Выбрать главу

Temeraire zamrugał.

— Och, dobrze, ale czy musiałeś przestać? — zapytał płaczliwym tonem.

— Wspaniałe wieści — oświadczył Celeritas, kiedy Laurence opowiedział mu wszystko. — Nie można przeznaczyć go jeszcze do rozpłodu, ponieważ nie moglibyśmy obyć się bez niego tak długo, ale i tak bardzo się cieszę: zawsze jestem niespokojny, kiedy wysyłamy do bitwy niedojrzałego smoka. Zawiadomię hodowców, żeby się zastanowili nad najlepszymi możliwymi partnerkami. Dodatek krwi Cesarskiego do naszych linii bardzo je uszlachetni.

— Czy można mu… jakoś… ulżyć… — Laurence urwał, nie wiedząc, w jaki sposób stosownie sformułować pytanie.

— Zastanowimy się, ale sądzę, że nie musisz się martwić — rzucił sucho Celeritas. — My nie jesteśmy jak konie czy psy, potrafimy panować nad sobą co najmniej równie dobrze jak ludzie.

Laurence odetchnął z ulgą. Temeraire’owi może być trudno przebywać teraz w towarzystwie Lily i Messorii czy innych samic, chociaż jego zdaniem Dulcia była zbyt mała, by mogła go zainteresować jako partnerka. Jednak Temeraire w ogóle nie okazywał tego typu zainteresowania smoczycami, a kiedy Laurence raz czy dwa go o to zapytał, w dość oględny sposób, smok wydawał się przede wszystkim zdziwiony.

Niemniej jednak pojawiły się pewne zmiany, dostrzegalne stopniowo. Przede wszystkim Laurence zauważył, że Temeraire coraz częściej budzi się rano sam; zmienił się też jego apetyt: smok jadł rzadziej, chociaż znacznie więcej, i mógł wytrzymać bez jedzenia nawet dwa dni.

Laurence myślał z niepokojem, że Temeraire głodzi się, by uniknąć nieprzyjemnego rozczarowania faktem, że nie przyznają mu pierwszeństwa przy karmieniu, czy też ukradkowych spojrzeń innych smoków zaintrygowanych jego nowym wyglądem. Lecz pozbył się swoich obaw w dość dramatyczny sposób niecały miesiąc po pojawieniu się krezy. Temeraire siadł właśnie na żerowisku i stał z boku, obserwując zebrane tam smoki, gdy na dół wezwano Lily i Maksimusa. Lecz razem z nimi przywołano też innego smoka: nowo przybyłego przedstawiciela nie znanej Laurence’owi rasy o dużych skrzydłach, choć nie większych od skrzydeł Temeraire’a, których powierzchnia przypominała marmur, w kolorze niemal przezroczystej kości słoniowej, poprzecinanej żółtymi, pomarańczowymi i brązowymi żyłkami.

Pozostałe smoki z kryjówki ustąpiły miejsca i przyglądały się opadającej w dół trójce, lecz Temeraire nieoczekiwanie wydał niski pomruk, nawet nie warkot, z głębi gardła, zupełnie jak kumkająca żaba, jeśli tylko można sobie wyobrazić dwunastotonową żabę, po czym skoczył w dół bez zaproszenia.

Laurence nie widział z tej odległości twarzy pasterzy, lecz wszyscy zgromadzili się przy ogrodzeniu jakby zaskoczeni; było jasne, że żaden nie ma ochoty spróbować odpędzić Temeraire’a zwłaszcza że jego pysk był już uwalany krwią pierwszej krowy Lily i Maksimus nie zaprotestowały, a obcy smok nie uznał tego za coś nowego, tak więc po chwili pasterze wypędzili na żerowisko pół tuzina bydła, tak by cała czwórka mogła się dostatecznie posilić.

— Potrafi się świetnie dostosować. To twój smok, prawda? Laurence odwrócił się i zobaczył, że pytanie to skierował do niego jakiś nieznajomy w grubych wełnianych spodniach i cywilnej kurcie, ozdobionych odciskami smoczych łusek: bez wątpienia był awiatorem i oficerem, a także dżentelmenem, jak wykazywały jego głos i postawa, lecz mówił z silnym francuskim akcentem, i Laurence’a zaskoczyła jego obecność w tym miejscu.

Nieznajomemu dotrzymywał towarzystwa Sutton, który teraz wysunął się do przodu, by ich sobie przedstawić: Francuz nazywał się Choiseul.

— W nocy przybyłem z Austrii, na Praecursorisie — powiedział Choiseul, wskazując na marmurkowego smoka w dole, który zabierał się delikatnie do kolejnej owcy, zgrabnie unikając krwi tryskającej z trzeciej ofiary Maksimusa.

— Przywozi nam dobre wieści, chociaż mu to nie w smak — rzeki Sutton. — Austria ogłosiła mobilizację. Znowu szykują się do wojny z Bonapartem, a ja śmiem twierdzić, że teraz będzie musiał skierować uwagę na Ren, a nie na kanał.

— Nie chciałbym gasić waszych nadziei — powiedział Choiseul — i byłbym niepocieszony, gdybym was niepotrzebnie zaniepokoił, ale nie daję im zbyt dużych szans. Nie chciałbym okazać się niewdzięczny; austriacki korpus udzielił wspaniałomyślnie azylu mnie i Praecursorisowi podczas rewolucji, za co będę ich dłużnikiem do końca życia. Jednak arcyksiążęta to głupcy, którzy nie słuchają rad tych nielicznych kompetentnych generałów, jakich mają. Arcyksiążę Ferdynand miałby wygrać z geniuszem spod Marengo i Egiptu! To czysty absurd.

— Nie powiedziałbym, żeby bitwa pod Marengo została tak idealnie przeprowadzona — zauważył Sutton. — Gdyby Austriacy sprowadzili na czas swój drugi dywizjon z Werony, końcówka wyglądałaby zupełnie inaczej; cokolwiek by mówić, Francuzom dopisało szczęście.

Laurence nie znał się tak dobrze na sprawach taktyki lądowej, by wyrazić własny komentarz, lecz dla niego wyglądało to niemalże na niebezpieczną brawurę; tak czy inaczej doceniał znaczenie szczęścia, które Bonapartemu zdawało się dopisywać częściej niż większości generałów.

Choiseul uśmiechnął się, lecz nie zaprzeczył, i powiedział tylko:

— Być może przesadzam z obawami, niemniej jednak przez nich tu jesteśmy, bo nasza pozycja w pokonanej Austrii byłaby nie do utrzymania. Wielu moich towarzyszy z poprzedniej służby ma mi za złe, że zabrałem tak cennego smoka jak Praecursoris — wyjaśnił, odpowiadając na pytające spojrzenie Laurence’a. — Przyjaciele ostrzegali mnie, że Bonaparte na pewno zażąda, żeby przekazano mu nas w ramach rozejmu, i zarzuci nam zdradę. Tak więc znowu musieliśmy uciekać i skorzystać z waszej wspaniałomyślności.

Mówił z przyjemną swobodą, lecz jego oczy, otoczone siateczką głębokich zmarszczek, były nieszczęśliwe, co sprawiło, że Laurence spojrzał na niego ze współczuciem. Poznał wcześniej podobnych francuskich oficerów, ludzi z marynarki, którzy uciekli z Francji po rewolucji i umierali z tęsknoty na angielskim brzegu; ich sytuacja była smutna i gorzka, a nawet gorsza, zdaniem Laurence’a, niż pozycja arystokratów, którzy uciekli, by ratować życie, ponieważ przepełnieni bólem musieli siedzieć bezczynnie, podczas gdy ich naród prowadził wojnę, a każde zwycięstwo świętowane przez Anglię oznaczało klęskę francuskich wojsk.

— Och, tak, okazaliśmy niespotykaną wspaniałomyślność przyjmując takiego Chanson-de-Guerre’a — stwierdził Sutton z nieukrywaną kpiną. — Przecież mamy tyle ciężkich smoków bojowych, że z trudem udało nam się upchnąć jeszcze jednego zwłaszcza tak znakomitego i dobrze wyćwiczonego weterana.

Choiseul przyjął pochwałę lekkim skinieniem głowy i spojrzał czule w dół na swojego smoka.

— Rad jestem z tych komplementów pod adresem Praecursorisa, ale macie tu już wiele wspaniałych smoków. Ten Regal Copper jest ogromny, a przecież po rogach poznaję, że nie osiągnął jeszcze dojrzałości. A pański smok, kapitanie Laurence, to chyba jakaś nowa rasa? Nie widziałem jeszcze takiego.

— I nieprędko zobaczysz — powiedział Sutton — chyba że przejedziesz pół świata.

— To jest Cesarski, sir, chińska rasa — wyjaśnił Laurence, który nie miał ochoty się popisywać, lecz jednocześnie był bardzo zadowolony, że musi poskramiać w sobie podobne emocje. Zdumienie Choiseula, choć przyzwoicie zamaskowane, dało mu wystarczającą satysfakcję, lecz potem Laurence uznał za stosowne wyjaśnić okoliczności zdobycia Temeraire’a i poczuł się dość niezręcznie, kiedy zaczął relacjonować Francuzowi triumfalnie zdobycie francuskiego okrętu ze smoczym jajem.