Выбрать главу

— Jestem tylko ciekawy, skoro w Dover nie ma nic innego — rzekł Temeraire. — Bo przecież Roland jest chyba jeszcze za młoda na chodzenie na dziwki?

— Chyba muszę się napić wina, aby się pokrzepić przed kontynuowaniem tej rozmowy — rzucił ponuro Laurence.

Na szczęście Temeraire zadowolił się wyjaśnieniami natury teatru i koncertów oraz innych miejskich atrakcji i chętnie podjął dyskusję o zaplanowaniu trasy ich patrolu, o którym informację przyniósł rano goniec, a nawet zaproponował, że mogliby złowić rybę na kolację. Laurence z zadowoleniem zobaczył, że Temeraire odzyskał wigor po przykrych doświadczeniach poprzedniego dnia, i właśnie zdecydował, że jednak zabierze Roland do miasta, jeśli Temeraire nie zaprotestuje, gdy zauważył, że dziewczyna wraca w towarzystwie innego kapitana, kobiety.

Zdał sobie szybko sprawę, że jego ubranie jest w całkowitym nieładzie, więc zeskoczył z łapy smoka po drugiej stronie, by się ukryć na chwilę. Nie miał czasu na założenie góry od munduru, która wisiała na gałęzi nieopodal, ale wsunął koszulę w spodnie i pospiesznie zawiązał krawat.

Potem obszedł łapę, aby się przedstawić, i niemal się potknął, kiedy zobaczył ją wyraźnie: nie była brzydka, lecz jej twarz szpeciła wyraźna szrama, bez wątpienia pozostałość po cięciu szpadą; lewe oko opadało lekko w kąciku, gdzie minęło je ostrze, a zaogniona czerwona linia biegła w dół policzka i przechodziła w cieńszą i bledszą szramę na szyi. Była w jego wieku albo może trochę starsza; właściwą ocenę utrudniała blizna, ale w każdym razie nosiła potrójne galony pełnego kapitana, a w klapie nieduży złoty medal za kampanię egipską.

— Laurence, prawda? — odezwała się kobieta, nie siląc się na żadne wstępy, podczas gdy on usiłował ukryć swoje zaskoczenie. — Jestem Jane Roland, kapitan Ekscidiuma. Wyświadczyłby mi pan osobistą przysługę, gdyby oddał pan pod moją opiekę Emily na dzisiejszy wieczór, jeśli pozwalają na to jej obowiązki. — Zerknęła znacząco na bezczynnych kadetów i chorążych; jej sarkastyczny ton wskazywał na to, że jest urażona.

— Proszę wybaczyć — bąknął Laurence, uzmysłowiwszy sobie swój błąd. — Sądziłem, że chce iść do miasta. Nie miałem pojęcia… — Ugryzł się w język; teraz był pewny, że to matka i córka. Łączyło je nie tylko to samo nazwisko, ale i pewne podobieństwo wyglądu i mimiki. — Oczywiście, jest do pani dyspozycji — skończył.

Usłyszawszy to wyjaśnienie, kapitan Roland od razu się rozchmurzyła.

— Ha! Domyślam się, co pan sobie wyobrażał — powiedziała, jej śmiech był bardzo serdeczny i mało kobiecy. — Obiecuję, że będę miała na nią oko i przyprowadzę do ósmej. Dziękuję. Ekscidium i ja nie widzieliśmy jej prawie od roku i boimy się że zapomnimy, jak wygląda.

Laurence ukłonił się na pożegnanie. Roland dreptała szybko by nadążyć za matką, która stawiała długie kroki jak mężczyzna i szczebiotała przez cały czas, podekscytowana i rozentuzjazmowana, machając do przyjaciół. Laurence czuł się trochę głupio patrząc za nimi; przyzwyczaił się wreszcie do Harcourt i powinien był się domyślić. W końcu Ekscidium był Longwingiem i pewnie także wolał kobietę jako kapitana, podobnie jak Lily, a skoro służył już tak długo, jego kapitan musiał być zahartowany w boju. Lecz Laurence musiał przyznać, że jest zaskoczony, jeśli nie zaszokowany, spotkaniem kobiety tak oszpeconej i tak bezpośredniej. Harcourt, jedyna inna znana mu kobieta kapitan, w żadnej mierze nie przypominała pensjonarki, lecz była dość młoda i świadoma wczesnego awansu, przez co nie była aż tak pewna siebie.

Laurence dopiero co omówił z Temeraire’em kwestię małżeństwa, więc mimowolnie pomyślał o ojcu Emily; o ile małżeństwo było trudną sprawą dla mężczyzny awiatora, to w wypadku kobiety wydawało się wręcz nie do pomyślenia. Mógł tylko przypuszczać, że Emily jest dzieckiem nieślubnym, lecz gdy mu to przyszło do głowy, zaraz zganił samego siebie za to, że w ogóle dopuszcza takie myśli o całkowicie godnej szacunku kobiecie, którą właśnie poznał.

Lecz wkrótce przekonał się, że jego mimowolne domysły były zupełnie słuszne.

— Niestety, nie mam pojęcia. Nie widziałam go od dziesięciu lat — wyjawiła mu później kapitan Roland. Wieczorem, po odprowadzeniu Emily, zaprosiła go na późną kolację w klubie oficerskim, on zaś, ośmielony kilkoma kieliszkami wina, odważył się zapytać ją ostrożnie o zdrowie ojca Emily. — Wiesz, tak naprawdę nie byliśmy małżeństwem. Wątpię, czy w ogóle zna imię Emily.

Nie sprawiała wrażenia ani trochę zawstydzonej, a Laurence w głębi duszy żywił przekonanie, że jakikolwiek bardziej oficjalny związek byłby niemożliwy. Mimo wszystko czuł się trochę nieswojo. Ona to zauważyła, lecz na szczęście nie wzięła tego do siebie i powiedziała dość uprzejmie:

— Zdaje się, że nasz styl życia wciąż jest ci obcy. Ale możesz się ożenić, jeśli chcesz, w Korpusie nie jest to zakazane. Tyle tylko, że sytuacja drugiej strony jest trudna, ponieważ zawsze ważniejszy od niej jest smok. Jeśli chodzi o mnie, to nigdy tego nie pragnęłam; gdyby nie chodziło o dobro Ekscidiuma, nigdy bym się nie zdecydowała na dziecko, chociaż Emily jest kochana i cieszę się, że ją mam. Niemniej jednak była to smutna niedogodność.

— A zatem Emily będzie po tobie jego kapitanem? — rzekł Laurence. — Pozwól, że zapytam: Czy smoki, te długowieczne, zawsze są przekazywane w ten sposób?

— Kiedy jest to możliwe. Bo widzisz, źle znoszą utratę opiekuna, dlatego jest bardziej prawdopodobne, że zaakceptują nowego, jeśli jest osobą, z którą są jakoś związane i z którą mogą dzielić swój smutek — odpowiedziała. — Tak więc hodujemy siebie tak samo jak smoki. Podejrzewam, że poproszą cię o to, żebyś zmajstrował potomka albo dwóch dla Korpusu.

— Dobry Boże — odparł zaskoczony Laurence. Porzucił myśli o dzieciach wraz z planami małżeńskimi, kiedy tylko dostał kosza od Edith, i jeszcze umocnił się w tym przekonaniu, odkrywszy wątpliwości Temeraire’a, tak więc teraz zupełnie sobie nie wyobrażał, jakby miał tego dokonać.

— Widzę, że cię to zaszokowało, biedaku. Bardzo mi przykro — powiedziała. — Zgłosiłabym się na ochotnika, ale powinieneś poczekać, aż on skończy przynajmniej dziesięć lat, a poza tym teraz nie mam na to czasu.

Kiedy Laurence w pełni zrozumiał znaczenie jej słów, co nastąpiło dopiero po chwili, chwycił swój kieliszek niepewną ręką i spróbował ukryć za nim twarz; choć bardzo się starał, nie potrafił powstrzymać rumieńca.

— Miło z twojej strony — bąknął zza szkła, dusząc się z zażenowania i śmiechu. Nie wyobrażał sobie, by kiedykolwiek mógł otrzymać podobną propozycję, choćby tylko rzuconą mimochodem.

— Jak przyjdzie pora, może wystarczy ci Catherine — ciągnęła dalej Roland tym swoim przerażająco praktycznym tonem. — Doskonałe rozwiązanie; zrobilibyście jedno dla Lily i jedno dla Temeraire’a.

— Dziękuję! — odparł bardziej stanowczo, rozpaczliwie pragnąc zmienić temat. — Czy mogę przynieść ci coś do picia?

— Och, tak. Przyda mi się kieliszek porto, dziękuję — odparła Roland. Teraz już przekroczył granice szoku, więc kiedy wrócił z dwoma kieliszkami, a ona podsunęła mu zapalone cygaro, ochoczo się nim zaciągnął.

Rozmawiali jeszcze przez kilka godzin, aż zostali sami w klubie i służący zaczęli zatrzymywać się przy nich i ziewać znacząco. Weszli razem na górę.

— Jeszcze nie tak późno — powiedziała, spoglądając na zgrabny zegar ustawiony na górnym podeście. — Bardzo jesteś zmęczony? Moglibyśmy zagrać u mnie partyjkę pikiety lub dwie.

Czuł się już tak swobodnie w jej towarzystwie, że ta propozycja w ogóle go nie zdziwiła. Kiedy wyszedł z jej pokoju, bardzo późno, i wracał do siebie, spotkał służącego, który zerknął na niego; dopiero wtedy zastanowił się nad swoim zachowaniem i poczuł ukłucie wstydu. Ostatecznie jednak uznał, że stało się i trudno, jeśli w ogóle coś się stało; dłużej już o tym nie myślał i poszedł w końcu spać.