— Chyba nie będzie takiej potrzeby. Jest mi tu bardzo dobrze — odpowiedział Temeraire i zaraz dodał, wprawiając załogę kutra w jeszcze większy niepokój: — Ucieszyłbym się, gdybyśmy mogli potem zapolować. Po drodze widziałem wspaniałe ogromne tuńczyki.
Kuter, elegancki i smukły, zaniósł Laurence’a na pokład Hibernii z szybkością, którą kiedyś uznałby za maksymalną; teraz, gdy tam stał, spoglądając wzdłuż bukszprytu, ledwo odczuwał powiew bryzy na twarzy.
Przygotowano ławeczkę bosmańską przy burcie Hibernii, ale Laurence spojrzał tylko na nią z pogardą i wspiął się z łatwością przez burtę, czując, że wciąż może polegać na swoich przywykłych do morza nogach. Kapitan Bedford czekał, żeby go powitać, i zdumiał się ogromnie: obaj służyli na pokładzie Goliatha podczas kampanii egipskiej.
— Dobry Boże, Laurence. Nie miałem pojęcia, że dostałeś przydział na kanale — powiedział i zapomniawszy o oficjalnym powitaniu, uścisnął Laurence’owi serdecznie dłoń. — Czy to twoja bestia? — zapytał i spojrzał ponad wodą na Temeraire’a, który wielkością niewiele ustępował siedemdziesięcioczterodziałowemu Agincourt widocznemu za jego plecami. — Myślałem, że wykluł się dopiero sześć miesięcy temu.
Laurence’a mimowolnie ogarnęła duma i miał nadzieję, że udało mu się ją ukryć, kiedy odpowiedział:
— Tak, to jest Temeraire. Nie ma jeszcze ośmiu miesięcy lecz już osiągnął prawie pełne rozmiary.
Z trudem powstrzymał się przed dalszymi pochwałami ponieważ wiedział, że nie ma nic bardziej irytującego niż mężczyzna, który nie przestaje mówić o urokach swojej kochanki czy też mądrości swoich dzieci. Bo przecież Temeraire nie wymagał rekomendacji; każdy, kto patrzył na niego, nie mógł nie zauważyć jego szczególnej i eleganckiej sylwetki.
— Ach, rozumiem — odparł Bedford, spoglądając na niego z rozbawieniem. W tym momencie stojący u boku Bedforda porucznik chrząknął znacząco. Kapitan zerknął na niego i po wiedział: — Wybacz, że cię zatrzymałem, ale jestem zaskoczony, że się spotkaliśmy. Chodź ze mną, proszę. Lord Gardner cię oczekuje.
Admirał lord Gardner całkiem niedawno objął dowództwo Floty Kanału po odejściu na emeryturę sir Williama Cornwallisa; widać już było po nim skutki przejęcia tak ważnego stanowiska po tak świetnym dowódcy. Laurence służył we Flocie Kanału przed kilkoma laty jako porucznik i choć nigdy nie został mu przedstawiony, to widział go kilkakrotnie, i teraz stwierdził, że admirał wyraźnie się postarzał.
— Laurence, prawda? — powiedział Gardner, kiedy porucznik flagowy go przedstawił i dodał cicho kilka stów, których Laurence nie usłyszał. — Proszę siadać. Muszę od razu przeczytać te komunikaty, a potem sporządzę krótką odpowiedź, którą dostarczy pan Lentonowi — oznajmił i złamał pieczęcie, by zapoznać się z treścią. W trakcie lektury lord Gardner chrząknął i pokiwał głową; po wyrazie jego twarzy Laurence poznał, kiedy admirał dotarł do relacji z ostatniej potyczki.
— No cóż, Laurence, rozumiem, że zasmakował pan już prawdziwej walki — powiedział, odkładając wreszcie list. — Dobrze, żeście mieli okazję się zahartować, bo niebawem pewnie znowu się pojawią, o czym musi pan zawiadomić Lentona. Wysyłam każdy słup, bryg i kuter, którymi mogę zaryzykować zbliżenie się do brzegu, i dowiaduję się, że Francuzi uwijają się jak pszczoły w okolicy Cherbourga. Nie wiemy dokładnie, co knują, ale nietrudno się domyślić, że przygotowują się do inwazji, zapewne bliskiej, jak można sądzić po ich aktywności.
— Ale chyba Bonaparte nie wie więcej o flocie z Kadyksu niż my? — zapytał Laurence, zaniepokojony tą wiadomością. Takie przygotowania nie pozostawiały wiele wątpliwości, a choć Bonaparte był arogancki, to jego arogancja rzadko kiedy okazywała się całkowicie bezpodstawna.
— Nie, jest na bieżąco, tego na szczęście jestem pewny. Przywiózł mi pan potwierdzenie, że nasi kurierzy kursowali regularnie i bez przerw — powiedział Gardner, stukając palcami w plik papierów na biurku. — Ale Bonaparte nie może być tak szalony, żeby sobie wyobrażać, że zdoła się przeprawić bez tej floty, a to wskazuje na to, że zakłada jej rychłe przybycie.
Laurence skinął głową. To założenie mogło być nieuzasadnione lub zbyt optymistyczne, ale fakt, że Bonaparte w ogóle je przyjął, oznaczał, że niebawem flota Nelsona mogła znaleźć się w niebezpieczeństwie.
Gardner zalakował i podał mu komunikaty zwrotne.
— Proszę, Laurence. Jestem ogromnie zobowiązany, również za pocztę. A teraz ufam, że zje pan z nami obiad, oczywiście wraz z pańskimi pozostałymi kapitanami — powiedział, wstając. — Przyłączy się do nas, jak sądzę, kapitan Briggs z Agincourt.
Podczas służby w Królewskiej Marynarce Laurence nauczył się, że zaproszenie wyższego rangą oficera miało wagę rozkazu i choć Gardner nie był już jego bezpośrednim przełożonym, nie można było nawet pomyśleć o odmowie. Lecz Laurence pomyślał z pewnym niepokojem o Temerairze, a przede wszystkim Nitidusie. Pascal’s Blue był nerwowym smokiem, z którym kapitan Warren musiał obchodzić się ostrożnie nawet w normalnych okolicznościach, i Laurence był pewny, że Nitidusa zaniepokoi perspektywa pozostania na prowizorycznej platformie bez opiekuna czy choćby innego oficera powyżej rangi porucznika.
Z drugiej strony smoki czekały w podobnych warunkach przez cały czas. Gdyby flocie groził poważny atak z powietrza, niektóre z nich musiałyby stacjonować na platformach bez przerwy, a ich kapitanowie często by je opuszczali, żeby wziąć udział w naradach z oficerami marynarki. Laurence nie miał ochoty narażać smoków na niepokój z powodu tak błahego jak obiad, lecz musiał też uczciwie przyznać, że nie będzie to dla nich naprawdę niebezpieczne…
— Sir, przyjdę z największą przyjemnością, podobnie jak kapitan Warren i kapitan Chenery — odpowiedział, bo nic innego nie mógł zrobić. Sam Gardner zdawał się z góry zakładać taką odpowiedź, bo zmierzał już do drzwi, by wezwać swojego porucznika.
Jednak w odpowiedzi na zasygnalizowane zaproszenie przybył tylko Chenery, wyrażając szczery, choć niezbyt głęboki żal.
— Bo widzi pan, Nitidus byłby zdenerwowany, gdyby został sam, więc Warren uznał, że lepiej będzie go nie opuszczać — wyjaśnił wesoło Gardnerowi, nieświadomy, jaką gafę właśnie popełnił.
Laurence z zakłopotaniem zauważył, że po tej uwadze nie tylko Gardner, ale także inni kapitanowie i porucznik flagowy mieli zaskoczone i nieco urażone miny, chociaż mimowolnie poczuł ulgę. Tak więc obiad rozpoczął się fatalnie i tak juz pozostało.
Admirał najwyraźniej myślał o swoich obowiązkach, bo kolejne uwagi wygłaszał w dużych odstępach czasu. Przy stole byłoby cicho i ponuro, gdyby nie Chenery, który był jak zwykle pogodny i skory do rozmowy i zabierał często głos, ignorując morskie zwyczaje, przyznające prawo do rozpoczęcia konwersacji wyłącznie lordowi Gardnerowi.
Kiedy Chenery zwracał się do któregoś z oficerów, ten milczał wymownie przez chwilę, po czym odpowiadał najkrócej, jak się dało, i nie podejmował tematu. Początkowo Laurence bardzo współczuł Chenery’emu, lecz potem ogarnął go gniew na zgromadzonych. Nawet drażliwa osoba zrozumiałaby, że zachowanie jego kolegi jest wynikiem nieznajomości konwenansów; poruszał zupełnie niewinne tematy, więc ta wymowna i pełna wyrzutów cisza wydawała się Laurence’owi przejawem o wiele większej niegrzeczności.
Chenery oczywiście zauważył chłodną reakcję oficerów, mimo to wyglądał na raczej zdziwionego niż obrażonego, lecz nie mogło to trwać w nieskończoność. Tak więc kiedy podjął kolejną odważną próbę, Laurence specjalnie udzielił mu odpowiedzi. Kontynuowali rozmowę przez kilka minut, aż wreszcie Gardner, wytrącony z rozmyślań, podniósł wzrok znad biurka i dorzucił swoją uwagę. Dopiero wtedy pozostali oficerowie, otrzymawszy błogosławieństwo, przyłączyli się do dyskusji. Laurence robił wszystko, co w jego mocy, aby rozmowa trwała do końca obiadu.