tworząc trójkąt. Podczas bitwy miały one uniemożliwiać wszelkie próby rozbicia szyku, bronić grupy przed atakiem ciężkich smoków bojowych, a także przenosić większą liczbę bomb, które ich załogi miały zrzucać na cele osłabione jadem Lily.

Laurence ucieszył się, że pozostałe smoki całkowicie zaakceptowały Temeraire’a, choć żaden ze starszych osobników nie miał energii na zabawę poza porą ćwiczeń. Przeważnie odpoczywały w wolnych godzinach i przyglądały się dobrodusznie, jak Temeraire, Lily i Maksimus rozmawiali albo czasem wzbijali się w powietrze, żeby się pobawić w powietrznego berka. Sam Laurence także miał wrażenie, że inni awiatorzy traktują go ze znacznie większą sympatią, i zorientował się, że zupełnie niepostrzeżenie przestawił się na ich nieformalny sposób bycia: kiedy po raz pierwszy podczas dyskusji po treningu zwrócił się do kapitan Harcourt per ty, uświadomił to sobie dopiero po chwili.

Podobne dyskusje kapitanów i pierwszych oficerów o strategii i taktyce toczyły się zwykle przy kolacji albo późnym wieczorem kiedy smoki już spały. Rzadko kiedy pytano o zdanie Laurence’a lecz on nie brał sobie tego zbytnio do serca, ponieważ wiedział że choć szybko opanowuje zasady powietrznej taktyki, to wciąż jest nowicjuszem i nie może się obrażać. Tak więc z wyjątkiem sytuacji, kiedy mógł coś powiedzieć o szczególnych umiejętnościach Temeraire’a, siedział cicho, nie próbując zabierać głosu w dyskusji, i słuchał uważnie, by jeszcze więcej się nauczyć.

Od czasu do czasu rozmowa schodziła na bardziej ogólny temat wojny, jako że awiatorzy nie potrafili się oprzeć licznym spekulacjom, pozostając z dala od głównych wydarzeń i zdani na informacje spóźnione o co najmniej kilka tygodni. Pewnego wieczoru Laurence wszedł właśnie do klubu i usłyszał, jak Sutton mówi:

— Ta cholerna francuska flota może być wszędzie. — Sutton był kapitanem Messorii, starszym rangą, weteranem czterech wojen, skłonnym do pesymizmu i posługiwania się barwnym językiem. — Skoro wymknęła się z Tulonu, to sukinsyny mogą już płynąć przez kanał. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby jutro rozpoczęli inwazję.

Laurence nie potrafił nie skomentować takiej uwagi.

— Mylisz się, zapewniam cię — powiedział, siadając na krześle. — To prawda, że Villeneuve wymknął się z Tulonu ze swoją flotą, ale nie rozpoczął żadnej większej operacji, po prostu ucieka, a Nelson depcze mu po piętach.

— Czyżbyś coś słyszał, Laurence? — zapytał Chenery, kapitan Dulcii, spoglądając znad kart, jako że razem z Little’em, kapitanem Immortalisa, grali w oczko.

— Owszem, otrzymałem kilka listów; jeden z nich od kapitana Rileya z Relianta — powiedział Laurence. — Jest z flotą Nelsona, która ściga Villeneuve’a na Atlantyku, i pisze, że lord Nelson ma nadzieję dogonić Francuzów w Indiach Zachodnich.

— No proszę, a my nie mamy pojęcia, co się dzieje! — rzucił Chenery. — Na miłość boską, przynieś ten list i przeczytaj go nam. To bardzo źle, że trzymasz takie wieści dla siebie i nic nam nie mówisz.

Był wyraźnie przejęty, więc Laurence nie obraził się i ponaglony przez innych kapitanów wysłał służącego do pokoju po niezbyt duży plik listów od byłych kolegów, którzy wiedzieli o jego nowej służbie. Musiał opuścić fragmenty wyrażające współczucie z powodu jego sytuacji, ale uczynił to zręcznie, a pozostali łapczywie chłonęli wszystkie nowe wiadomości.

— A zatem Villeneuve ma siedemnaście okrętów przeciwko dwunastu Nelsona? — powiedział Sutton. — W takim razie nie wiem, dlaczego gałgan ucieka. A gdyby zawrócił? Pędząc tak przez Atlantyk, Nelson nie ma wsparcia powietrznego, bo przecież żaden transportowiec nie wytrzymałby takiego tempa i nie dysponujemy smokami w Indiach Zachodnich.

— Ośmielę się stwierdzić, że nasza flota poradziłaby sobie z nim, nawet gdyby miała mniej okrętów — rzucił ożywiony Laurence. — Przypomnijmy sobie tylko kampanię egipską, a jeszcze wcześniej bitwę u przylądka św. Wincentego: pomimo liczebnej przewagi wroga zwyciężyliśmy, a poza tym lord Nelson nigdy jeszcze nie przegrał na morzu. — Z trudem się opanował i urwał; nie chciał, by go uznano za zbytniego entuzjastę.

Pozostali uśmiechnęli się, ale nie protekcjonalnie, a Little powiedział spokojnie:

— Musimy więc liczyć na to, że dobierze się do nich. Niemniej jednak smutna prawda jest taka, że flota francuska pozostaje w pełni sił, a my jesteśmy w śmiertelnym niebezpieczeństwie, Królewska Marynarka nie może gonić ich w nieskończoność, a Napoleon musi utrzymać kontrolę nad kanałem przez zaledwie dwa, może trzy dni, żeby się przeprawić z armią.

Była to dość ponura myśl i wszyscy zdali sobie sprawę z jej wagi. Ciszę przerwał wreszcie Berkley, który odchrząknął, wzniósł kieliszek i wychylił go.