Выбрать главу

— Laurence, szuka cię twój porucznik. Temeraire się budzi — powiedział i usiadł ciężko przy Harcourt. — Nie mogłem zasnąć, a kawa postawiła mnie na nogi.

— Dziękuję ci, Jean-Paul. Jeśli nie jesteś zbytnio zmęczony, to będę wdzięczna za twoje towarzystwo — powiedziała, wypijając już drugą filiżankę. — Idź, Laurence, proszę. Temeraire z pewnością jest niespokojny. Dziękuję, że przyszedłeś.

Laurence pożegnał oboje skinieniem głowy, choć po raz pierwszy od chwili, gdy przywykł do Harcourt, poczuł się niezręcznie. Opierała się, jakby nieświadomie, o ramię Choiseula, on zaś spoglądał na nią z góry z nieukrywaną sympatią. Była młoda i Laurence mimowolnie pomyślał, że przydałaby się jakaś przyzwoitka.

Po chwili pocieszyła go myśl, że do niczego nie może dojść w towarzystwie Lily i członków załogi, nawet gdyby się okazało, że tamci nie są aż tak bardzo zmęczeni. Ale bez względu na okoliczności i tak nie mógł zostać, więc poszedł szybko na polanę Temeraire’a.

Resztę dnia spędził w błogim lenistwie. Usadowiony wygodnie w swoim ulubionym miejscu, w zgięciu przedniej łapy Temeraire’a, pisał listy. Jeszcze na morzu prowadził obszerną korespondencję, bo miał dużo wolnego czasu, teraz więc wiele listów od znajomych czekało na odpowiedź. Dostał też kilka listów od matki, krótkich i skreślonych pospiesznie, najwyraźniej po kryjomu przed ojcem, bo były nie ofrankowane i musiał uiścić opłatę, żeby je odebrać.

Najedzony do syta po skąpym posiłku poprzedniego wieczoru, Temeraire wysłuchał listów, które pisał Laurence, i podyktował fragmenty od siebie, przesyłając pozdrowienia lady Allendale i Rileyowi.

— I poproś kapitana Rileya, żeby życzył ode mnie wszystkie go najlepszego załodze Relianta — powiedział. — Wydaje się, że było to tak dawno temu, prawda, Laurence? Od wielu miesięcy nie jadłem ryby.

Laurence uśmiechnął się, rozbawiony taką miarą czasu.

— Z pewnością od tamtych dni wiele się wydarzyło, a przecież nie upłynął nawet rok — powiedział, lakując kopertę i wypisując adres. — Mam tylko nadzieję, że wszyscy czują się dobrze. — Z zadowoleniem położył ostatni już list na wierzchu całkiem pokaźnego stosu; miał o wiele bardziej czyste sumienie. — Roland — zawołał, a ona zaraz przybiegła, porzuciwszy pozostałych kadetów zajętych grą w kulki. — Zanieś to do biura przewozowego — powiedział i wręczył jej plik.

— Sir — powiedziała trochę nerwowo, odbierając od niego listy — kiedy już wykonam polecenie, to czy mogę zostać zwolniona na wieczór?

Ta prośba go zaskoczyła. Kilku chorążych i skrzydłowych poprosiło o przepustkę i ją otrzymało, lecz pomysł, by dziesięcioletnie dziecko chodziło samo po Dover, był absurdalny, nawet gdyby nie była to dziewczynka.

— Sama chcesz iść czy z innymi? — zapytał, podejrzewając, że może któryś ze starszych oficerów chce ją zabrać na przyzwoita wycieczkę.

— Nie, sir, sama — odpowiedziała.

Spoglądała na niego z taką nadzieją, że już prawie był gotów udzielić jej pozwolenia albo osobiście zabrać ją do miasta, lecz zaraz pomyślał, że nie może zostawić Temeraire’a samego, bo będzie rozpamiętywał wydarzenia poprzedniego dnia.

— Może innym razem, Roland — powiedział łagodnie. — Zostaniemy w Dover na dłużej, więc obiecuję, że będziesz miała jeszcze okazję.

— Och, tak jest, sir — odpowiedziała przybita. Odeszła ze spuszczoną głową, tak że Laurence poczuł się winny.

Temeraire popatrzył za nią i zapytał:

— Czy w Dover jest coś specjalnie ciekawego i czy moglibyśmy pójść to zobaczyć? Wielu członków naszej załogi tam chodzi.

— Och — mruknął Laurence, raczej trudno było mu wyjaśnić, że główną atrakcją Dover są portowe prostytutki i tani alkohol. — No cóż, w mieście mieszka dużo ludzi, tak więc jest w okolicy wiele różnych rozrywek — spróbował.

— Na przykład więcej książek? — zapytał Temeraire. — Nigdy nie widziałem, żeby Dunne czy Collins czytali, a nie mogli się doczekać wyjścia. Wczoraj wieczorem o niczym innym nie mówili.

Laurence przeklął w duchu pechowych młodych skrzydłowych za to, że skomplikowali mu zadanie, i w rewanżu postanowił zaplanować im stosownie przyszły tydzień.

— Jest tam też teatr i odbywają się koncerty — powiedział bez przekonania. Ale posuwał się za daleko: doskwierała mu własna nieuczciwość i nie mógł znieść wrażenia, że oszukuje Temeraire’a, który w końcu był już dorosły. — Obawiam się, że niektórzy z nich chodzą tam po to, żeby się napić i nawiązać mało dystyngowane znajomości — dodał bardziej szczerze.

— Och, masz na myśli dziwki — odparł Temeraire, zaskakując Laurence’a tak bardzo, że ten omal nie spadł na ziemię. — Nie wiedziałem, że w miastach też je mają, ale już rozumiem.

— Gdzie ty, u licha, o nich słyszałeś? — zapytał Laurence się wyprostował się. Uwolniony od obowiązku wyjaśniania, poczuł się teraz irracjonalnie obrażony tym, że ktoś inny ośmielił się uświadomić Temeraire’a.

— Och, powiedział mi o tym Victoriatus w Loch Laggan, kiedy się zastanawiałem, dlaczego oficerowie chodzą do wioski, skoro nie mają tam rodzin — powiedział Temeraire. — Ale ty nigdy nie wychodzisz. Na pewno byś nie chciał? — zapytał niemal z nadzieją w głosie.

— Mój drogi, nie wolno ci mówić takich rzeczy — odparł Laurence, rumieniąc się i krztusząc ze śmiechu jednocześnie. — To nie jest odpowiedni temat do rozmowy, a jeśli już nie da się odwieść mężczyzny od porzucenia tego zwyczaju, to przynajmniej nie powinno się go zachęcać. Już ja porozmawiam z Dunne’em i Collinsem. Nie powinni rozprawiać o takich rzeczach na lewo i prawo, a już na pewno nie w towarzystwie chorążych.

— Nie rozumiem — powiedział Temeraire. — Vindicatus mówił, że to coś bardzo miłego dla mężczyzn i bardzo wskazanego, bo inaczej zechcieliby się ożenić, co nie brzmi zbyt zachęcająco. Ale gdyby ci bardzo zależało, to chyba nie miałbym nic przeciwko temu. — Ostatnie słowa wypowiedział niezbyt szczerze, zerkając spod oka na Laurence’a, jakby chciał ocenić ich skutek.

Zażenowanie i rozbawienie Laurence’a zgasły w jednej chwili.

— Niestety, twoja wiedza jest niekompletna — rzekł łagodnie. — Wybacz mi, już wcześniej powinienem porozmawiać z tobą na te tematy. Ale nie obawiaj się, jesteś dla mnie najważniejszy i tak będzie zawsze, nawet gdybym się ożenił, a na to się raczej nie zanosi.

Zamilkł na moment, zastanawiając się, czy jego następne słowa nie zaniepokoją jeszcze bardziej Temeraire’a, lecz ostatecznie zdecydował się zgrzeszyć nadmiarem zaufania i dodał:

— Łączyła mnie swoista umowa z pewną damą, zanim pojawiłeś się w moim życiu, lecz ona zwróciła mi wolność.

— Chcesz powiedzieć, że cię odrzuciła? — zapytał Temeraire z oburzeniem, demonstrując, że smoki mogą być tak przekorne jak ludzie. — Przykro mi, Laurence. Jeśli zechcesz się ożenić, to na pewno znajdziesz kogoś innego, o wiele milszego.

— Pochlebiasz mi, ale zapewniam cię, że wcale nie pragnę znaleźć zastępstwa — powiedział Laurence.

Temeraire opuścił nieco głowę, nie wysuwając już dalszych wątpliwości, najwyraźniej całkiem zadowolony.

— Ale Laurence… — zaczął i urwał. — Laurence — powtórzył — skoro to nie jest odpowiedni temat, to czy w takim razie nie powinienem już więcej go poruszać?

— Musisz uważać, żeby unikać go w szerszym towarzystwie, lecz ze mną możesz zawsze rozmawiać o wszystkim — powiedział Laurence.