Выбрать главу

— Szybszy niż my wszyscy — powiedział Sutton i opróżnił kieliszek; jego nos i policzki wskazywały na to, że nie był to pierwszy. — Cholerne żabojady, zaskoczyły nas jak nic. Co, u licha robił tam ich patrol, chciałbym wiedzieć?

— Trasa z Laggan do Dover nie jest wielką tajemnicą — powiedział Little, podchodząc do stołu. Przesunęli krzesła, by zrobić mu miejsce na końcu. — Immortalis jest opatrzony i teraz je, a skoro już mówimy o jedzeniu, podajcie mi tego kurczaka. — Oderwał udko i zaczął jeść łapczywie.

Patrząc na niego, Laurence poczuł, że i jemu wraca apetyt; pozostali też chyba nabrali chęci do jedzenia, bo na następne dziesięć minut zapadła cisza, a zebrani podawali sobie kolejne talerze, skupieni na posiłku. Wcześniej spożyli w pośpiechu śniadanie jeszcze przed świtem w kryjówce w pobliżu Middlesbrough. Wino nie było najlepsze, mimo to Laurence wypił kilka kieliszków.

— Sądzę, że czaili się między Felixstowe i Dover i czekali na to, żeby nas zaatakować — odezwał się Little, ocierając usta dłonią i kontynuując wcześniejszą myśl. — Na Boga, już nigdy nie polecę tamtędy z Immortalisem. Odtąd trzymamy się lądu, chyba że będziemy szukali zaczepki.

— Słusznie — przytaknął gorliwie Chenery. — Witaj, Choiseul. Przystaw sobie krzesło.

Kapitan rojalistów zbliżył się ciężkim krokiem i dołączył do nich.

— Panowie, z radością informuję, że Lily zaczęła jeść. Właśnie wracam od kapitan Harcourt — powiedział i podniósł kieliszek. — Za ich zdrowie, jeśli wolno?

— A jakże — powiedział Sutton i nalał sobie ponownie.

Pozostali wychylili toast i odetchnęli z ulgą.

— Tu wszyscy jesteście i jecie, mam nadzieję? Dobrze, bardzo dobrze. — Admirał Lenton dołączył do ich stołu; był dowódcą Dywizji Kanału, a tym samym miał pod sobą wszystkie smoki z kryjówki w Dover. — Dajcie spokój, nie wstawajcie — rzucił zniecierpliwiony, kiedy Laurence i Choiseul zaczęli się podnosić, a za nimi pozostali. — Na miłość boską, po takim dniu. Sutton, podaj tę butelkę. A zatem już wiecie, że Lily zaczęła jeść? Tak, lekarze mają nadzieję, że za kilka tygodni będzie zdolna do krótkich lotów, a wy przynajmniej nieźle poturbowaliście kilka ich ciężkich smoków. Wznoszę toast za wasz dywizjon, panowie.

Laurence wreszcie zaczął się odprężać i uspokajać. Świadomość, że Lily i pozostali są bezpieczni, stanowiła dla niego ogromną ulgę, a wino rozwiązało ciasny węzeł w jego gardle. Inni także poczuli się swobodniej, a rozmowy stawały się coraz wolniejsze i urywane; coraz więcej głów kiwało się nad szkłem.

— Tamten Grand Chevalier to z pewnością Triumphalis — powiedział cicho Choiseul do admirała Lentona. — Widziałem go wcześniej; to jeden z najbardziej niebezpiecznych francuskich smoków. Był w kryjówce w Dijon, niedaleko Renu, kiedy razem z Praecursorisem opuszczałem Austrię, i muszę panu powiedzieć, sir, że potwierdza to moje najgorsze obawy: Bonaparte nie sprowadziłby go tutaj, gdyby nie był pewny zwycięstwa nad Austrią. Jetem przekonany, że więcej francuskich smoków zmierza do Villeneuve’a.

— Już wcześniej przychylałem się do pańskich słów, kapitanie, ale teraz nie mam co do tego wątpliwości — rzekł Lenton. — Póki co musimy mieć nadzieję, że Mortiferus dotrze do Nelsona i zrobi swoje, zanim francuskie smoki przybędą do Villeneuve’a. Nie możemy odesłać Ekscidiuma, jeśli nie mamy Lily. Nie zdziwiłbym się, gdyby to właśnie z tego powodu nas zaatakowali; ten przeklęty Korsykanin ma głowę nie od parady.

Laurence mimowolnie pomyślał o Reliancie, który może nawet w tej chwili narażony był na zmasowany atak powietrzny Francuzów, a także o innych okrętach floty biorących udział w blokadzie Kadyksu. Tylu jego przyjaciół i znajomych. Nawet jeśli francuskie smoki nie przybędą pierwsze, dojdzie do wielkiej bitwy morskiej, i wielu z nich może zginąć, nawet nie skontaktowawszy się z nim. W ostatnich miesiącach nie miał zbyt wiele czasu na korespondencję i teraz bardzo tego żałował.

— Czy otrzymaliśmy jakieś wieści z blokady Kadyksu? — zapytał. — Czy wspominano o jakiejś akcji?

— Nie słyszałem o niczym — odparł Lenton. — Ach, tak, to pan jest tym gościem z Królewskiej Marynarki, zgadza się? No cóż, podczas rekonwalescencji rannych będę wysyłał na patrole nad flotą na kanale tych, którzy mają zdrowe smoki, więc może pan polecieć do okrętu admiralskiego i wysłuchać nowin. Cholernie się ucieszą z tej wizyty, bo od miesiąca nie miał kto zawieźć im poczty.

— Zaczniemy więc od jutra? — zapytał Chenery, usiłując bez powodzenia powstrzymać ziewanie.

— Nie, podaruję wam jeden dzień. Zajmijcie się smokami i odpoczywajcie, póki możecie — rzekł Lenton i parsknął głośnym śmiechem. — Ale pojutrze wygonię was z łóżek o świcie.

Temeraire spał twardo i obudził się późno, dzięki czemu Laurence miał po śniadaniu kilka godzin dla siebie. Razem z Berkleyem, z którym zjadł posiłek, poszedł do Maksimusa. Regal Copper jeszcze jadł, pochłaniając kolejne świeżo zaszlachtowane owce, tak że zdołał ich tylko powitać gardłowym mruknięciem, kiedy pojawili się na polanie.

Berkley wyjął butelkę dość podłego wina i sam ją opróżnił niemal w całości, podczas gdy Laurence popijał jedynie z uprzejmości; po raz kolejny omówili przebieg całej bitwy, rysując na ziemi schematy i zaznaczając kamykami pozycje smoków.

— Dobrze by było, gdybyśmy mogli dołączyć do formacji lekkiego smoka, jakiegoś Greylinga, który by pełnił rolę zwiadowcy — powiedział Berkley i usiadł ciężko na kamieniu. — Problem w tym, że wszystkie nasze duże smoki są młode, a kiedy duże zaczynają panikować, wtedy te mniejsze też zaczynają się bać, nawet jeśli mają większe doświadczenie.

Laurence skinął głową.

— Tak, chociaż myślę, że dzięki tej niemiłej przygodzie nauczyły się trochę, jak sobie radzić ze strachem — powiedział. — Tak czy inaczej, Francuzi nie mogą liczyć zbyt często na tak idealne okoliczności. Nie poszłoby im tak gładko, gdyby nie chmury.

— Panowie, wciąż analizujecie wczorajsze wydarzenia? — spytał Choiseul, zmierzający w stronę kwatery głównej. Przyłączył się do nich i przykucnął przy schemacie. — Przykro mi, że nie byłem tam od początku. — Surdut miał zakurzony, a krawat przepocony; wyglądał, jakby nie zmienił ubrania od poprzedniego dnia, a białka jego oczu pokryła siateczka czerwonych żyłek; potarł twarz, kiedy spojrzał w dół.

— Nie spałeś w ogóle? — zapytał Laurence. Choiseul potrząsnął głową.

— Spałem, ale zmieniałem się z Catherine — z Harcourt — przy Lily. bo inaczej by nie odpoczęła. — Zamknął oczy, ziewając szeroko, i omal się nie wywrócił. — Merci — podziękował Laurence’owi, który go podtrzymał, i dźwignął się powoli do góry. — Pójdę już. Miałem przynieść Catherine coś do jedzenia.

— Sam trochę odpocznij, proszę — powiedział Laurence. — Ja jej zaniosę. Jestem wolny, bo Temeraire jeszcze śpi.

Harcourt nie spała. Blada z niepokoju, lecz już opanowana wydawała polecenia załodze i karmiła Lily kawałkami parującej jeszcze wołowiny, dodając jej nieustannie otuchy. Laurence przyniósł jej trochę chleba z bekonem, a ona chciała chwycić kromkę zakrwawionymi rękami, aby nie przerywać, lecz Laurence namówił ją, żeby się umyła, zjadła spokojnie i pozwoliła zastąpić się na ten czas jednemu z członków załogi. Lily cały czas jadła i dla uspokojenia wciąż zerkała złocistym okiem na Harcourt.

Choiseul wrócił, zanim Harcourt skończyła posiłek; teraz był bez surduta i krawatu, a towarzyszył mu służący z dzbankiem kawy, mocnej i gorącej.