— Wczorajszego wieczoru zademonstrowaliście ciekawą wariację, kapitanie — powiedział Celeritas na koniec porannej sesji, kiedy wszystkie smoki z formacji wylądowały i załogi zeszły na ziemię. — Zobaczymy, jak to wykonacie jutro w szyku. — Po tych słowach pozwolił im odejść, a Laurence pospiesznie zebrał całą załogę, żeby ostatni raz wszystko przećwiczyć.
Temeraire wciąż był niespokojny późnym wieczorem, kiedy inni poszli już spać, a on i Laurence siedzieli razem w ciemności, bardzo zmęczeni, zdolni jedynie do wspólnego odpoczynku.
— No, już się nie trap — powiedział Laurence. — Jutro pokażesz, na co cię stać; opanowałeś wszystkie manewry od początku do końca. Wstrzymywaliśmy się tylko dlatego, żeby załoga lepiej je opanowała.
— Nie martwię się specjalnie o loty, ale co będzie, jeśli celeritas nie zaakceptuje naszych manewrów? — rzekł Temeraire. — Może się okazać, że niepotrzebnie zmarnowaliśmy masę czasu.
— Gdyby uznał nasze manewry za bezsensowne, to nigdy by nie zaproponował, żebyśmy je wykonali — odparł Laurence.
— A poza tym wcale nie zmarnowaliśmy czasu; załoga nauczyła się bardziej przykładać do swoich zadań, tak więc nawet jeśli nie uzyskamy aprobaty Celeritasa, wciąż będę uważał, że spędziliśmy te wieczory pożytecznie.
Uspokojony trochę Temeraire zasnął, a Laurence zapadł w drzemkę u jego boku. Choć nastał już wrzesień, noce pozostały ciepłe, więc nie było mu zimno. Chociaż nieustannie zapewniał smoka, że wszystko jest w porządku, sam Laurence wstał już o świcie i nie mógł do końca stłumić niepokoju. Większość członków jego załogi zasiadła do śniadania równie wcześnie jak on, tak więc nawiązał rozmowę z niektórymi z nich i zabrał się żywo do jedzenia, choć w gruncie rzeczy zadowoliłby się tylko kawą.
Kiedy przybył na dziedziniec ćwiczebny, zastał tam już Temeraire’a, który w pełnym rynsztunku spoglądał w dolinę, machając niespokojnie ogonem. Celeritasa jeszcze nie było; piętnaście minut później zaczęły się pojawiać pozostałe smoki z formacji, a do tego czasu Temeraire wraz z załogą zdążył wykonać kilka okrążeń. Młodsi chorążowie pokrzykiwali wyjątkowo głośno, więc kazał członkom załogi kilkakrotnie zmienić pozycje na uprzęży, by się opanowali.
Przyleciała Dulcia, a potem Maksimus, dopełniając składu formacji. Laurence sprowadził Temeraire’a na dziedziniec. Celeritas wciąż nie przybył. Lily ziewała szeroko; Praecursoris rozmawiał cicho z Nitidusem, smokiem rasy Pascal’s Blue, który także mówił po francusku, bo jego jajo zakupiono we francuskiej wylęgarni na wiele lat przed rozpoczęciem wojny, kiedy jeszcze przyjazne stosunki między obu krajami pozwalały na podobne wymiany. Temeraire wciąż spoglądał złowrogo na Praecursorisa, lecz tym razem Laurence nie zareagował, bo jego smok przynajmniej miał czym zająć myśli.
Uwagę Laurence’a zwrócił jakiś ruch w powietrzu; kiedy podniósł głowę, ujrzał nadlatującego Celeritasa, a za nim grupy Winchesterów i Greylingów, które wzlatywały w różne strony, poniżej na niebie widać było dwa Yellow Reapery, które zmierzały na południe w towarzystwie Victoriatusa, chociaż ranny parnassian jeszcze nie zakończył rekonwalescencji. Wszystkie smoki usiadły prosto, głosy kapitanów i członków załóg umilkły i zapadła pełna napięcia cisza, zanim jeszcze wylądował Celeritas.
— Odnaleziono Villeneuve’a i jego flotę — powiedział Celeritas głośno, tak by wszyscy go usłyszeli. — Przyszpililiśmy ich w Kadyksie, razem z hiszpańską flotą. — Kiedy mówił te słowa, z budynku wysypali się służący, niosąc pospiesznie pakunki i pudła; do pomocy zatrudniono nawet pokojówki i kucharzy. Nie czekając na rozkazy, Temeraire wstał na cztery łapy, podobnie jak pozostałe smoki, a załogi naziemne rozwijały już siatki transportowe i wspinały się, żeby postawić namioty. — Mortiferus został wysłany do Kadyksu, formacja Lily ma się natychmiast udać nad kanał, by zastąpić jego dywizjon. Kapitan Harcourt — ciągnął Celeritas, odwracając się do niej — nad kanałem stacjonuje Ekscidium, ma osiemdziesięcioletnie doświadczenie. Razem z Lily będziecie z nim trenować w każdej wolnej chwili. Póki co dowództwo formacji obejmuje kapitan Sutton. Nie ma to nic wspólnego z pani dokonaniami, lecz skoro w ten oto sposób przerywamy szkolenie, musimy wyznaczyć na to stanowisko kogoś bardziej doświadczonego.
Zazwyczaj dowódcą formacji zostawał kapitan smoka prowadzącego, ponieważ to on rozpoczynał każdy manewr, lecz Harcourt skinęła tylko głową.
— Oczywiście — odpowiedziała głosem trochę zbyt wysokim i Laurence spojrzał na nią ze współczuciem: Lily wykluta się nieoczekiwanie wcześnie i Harcourt otrzymała nominację na kapitana tuż po ukończeniu indywidualnego szkolenia, to mogła być jej pierwsza akcja albo jedna z pierwszych.
Celeritas skinął głową z aprobatą.
— Kapitanie Sutton, oczywiście w miarę możliwości będzie pan się konsultował z kapitan Harcourt.
— Naturalnie — odpowiedział Sutton i skłonił się Harcourt z grzbietu Messorii.
Umocowano już bagaże i Celeritas sprawdził uprząż każdego ze smoków.
— Dobrze. Sprawdzić obciążenie. Zaczyna Maksimus.
Smoki kolejno podnosiły się na tylne łapy i trzepotały skrzydłami, żeby zobaczyć, czy nie ma luźnych części w uprzęży, po czym opadały na ziemię i meldowały:
— Wszystko leży dobrze.
— Załogi naziemne na pokład — rozkazał Celeritas. Laurence patrzył, jak Hollin i jego ludzie zapinają się na swoich pozycjach pod brzuchem smoka. Kiedy zasygnalizowano z dołu gotowość, skinął głową na sygnalistę Turnera, a ten podniósł zieloną flagę. Chwilę później dały znak załogi Maksimusa i Praecursorisa, a mniejsze smoki już czekały gotowe do lotu. Celeritas przysiadł na zadzie, dokonując ostatecznego przeglądu.
— Szczęśliwego lotu — rzucił krótko.
Nie było innych ceremonii ani przygotowań. Sygnalista kapitana Suttona zasygnalizował flagą „formacja w górę”, wtedy Temeraire wraz z innymi smokami wzbił się w powietrze i zaraz zajął pozycję u boku Maksimusa. Gnani północno-zachodnim wiatrem, który wiał im niemal prosto w plecy, przebili się przez warstwę chmur; daleko na wschodzie Laurence dostrzegł delikatne migotanie słońca na wodzie.
Część III
Rozdział 9
Kula karabinowa śmignęła tak blisko, że pęd powietrza zmierzwił włosy Laurence’a; z tyłu rozległ się huk salwy jego załogi, a Temeraire chlasnął w locie francuskiego smoka, pozostawiając na ciemnoniebieskiej skórze długie bruzdy, sam zaś wygiął się zręcznie, aby uniknąć jego pazurów.
— To Fleur-de-Nuit, sir — zawołał Grandy z rozwianym włosem, podczas gdy niebieski smok odleciał w bok z rykiem i zatoczył koło, szykując się do kolejnego ataku na formację; jego załoga już schodziła, by opatrzyć mu rany, które nie były poważne.
Laurence skinął głową.
— Tak. Panie Martin — krzyknął głośniej — przygotujcie mieszankę błyskową; urządzimy im przedstawienie przy ich kolejnym ataku. — Francuskie smoki były masywnie zbudowane i niebezpieczne, lecz prowadziły nocny tryb życia, więc miały oczy wrażliwe na gwałtowne rozbłyski jasnego światła. — Panie Turner, proszę podać sygnał ostrzegawczy przed mieszanką błyskową.