Rozdział 10
Był już na tyle doświadczony, żeby się nie dziwić następnego ranka, że nie plotkowano na temat jego późnej wizyty. Zamiast tego kapitan Roland powitała go ciepło przy śniadaniu i przedstawiła swobodnie swoim porucznikom, a potem poszli razem do swoich smoków.
Temeraire kończył obfite śniadanie, więc Laurence wykorzystał wolną chwilę, żeby odbyć stanowczą rozmowę na osobności z Collinsem i Dunne’em o ich niedyskrecji. Nie zamierzał prawić im kazań, jak jakiś nieopierzony kapitan, o czystości i wstrzemięźliwości, ale nie widział niczego pruderyjnego w tym, że woli, aby starsi oficerowie służyli młodym przykładem.
— Jeśli już musicie obracać się w takim towarzystwie, to nie róbcie z siebie dziwkarzy i nie sugerujcie chorążym i kadetom, że powinni pójść w wasze ślady — powiedział do wijących się przed nim skrzydłowych.
Dunne nawet otworzył usta, jakby zamierzał zaprotestować, lecz nic nie powiedział, zgromiony zimnym spojrzeniem Laurence’a, który nie zamierzał tolerować podobnej niesubordynacji.
Kiedy już skończył wykład i odesłał ich do swoich obowiązków, poczuł się trochę nieswojo, gdyż uświadomił sobie, że jego schowanie poprzedniego wieczoru też nie było nienaganne. Pocieszył się myślą, że Roland jest oficerem, a jej towarzystwa w żadnej mierze nie można porównywać do towarzystwa dziwek, a poza tym oni się nie obnosili, a przecież to było sednem sprawy. Mimo wszystko usprawiedliwienie, jakie znalazł na swoją obronę, wydało mu się mało przekonujące, więc bardzo się ucieszył, że może wrócić do pracy, żeby zająć czymś myśli, Emily i dwaj pozostali gońcy czekali już u boku Temerairea z ciężkimi torbami pełnymi listów przeznaczonych dla załóg okrętów biorących udział w blokadzie.
Siła brytyjskiej floty sprawiła, że okręty z blokady były dziwnie odizolowane. Rzadko kiedy przysyłano im na pomoc smoka; zapasy i najpilniejsze meldunki transportowano na pokładzie fregaty, tak więc nie miały zbyt wiele okazji, by otrzymać najnowsze wieści czy też pocztę. Francuzi mieli wprawdzie w Breście dwadzieścia jeden okrętów, ale nie odważyli się wychylić nosa, obawiając się o wiele bardziej doświadczonej floty brytyjskiej. Bez wsparcia okrętów nawet cały dywizjon ciężkich smoków nie zaryzykowałby nalotu bombowego, bo wiedział, że na marsach przeciwnika czekają strzelcy wyborowi, a na pokładach działka wielolufowe i wyrzutnie harpunów. Czasami mogły się zdarzyć ataki w nocy, głównie przeprowadzane przez pojedynczego smoka, lecz strzelcy stawali na wysokości zadania, a w wypadku ewentualnego pełnego ataku wystarczyło zawiadomić racą świetlną smoki patrolujące teren od północy.
Admirał każdego dnia wyznaczał nowe zadania zdatnym do służby smokom z formacji Lily, żeby je czymś zająć, a także by powiększyć patrolowany obszar. Tego dnia Temeraire leciał na szpicy, osłaniany na flankach przez Nitidusa i Dulcię: mieli wylecieć za formacją Ekscidiuma, a potem odbić i przelecieć nad główną eskadrą Floty Kanału, zajmującej stanowiska w pobliżu wyspy Ushant i blokującej Brest. Niezależnie od zdobycia nowego doświadczenia, ich wizyta zapewni okrętom floty krótki odpoczynek od monotonnej i samotnej służby podczas blokady.
Poranek był tak zimny i rześki, że nie zebrała się mgła, niebo było czyste, a woda w dole niemal czarna. Mrużąc powieki przed blaskiem, Laurence miał ochotę pójść w ślady chorążych i skrzydłowych, którzy wcierali pod oczy czernidło, lecz uznał, że jako dowódca małej grupy z pewnością zostanie zaproszony na okręt admirała lorda Gardnera, kiedy wylądują przy jego burcie.
Dzięki dobrej pogodzie lot był przyjemny, choć nie całkiem łatwy: prądy powietrzne zmieniały się nieoczekiwanie, kiedy znaleźli się nad otwartym morzem, tak więc Temeraire, kierując się jakimś podświadomym instynktem, wznosił się i opadał, by złapać najlepszy wiatr. Po godzinnym patrolu dotarli do miejsca, w którym mieli się rozdzielić; kapitan Roland podniosła dłoń na pożegnanie, a Temeraire skierował się na południe, przelatując nad Ekscidiumem. Słońce mieli prawie nad głową, a morze skrzyło się w dole.
— Laurence, widzę statki przed nami — powiedział Temeraire, gdy upłynęło jakieś pół godziny.
Laurence sięgnął po lunetę i dostrzegł żagle dopiero wtedy, gdy zmrużył powieki i osłonił oko dłonią.
— Masz dobry wzrok — zawołał i polecił: — Panie Turner, proszę przesłać nasz sygnał.
Chorąży zaczął sygnalizować za pomocą flag, że są oddziałem brytyjskim, co było w pewnym sensie formalnością, wobec niezwykłego wyglądu Temeraire’a.
Wkrótce zostali dostrzeżeni i rozpoznani; brytyjski okręt flagowy oddał zgrabną salwę honorową z dziewięciu dział, choć Temeraire nie całkiem na to zasługiwał, jako że nie był oficjalnym przywódcą formacji. Bez względu na to, czy była to pomyłka czy też wyraz wspaniałomyślności, Laurence z zadowoleniem przyjął takie powitanie i nakazał strzelcom odpowiedzieć podobnym salutem, kiedy przelatywali nad okrętem.
Flota wyglądała imponująco: zgrabne i eleganckie kutry kołysały się na wodzie wokół okrętu admiralskiego w oczekiwaniu na pocztę, a ogromne okręty liniowe halsowały równo na północnym wietrze, by utrzymać pozycje, wydymając białe żagle i powiewając dumnie banderami wywieszonymi na masztach. Laurence odruchowo wychylił się mocno nad barkiem Temeraire’a, by podziwiać widok, aż jego rzemienie napięły się mocno.
— Sir, sygnał z okrętu admiralskiego — oznajmił Turner, kiedy tak się zbliżyli, że dało się już odczytać znaki flagowe. — Kapitan na pokład po wylądowaniu.
Laurence skinął głową; tego właśnie się spodziewał.
— Proszę potwierdzić, panie Turner. Panie Granby, myślę, że przelecimy nad pozostałą częścią floty od południa, zanim przygotują się na nasze lądowanie.
Załogi Hibernii i stojącego obok Agincourt zaczęły już wyrzucać na wodę pływające platformy, które po połączeniu razem miały utworzyć lądowisko dla smoków, a między nimi uwijał się mały kuter zbierający cumy. Laurence wiedział z doświadczenia, że taka operacja wymaga czasu, postanowił więc przelecieć nisko nad okrętami.
Kiedy zatoczyli koło i wrócili, platformy były już gotowe.
— Bellmani na górę, panie Granby — rozkazał Laurence; załoga z niższej części uprzęży zaczęła się wspinać szybko na grzbiet smoka. Ostatni marynarze usunęli się pospiesznie z lądowiska, ujrzawszy nadlatującego Temeraire’a, za którym podążały Nitidus i Dulcia. Platforma zanurzyła się trochę, gdy Temeraire opadł na nią całym ciężarem, lecz liny trzymały pewnie. Nitidus i Dulcia wylądowały w przeciwnych rogach, kiedy Temeraire się usadowił, a Laurence zszedł na platformę.
— Gońcy, przynieść pocztę — rozkazał, a sam zabrał kopertę z meldunkami od admirała Lentona do admirała Gardnera.
Przeszedł z łatwością na pokład czekającego kutra, podczas gdy jego gońcy, Roland, Dyer i Morgan, przekazywali pospiesznie worki z pocztą w wyciągnięte ręce marynarzy. Poszedł na rufę; Temeraire rozłożył się płasko, żeby zapewnić platformie lepszą równowagę, z głową ułożoną blisko kutra, czym zaniepokoił członków jego załogi.
— Wrócę niebawem — zwrócił się do niego Laurence. — Gdybyś czegoś potrzebował, zwróć się, proszę, do porucznika Granby’ego.